Co to znaczy być autorem w dzisiejszych czasach i czym właściwie jest
oryginalność?
Film jest zdecydowanie sztuką kolektywną i wszystko, co oglądamy na srebrnym
ekranie jest wynikiem skomplikowanej siatki relacji pomiędzy reżyserem,
scenarzystą, operatorem, aktorami, producentami, a ponadto sam pomysł na film
koresponduje z historią tego medium, popkulturą, sztuką, pozostałymi twórcami.
Innymi słowy nic nie powstaje z próżni, dzieło filmowe (jak i dzieło sztuki w
ogóle) jest zawsze w kontekście, a kwestia, kto nad tym wszystkim naprawdę
panuje i czuwa, jest trudna do rozwiązania.
Postać Charliego Kaufmana i jego film „Synecdoche, New York” pobudza jednak do
rozmyślań nad samą specyfiką filmu, sztuki, i miejsca artysty. Kaufman jest
jednym z bardziej intrygujących twórców od ładnych dziesięciu lat. Jego nazwisko
jest znakomicie rozpoznawalne, mówi się już o ‘kaufmanowskim’ stylu, postaciach,
filmach. Ja także czekałem z utęsknieniem na „nowego Kaufmana”, chociaż
wiedziałem, że debiut reżyserski nadszedł dopiero teraz. Uczynił on formę
scenariusza swoim wehikułem do przekazywania treści, i opanował go tak
doskonale, że jego ‘duch’ unosił się nad każdym projektem, który współtworzył.
Po jego scenariusze sięgali Spike Jonze, Michel Gondry, a nawet George Clooney,
ale autorem, czy też dominującą osobowością, jakkolwiek byśmy tej ‘obecności’
nie nazwali, był najbardziej Charlie. Zgodnie z klasyczną francuską koncepcją
autera pisze on ciągle jeden i ten sam film i zajmuje się tymi samymi,
najbardziej nurtującymi go kwestiami, posługując się charakterystycznym dla
siebie stylem. Już w słynnym debiucie „Być Jak John Malkovich” wszystko było
jasne, dojrzałe i ustalone. Wchodzimy w głąb ludzkiego umysłu, zagłębiamy się w
labirynt znaczeń, popędów, podświadomości, nieświadomości, symboli, żądz, snów,
i próbujemy wydobyć prawdę, albo cząstkę prawdy, która wcale nie jest piękna, i
niekoniecznie chcemy ją znać. Podobnie jest w błyskotliwej „Adaptacji”, gdzie
Kaufman wpisuje sam siebie do scenariusza, niczym jakiś Vonnegut, czy w cudownym
„Zakochanym Bez Pamięci”, niezwykle dogłębnym spojrzeniu na związki.
|
 |
 |
|
„Synecdoche, New York” także wciąga nas w ukrytą strukturę umysłu człowieka, ale
skala jest zdecydowanie dużo większa. Przy pobieżnym oglądaniu, film może się
nawet wydać niezrozumiały i niepotrzebnie skomplikowany, ale warto zaufać
reżyserowi/scenarzyście i dać się wciągnąć, przemyśleć, obejrzeć więcej niż
jeden raz. Wszystkie najlepsze składniki są na miejscu: absurdalny i
nieoczywisty humor, mądre i przenikliwe dialogi, które można odbierać na wielu
płaszczyznach, przemyślana konstrukcja fabuły, mnóstwo znaczących szczegółów i
odwołań w tle, styl wizualny czerpiący sporo z Jonze’a i Gondry’ego.
Philip Seymour Hoffman gra reżysera teatralnego Cadena Cotarda, neurotycznego i
zagubionego, rozpaczliwie próbującego znaleźć jakiś sens poprzez sztukę, wyrazić
jakoś siebie, dowiedzieć się, czego naprawdę pragnie. Kiedy jego żona,
niekonwencjonalna malarka, wyjeżdża z ich córką do Berlina, świat Cadena, już i
tak ledwo trzymający się kupy, rozpada się na strzępy. Narracja jest wielce
zsubiektywizowana, więc razem z Cotardem gubimy się w surrealistycznym bałaganie
jego umysłu. Po wyjeździe żony, Caden dostaje grant MacArthura, dzięki któremu
może sfinansować kolejne przedsięwzięcie teatralne. Właśnie przez najnowsze
przedstawienie, o ogromnych rozmiarach, będzie starał się poskładać samego
siebie i swoje życie.
