Strona główna KMF
        

Życie oznacza tworzenie. Tworzenie oznacza śmierć.


Drugi raz z rzędu, miałem okazję być na pokazie filmu, wyreżyserowanego przez kobietę.
Drugi raz z rzędu, wyszedłem po pokazie z odczuciem typowo "kobiecej logiki" myślenia... Zarzutu nie stawiam, acz fakt - faktem, iż barwna, a na pewno wyrazista i "mocna" biografia angielskiej poetki - Sylvii Plath, w wersji filmowej doznała lekkiej (co najmniej mówiąc) deformacji. Tracąc wszelkie atrakcyjne, osobiste walory, dające możliwość głębokiej interpretacji, uległa pospolitemu spłaszczeniu, stając się niczym deska do prasowania...

  

  

Sylvie Plath poznajemy w roku 1956, kiedy jako 24-letnia studentka anglistyki na uniwersytecie Cambridge, stara się opublikować kolejny swój wiersz, tym razem w uniwersyteckim biuletynie. Dostaje druzgocącą recenzje, acz poznaje tym samym jej autora, młodego i utalentowanego poetę, Teda Hughesa. Między nimi, jak to zazwyczaj bywa, rodzi się namiętna miłość, co zostaje oczywiście uwieńczone ślubem. Sylvia poświęca się wówczas karierze literackiej męża (przepisując jego wiersze na maszynie i rozsyłając je do różnych pism), zaniechując tym samym własną twórczość. Niebawem Ted dostaje Nowojorską Nagrodę Poetycką, co łączy się z wyjazdem obojga do Ameryki, gdzie odwiedzają matkę Sylvii i wynajmują sobie domek na Cape Cod. Sylvia usilnie próbuje wtedy pisać, tworzyć, acz tkwi nieustannie w pustce, nie mogąc znaleźć tematu, inspiracji. Aby utrzymać rodzinę, zaczyna wykładać literaturę angielską w Smith's College, równocześnie Ted zdobywa coraz większą popularność i uznanie, co odciąga go od życia rodzinnego. Sylvia, podejrzewając go coraz częściej o zdradę, a jednocześnie sfrustrowana własną niemocą, proponuje powrót do Londynu. Tam, wraz z narodzinami córeczki - Friedy, zostaje wydany jej pierwszy tomik poetycki - "Kolos" (który jednakże nie znajduje uznania wśród krytyki). Zgoda między małżonkami trwa krótko, tym razem przeprowadzają się na wieś, by kompletnie odizolować się od miasta, a w szczególności od "wielbicielek" Teda. Tam rodzi się ich drugie dziecko, syn - Nicholas. Sylvia jednak odkrywa kolejny romans męża, wobec czego tym razem nie pozostaje obojętna - wyrzucając go z domu. Opiekując się samotnie dziećmi, zaczyna znowu pisać wiersze, które zdają się być ujściem dla jej bólu i żalu, protestem wobec dotychczasowego jej życia. Przenosi się z powrotem do Londynu, gdzie z powodzeniem zaczyna publikować własne utwory, dostając pozytywne recenzje. Z drugiej strony zaczyna jej dokuczać samotność. Jej depresja się pogłębia, gdy próba odratowania małżeństwa spełza na niczym. 11 lutego 1963 roku, w stanie kompletnego wycieńczenia psychicznego i emocjonalnego, popełnia samobójstwo, zostawiając po sobie ostatni tomik poezji - "Ariel", będący najlepszym, najpełniejszym dowodem jej talentu, jej życia.
 

Fucking good poem.

"Umieranie
to sztuka, jak wszystko inne.
Umiem ją szczególnie świetnie." (*)
 

  

  

Z dzisiejszego punktu widzenia- Sylvie Plath możemy śmiało dołączyć do grona twórców, których życie odcisnęło, odznaczyło się najmocniej na ich karierze, twórczości literackiej. Oczywiście chodzi mi o te najsmutniejsze, najcięższe przeżycia, które stały się powodem do perwersyjnego "wydalania" smutku, żalu, rozgoryczenia w sztuce. Wspólnym mianownikiem pozostaną wszelkie destrukcyjne, niewytłumaczalne zachowania wymierzone w samego siebie. Samotność. Przerażenie światem. Brak dalszego sensu życia. Wszech ogarniająca niemoc. Frustracja. A na końcu: pustka, z której jedynym rozwiązaniem zdawało się być samobójstwo. Wymienić można wielu pisarzy z literatury polskiej (Marek Hłasko, Tadeusz Borowski, Edward Stachura), jak i zagranicznej (Ernest Hemingway, Randall Jarrell, Anne Sexton, Robert Lowell), którzy stali się ofiarami, jak i własnymi oprawcami. Analizując twórczość Plath poprzez jej życie, można wymienić kilka najważniejszych, najbardziej inspirujących wydarzeń, które pobudziły, a właściwie rozbudziły jej talent. Pierwszym owym przyczynkiem do pisania była z pewnością śmierć ojca, którą przeżyła mając osiem lat. Drugim, i najważniejszym punktem, był nieudany związek z Tedem Hughes'em. Zawód miłosny, zdrada, upokorzenie, samotność - zdały się być czterema wyznacznikami, które miały później dominować w jej poezji; poezji, która straszyła przerażającymi określeniami, ciętymi i ostrymi wersami, dającymi upust jej gniewowi, niespotykanemu wówczas w liryce, a tym bardziej: kobiecej liryce. Między słowami, wersami, zwrotkami jej kolejnych poematów, szalała miłość przeplatana ze śmiercią, brutalność z delikatnością, nadzieja zbrukana upokorzeniem, sprawdzając granice kobiecej, ludzkiej wytrzymałości. Jej bezwzględna szczerość docierała do każdego.

