Strona główna KMF
        
"Cicha noc, Batman kloc"


Powyższy cytat to rezultat wyobraźni polskiego tłumacza filmu i hasło otwierające drzwi do składu prezentów, pochodzące z szóstej komedii (wliczając "Kaktus Jacka" i "Herkulesa" - choć komedia wyszła z tego przypadkiem) w dorobku Arnolda Schwarzeneggera. Inne to "Stłukę Cię jak bombkę" (które można usłyszeć podczas naparzanki Arnolda z zastępami fałszywych Mikołajów, średnio świętych ;) oraz "Tym razem to wojna" (czyżby plagiat tagline'a z "Aliens"? ;). Niestety, poza tymi trzema, i tak wątpliwie zabawnej jakości tekstami, dość krótki film (80 minut) "Świąteczna gorączka" nie ma do zaoferowania wiele więcej, albowiem po ciekawym punkcie wyjścia - konieczność zdobycia dla synka kultowej zabawki "Turbo Man" - reżyser Brian Levant nie próbuje widza ani zanadto zabawić, ani rozśmieszyć, ani ukazać w ciekawy sposób atmosfery świąt Bożego Narodzenia.
Co zatem jest takiego w tym filmie, że w ogóle warto o nim pisać? W sumie nic, bo dobrych i znakomitych komedii świątecznych mieliśmy sporo ("Kevin sam w domu", "W krzywym zwierciadle: Witaj święty Mikołaju"), pięknych opowieści na tle świąt też kilka było (choćby "Cudowne życie" Franka Capry czy "Opowieść wigilijna" Donnera z Billem Murrayem), lecz jeśli miałbym wskazać film w którym cudowna atmosfera Bożego Narodzenia ukazana została w pełnej krasie, to bez wahania wskazałbym "Funny i Aleksander" Bergmana, bo choć to dramat, to pierwsza połowa filmu po prostu emanuje cudownym klimatem świąt spędzanych w gronie rodzinnym. Kończąc wyliczankę świątecznych filmów (którymi do znudzenia żywi nas telewizja co roku - a taśma z "Kevinem samym w domu" chyba wędruje od jednej stacji telewizyjnej do drugiej) nie można zapomnieć o "Szklanej pułapce" i "Zabójczej broni" - które ze Świętami mają tyle wspólnego, że ich akcja dzieje się w tym magicznym czasie, i w obydwu tych filmach akcenty świąteczne się znalazły - Riggs na przykład ma okazję kupić choinkę ;), a jego samobójczą próbę powstrzymuje Królik Bugs, który akurat krzyczy "Meeery Christmas!!!" w telewizorze. Nie można też zapomnieć utworu "Jingle Bells Rock" Bobby'ego Helmsa z czołówki "Zabójczej broni", który - z tego co słyszę w tym roku (2005) w stacjach radiowych i galeriach handlowych, został chyba tegorocznym, świątecznym muzycznym hitem, bo chyba "Last Christmas" zespołu WHAM! każdy ma już dość ;). Jeszcze tylko słówko o "Szklanej pułapce" i powodach, dla których nasza telewizja raczy nas tym filmem co roku. Otóż John McClaine ubiera jednego z martwych bandytów w czapkę świętego Mikołaja, i zostawia na nim napis: "Ho ho ho... (i zamiast Merry Christmas) ... teraz mam karabin maszynowy", a na końcu filmu bohaterowie odjeżdżają limuzyną w takt piosenki "Let it snow!, let it snow, let it snow" ;). Tak, wiem że to miał być tekst poświęcony "Świątecznej gorączce", ale że o tym filmie za dużo (a już na pewno za dużo dobrego) nie da się napisać, stąd ten megaszybki przegląd filmów świątecznych, oczywiście tylko prześlizgujący się po temacie ;). Wracając do "Jingle all the way" - jeśli ta naprawdę średnia komedia ma jakieś plusy, to bez wątpienia jednym z nich jest Arnold Schwarzenegger, grający zdecydowanie jedną ze swoich najlepszych komediowych ról (minutą ciszy pomińmy koszmarek pod tytułem "Junior" i bardzo słabą komedię "Batman & Robin" ;). Warto też wspomnieć o małym aktorze, który zagrał synka Arnolda, czyli samym Jake'u Anakinie Lloydzie, dla którego "Świąteczna gorączka" była drugim filmem kinowym ("Mroczne Widmo" było trzecim). W mniejszych rolach i epizodach zobaczymy Ritę Wilson jako żonę roztrzepanego biznesmena (Arnold) i Jamesa Belushiego w roli Mikołaja spod ciemnej gwiazdy ;) - jest to jednak zaledwie mały epizod, jeśli zaś chodzi o Mikołaja w pełnowymiarowej wersji 'bad', polecam w tym miejscu "Bad Santa" oczywiście ;). No dobrze, wróćmy do tych plusów "Świątecznej gorączki", których