Oryginalny "The Fast and the Furious" - pierwowzór najnowszego filmu Justina Lina, w 2001 roku narobił sporo zamieszania w box-office (w samych Stanach zarobił z górą 140 milionów dolarów) i wśród krytyki filmowej. Z niemałym zdumieniem skonstatowano wówczas, że zupełnie niespodziewanie spod ręki mało wówczas znanego reżysera wyszedł film, który w zgrabny sposób połączył garść ogranych schematów kina policyjnego (zakamuflowany policjant rozpracowujący gang) i buddy movie, wzbogacił końską dawką znakomicie sfilmowanych wyścigów samochodowych i teledyskowym montażem, tworząc amalgamat, który doskonale wypadł na dużym ekranie. Powstał po prostu jeden z najciekawszych komercyjnych filmów początku XXI wieku. W następstwie, "Szybcy i Wściekli" stali się początkiem czegoś, co Amerykanie nazywają trudnym do przełożenia na język polski słowem franchise (polski odpowiednik - franszyza - ma się do tego jak pięść do nosa), a czego zewnętrzną manifestacją stała się cała seria sequeli o tematyce samochodowo - wyścigowej. Nie muszę nawet wspominać, że każdy z następnych filmów był coraz słabszy i miał coraz mniej wspólnego z oryginałem (do tego stopnia, że w "The Fast and the Furious: Tokyo Drift" nie wystąpił już nikt z oryginalnej obsady).
|
 |
 |
|
"Fast and Furious" został zaplanowany jako powrót do korzeni. Zarówno jego tytuł (w zasadzie kopia oryginału), jak i efektowny tagline (New Model. Original Parts. - Nowy model. Oryginalne części.) mówią same za siebie. Od 2001 roku kariery aktorów grających głównych bohaterów ugrzęzły w TV, tudzież coraz gorszych filmach kinowych (tutaj największą stratę poniósł Vin Diesel, z którego "Szybcy i Wściekli" i "Pitch Black" zrobiły świetnie zapowiadającą się gwiazdę kina akcji, a który roztrwonił ten potencjał przyjmując role w coraz większych nieporozumieniach), więc dla każdego z nich, jak i dla samych producentów, takie odświeżenie serii wydało się dobrym pomysłem. Krótko można by napisać, że sukces jest częściowy. Jest to bez wątpienia najlepszy z dotychczasowych sequeli. Choćby sam fakt, że zagrali w nim ci sami aktorzy powoduje, że widz ma wrażenie, że jest to autentyczna kontynuacja, a nie tylko pomysł producenta na zarobienie kolejnego miliona dolarów. Wrażenie to jest dodatkowo potęgowane faktem, że twórcy słusznie zdecydowali się na zrobienie pierwszej bezpośredniej kontynuacji pierwowzoru, a więc nawiązującej do wątków, które są znane wielbicielom filmu z roku 2001 (choć nie zabrakło również lekkiego ukłonu w kierunku "Tokyo Drift" - w końcu to ten sam reżyser). Dominic Toretto (Vin Diesel), jak wiemy z zakończenia "The Fast and the Furious", musiał salwować się ucieczką z USA, więc zastajemy go uprawiającego swoją ulubioną dyscyplinę (okradanie konwojów ciężarówek) gdzieś w Ameryce Łacińskiej. Policja depcze mu po piętach, więc aby ustrzec swoją ukochaną Letty (Michelle Rodriguez) przed potencjalnymi następstwami schwytania go, postanawia ją opuścić. W tym czasie Brian O'Conner (Paul Walker) rozpracowuje gang narkotykowy w Los Angeles. Drogi Dominika i Briana ponownie się schodzą, kiedy w tajemniczym wypadku ginie Letty, a Dominic - wciąż poszukiwany - postanawia wrócić do Miasta Aniołów, żeby sprawę wyjaśnić.
|
 |
 |
|
Jak już wspomniałem, nie mam wątpliwości co do tego, że jest to najlepszy sequel z tych, które do tej pory nakręcono. Nie oznacza to jednak, że dorównuje oryginałowi. Kłopoty zaczynają się już na początku. Dominic i Letty uprawiają swój "zawód" od lat - od lat wystawiają się na niebezpieczeństwa, od lat dzielą dole i niedole i od lat policja depcze im po piętach. Konia z rzędem temu, kto zgadnie, dlaczego Toretto postanawia ją opuścić akurat w tym momencie. Sytuacja jest zwyczajnie psychologicznie nieprawdopodobna i wygląda jedynie na pretekst do tego, żeby ich rozdzielić, a następnie uśmiercić Letty w celu zgrabnego zawiązania akcji. Problem w tym, że zawiązanie przez to przestaje być zgrabne. Podobnych nieprawdopodobieństw i scenariuszowych płycizn jest w filmie więcej, a swój szczyt osiągają w scenie, w której policja próbuje schwytać bossa narkotykowego gangu, Bragę. Żeby nie zepsuć zabawy, nie będę zagłębiał się w szczegóły tej intrygi, ale polecam ją szczególnej uwadze podczas oglądania filmu. Ktoś mógłby powiedzieć, że spójność scenariusza nie jest tak istotna w filmie, którego głównym celem jest pokazywanie pościgów samochodowych, i do pewnego stopnia miałby rację, niemniej jednak w odbiorze obrazu jako całości to nie pomaga. Kolejnym elementem, który decyduje o tym, że film nie jest tak dobry jak oryginał jest sama formuła. Formuła kina policyjnego (funkcjonariusz pod przykrywką) i konfliktu interesów pojawiającego się w wyniku przyjaźni, która rozkwita między bohaterami z dwóch stron barykady, może się sprawdzić tylko raz. Próba skopiowania tego zabiegu, a dokładnie z tym mamy do czynienia w kontynuacji, wywołuje pewien zgrzyt. Po prostu za drugim razem traci świeżość i nie smakuje już tak samo, a wręcz do pewnego stopnia irytuje. Tym bardziej, że powtórzenie tej samej sytuacji między bohaterami traci dodatkowo na prawdopodobieństwie. Nie jest wykluczone, że dałoby się to przełknąć znacznie łatwiej, gdyby aktorzy w osobach Vina Diesela i Paula Walkera byli zdolni oddać to bardziej wiarygodnie. Niestety, obaj panowie do tuzów aktorstwa nie należą (choć wciąż uważam, że Diesel ma niewykorzystane zadatki na następcę Arnolda S.) i w odbiorze nie pomagają.
|
 |
 |
|
Mimo przedstawionych wyżej wad, "Fast & Furious" nie jest filmem złym. Co więcej, stoi o dobrą klasę wyżej od poprzednich kontynuacji - wciąż potyczki między bohaterami, a przede wszystkim widowiskowe wyścigi samochodowe budzą emocje, wciąż chcemy je oglądać (choć nie pomaga im coraz szybszy i zbliżający się do progu percepcji montaż). Cieszą znajome twarze na ekranie i powrót do korzeni. Szkoda tylko, że nie zadbano o to, żeby warstwa treści przynajmniej dorównywała początkowi cyklu.