"Znów to zrobiłam.
Raz na dziesięć lat
Radzę sobie z tym -

Coś jak wędrujący cud, moja skóra,
Jasna jak nazistowski abażur,
Moja prawa stopa

Przycisk do papieru,
Moja twarz bez rysów, piękne
Żydowskie płótno.

Zedrzyj pieluszkę
Mój wrogu.
Czy przestraszam?"(*)

Rozpatrując filmową biografię Sylvii, normalnym wydaję się być postępowanie reżyserki, chcącej ukazać ten najbardziej inspirujący, jak i zarówno traumatyczny, okres życia poetki.
Rozpoczyna więc pani Jeffs od roku 1956, kiedy Plath, jeszcze jako młodziutka studentka mknąca na swoim czerwonym rowerze przez uniwersytecki dziedziniec, poznaje Teda - "najwspanialszego mężczyznę świata" - jak będzie później sama powiadać. Okres zauroczenia będzie wypełniony płonnymi rozmowami na temat literatury, freestylem poetyckim (protoplasta bitew słownych w hip-hopie, można by rzec;) i seksem. Ukoronowaniem będzie małżeństwo, które rozpocznie zarazem właśnie ten destrukcyjny rozdział jej życia. 110 minut, w trakcie których Christine Jeffs stara się ukazać te ostatnich 7 lat poetki, stara się pomóc "dowiedzieć, dlaczego i jak przekracza się granicę dzielącą rozum od szaleństwa (...)"(**) to raczej średniej klasy dramat obyczajowy, niźli biografia wyrazistej, a przede wszystkim rzeczywistej autorki z krwi i kości. Nie domagam się w tym momencie żadnej taniej, bulwarowej sensacji typu "z życia gwiazd", ani tym bardziej rzucania mięsem, ale namacalnych i realnych, przekonywujących (!!!) dowodów, pozwalających połączyć wersy utworów z postacią jaką przez dwie godziny widzimy na ekranie. Christine Jeffs posłużyła się, a raczej wysłużyła typowym i oblatanym (i dodatkowo: mocno już wytartym) szablonem, kreśląc dramat Sylvii poprzez pryzmat jej męża, jego wszelkich poczynań i dokonań, poniekąd wymierzonych w małżonkę. Nudne to niesamowicie patrzenie, jak się cały czas nad nią pastwi psychicznie, okłamuje, drażni. Cały komentarz, jakikolwiek komentarz pada wyłącznie z jego ust. Jest to zbytnie uproszczenie ze strony Jeffs, wobec czego Paltrow grająca główną rolę bardziej przypomina mi zwyczajną "mimozę", która zdaje się być dokładnym zaprzeczeniem poetki, niźli jej odwzorowaniem. Nieporadna, bojaźliwa, wystraszona, uładzona - jak pokazuje nam reżyserka. Frustracja - objawiana pieczeniem ciasta, złość i gniew - jako krzyki, płacz i trzaskanie drzwiami, to wszystko już było!!! Jeśli owa demoniczność, agresywność i brutalność tak wygląda, to równie dobrze każdy z nas mógłby się obwołać szatanem;)

  

  

Zabawne wydają się być również komentarze dotyczące filmu, ukazujące się w prasie kobiecej, które podkreślają niezwykle sugestywną i mocną role Gwyneth Paltrow. Nie wiem, gdzie autorzy owych recenzji upatrują owe cechy, ale jak dla mnie Christine Jeffs z czołowej reprezentantki ruchu feministycznego lat 60-tych i 70-tych uczyniła zwyczajną kurę domową. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby była to kura pokroju Fridy Kahlo z filmu Julie Taymor, ambitna i waleczna. Ta, potrafi jedynie prać, gotować i sprzątać, nie mając kompletnie pojęcia o dziobaniu...




Sylvia
(Sylvia)

Rok produkcji: 2003, Wielka Brytania
Reżyseria: Christine Jeffs
Scenariusz: John Brownlow
Montaż:
Tariq Anwar
Zdjęcia: John Toon
Muzyka: Gabriel Yared

Występują:

Gwyneth Paltrow (Sylvia Plath)
Daniel Craig (Ted Hughes)
Jared Harris (Al Alvarez)
Blythe Danner (Aurelia Plath)
Michael Gambon (prof. Thomas)
Amira Casar (Assia Wevill)

Czas trwania:
110 minut


(*) fragmenty wiersza "Lady Łazarz" Sylvii Plath z tomiku "Ariel" (tłum. Mira Michałowska)
(**) cytat zaczerpnięty z listu Sylvii Plath napisanego do matki w grudniu 1952r.





e-mail
 Autor recenzji: Łukasz Anioł - Dr Strangelove