Chyba najważniejszy i główny motyw w filmie Kaufmana, to właśnie znana już od
Platona koncepcja teatru mundi, teatru świata. Istotą filmu jest w gruncie
rzeczy proste, ale trudne do uświadomienia sobie stwierdzenie, że każdy człowiek
gra główną rolę we własnym spektaklu swojego życia, i każdy jest równie ważny,
nikt nie jest statystą. Jednak nikt nie potrafi postawić się w ‘roli’ innego
człowieka. Zamiast tego obsadzamy własne życie naszymi projekcjami na temat
innych ludzi i tak naprawdę nie możemy ich całkowicie poznać, wiemy tylko tyle,
ile odnosi się do nas, ile przepływa przez nasze ego. Wsadzamy ludzi w szufladki
naszego umysłu, zastępujemy ich innymi zależnie od potrzeb.
Caden w akcie desperacji buduje kopię kawałka Nowego Jorku, tytułową synekdochę,
część oznaczającą całość. Zatrudnia aktorów, którzy mają grać osoby z jego
życia, potem komplikuje jeszcze bardziej, pojawiają się aktorzy grający aktorów
i tak dalej.
W międzyczasie jego prawdziwie życie przecieka mu przez palce, lata mijają jak
tygodnie, a jego wielkie nieskończone dzieło, nie przybliża go ani trochę do
założonego celu. W końcu sam próbuje grać jedną z ról, będąc reżyserowanym przez
odtwarzającą rolę jego samego aktorkę.
|
 |
 |
|
Oczywiście „Synecdoche, New York” nie jest tylko zrealizowaną metaforą teatru
świata, jest także filmem o niemożliwości porozumienia się z drugim człowiekiem,
jest o niewykorzystanych szansach, o rozczarowaniu życiem. Można nawet
zaryzykować, że jest o wszystkim, a także dotyczy każdego z nas. Ale nie w
sensie o „wszystkim, i o niczym”.
Po prostu dotyka tak wielu spraw i kwestii, przy tym nie tracąc zaangażowania
emocjonalnego i dramatyzmu, a te wszystkie małe elementy składają się na spójną
całość. Reżyser rozrzuca tak wiele tropów, niektóre dopiero zauważa się w
kolejnych seansach. Aluzje literackie do „Procesu” Kafki, „W poszukiwaniu
straconego czasu”, do Artauda, Brechta. Liczne małe oznaki subiektywizmu Cadena,
jego oglądanie siebie samego w kreskówkach. Buddyjska metafora świata, jako
płonącego domu, z którego musimy się uratować, ale nie zauważamy, że się pali.
Zdaję sobie sprawę, że wszystko to brzmi dość patetycznie, czy artystowsko i
wielu ludzi odrzuci ten film, albo nie wytrwa do końca. Na pewno może być on
trudny w odbiorze, wydawać się pozbawiony sensu, ale warto spróbować.
Poza filozoficznymi refleksjami dzieło Kaufmana zapewnia także czysto filmowe
wartości. Obsada jest znakomita i oprócz Seymoura Hoffmana, mamy świetne role
żeńskie: Catherine Keener, Samantha Morton, Jennifer Jason Leigh, Michelle
Williams, Dianne Wiest.
Styl wizualny jest niejako kontynuacją tego, co robili ze scenariuszami Kaufmana
Spike Jonze i Michel Gondry, ale nie jest to kopiowanie, raczej artystyczne
przetworzenie i doprecyzowanie. Muzyka pełni dodatkowy komentarz, bywa
psychodeliczna i dziwaczna, lub swoim patosem stanowi ironiczny kontrapunkt dla
rozgrywających się scen. Warto pochwalić imponującą scenografię i dekoracje.
„Synecdoche, New York” Charliego Kaufmana, to z pewnością jeden z najbardziej
ambitnych filmów ostatnich lat. Jest odważny i bezkompromisowy, ale także trudny
i wymagający ciągłego intelektualnego wysiłku ze strony widza. Zawiera w sobie
tyle znaczeń, że można odkrywać nowe po kilkukrotnym obejrzeniu. Kaufman
kontynuuje tym dziełem swoją trudną drogę w poprzek, która jest pełna wybojów,
ale satysfakcjonująca artystycznie i emocjonalnie.