naprawdę nie ma wiele i wspomnijmy, że przejawia ten film pewne wartości prorodzinne i... antykomercyjne. Bo po pierwsze, mamy do czynienia z historią niosącą pewien morał - trudno powiedzieć jaki, bo roztrzepany i zapominalski ojciec tylko przypadkiem zachowuje przed synkiem twarz i z całego zamieszania wychodzi z tarczą, w dodatku jako superbohater Turbo Man w całej okazałości. Po drugie, film wyśmiewa hopla na punkcie zakupów, jakiego świat dostaje w czasie dni poprzedzających Święta Bożego Narodzenia - obecnie już coraz mniej Bożego Narodzenia, a więcej Bezmyślnego Wydawania Pieniędzy. I tak mamy kilka scenek rodzajowych pokazujących, że ludzie pragnący w dniu Wigilii kupić przez wszystkich pożądaną zabawkę Turbo Mana, są gotowi deptać sobie po głowach i tratować się nawzajem, aby tylko zdobyć upragniony, badziewny kawałek plastiku. Owe scenki wyglądają mniej więcej tak, jak rozszalała corrida na otwarciach Elektro Marketów w naszym kraju, z tym wyjątkiem, że w filmie Briana Levanta nikt po stratowaniu rywala nie przechwytuje w dodatku jego portfela, co można było zauważyć w Faktach TVN podczas fragmentów nagrania z popłochu stada (czyt. Klientów czekających całą noc na otwarcie sklepu) gdzie biegnący w stronę tanich odtwarzaczy DVD ludzie, po drodze zdobywali jeszcze dodatkowe bonusy, zgubione przez innych ludzi ;).
Filmowy bohater Arnolda Schwarzeneggera jest w stanie zrobić wszystko, by tylko zdobyć Turbo Mana, którego obiecał synkowi... Obiecał, zanim przypomniał sobie, że miał ową niemożliwą do zdobycia zabawkę zamówić 2 tygodnie wcześniej. Zatem wszystkie chwyty dozwolone, Arnold biega, skacze, dwoi się i troi, zostając nawet posądzony o molestowanie małej dziewczynki (wskakuje za nią do basenu z piłeczkami, aby odebrać jej specjalną piłeczkę-kupon losowania Turbo Mana) i dostaje po głowach od stada kobiet - hmm, to samo mogło zdarzyć się podczas wyborów na Gubernatora Kaliforni, gdyby tylko ochrona dopuściła do Schwarzeneggera jego 'fanki'. Jest całkiem sympatycznie i logicznie, do momentu w którym w miarę zabawna opowieść przeradza się nagle w komedię slapstickową, gdzie wybuchająca bomba powoduje tylko symboliczne osmolenie policjanta, a finał filmu przypomina urywki żenujących przygód Power Rangers czy innych Beetleborgów. W wielkiej pogoni za widmem Turbo Mana, poza bzdurnymi wstawkami wspomnianymi przed chwilą, dodatkowo przeszkadza naszemu bohaterowi niejaki listonosz Myron (Sinbad), który także obiecał tę zabawkę swojej pociesze. Obaj bohaterowie mają podobne powody do rywalizacji ze sobą; Howard (Arnold) musi pokazać synkowi, że pamięta o nim i jego zachciance, a Myron musi Turbo Mana zdobyć, bo on sam kiedyś nie dostał upragnionej zabawki i dlatego - jak sam uważa - został listonoszem ;). I właśnie z tej niezbyt komfortowej dla bohaterów sytuacji wynika jedna ciekawa scenka, w której Howardowi przedstawia się jego mały synek w ubraniu listonosza, popijający wódę - bo ojciec nie kupił mu Turbo Mana ;). I może tu leży pogrzebane całe przesłanie filmu, w końcu nie wolno ignorować marzeń naszych pociech, bo co dla nas jest kawałkiem plastiku, dla nich może być całym światem, mającym wpływ na ich dorosłe życie. Z drugiej strony ciężko odróżnić zwyczajny kaprys w stylu: "Chcę to, bo tak i już!!!" od prawdziwych marzeń, zatem na wszelki wypadek trzeba podeptać kilku ludzi, podłożyć bombę policjantom i próbować okraść sąsiada, żeby tylko nie zawieść pokładanych w nas przez dziecko nadziei - i chyba o tym właśnie jest "Świąteczna gorączka", bo jak nie o tym, to naprawdę nie wiem o czym ;).



ŚWIĄTECZNA GORĄCZKA

Tytuł oryginalny: Jingle all the way
Rok produkcji: 1996, USA
Czas trwania: 80 minut
Reżyseria: Brian Levant
Scenariusz: Randy Kornfield
Muzyka: David Newman

Występują:
Arnold Schwarzenegger, Jake Lloyd,
Sinbad, Rita Wilson, James Belushi

e-mail
Autor recenzji: Rafał Donica - DUX

Klub Miłośników Filmu, 20.12.2005