Strona główna KMF
        

UWAGA - MOGĄ BYĆ SPOJLERY !!!

Kiedy na początku XXI wieku rozeszły się wieści o powrocie Terminatora na duży ekran, połączone z wiadomością, że mastermind obu poprzednich filmów, geniusz kina James Cameron nie zamierza przyłożyć ręki do trzeciej cześci, byłem pełen najgorszych przeczuć. Obejrzawszy "Bunt maszyn" przyznałem sobie rację. Nie szedłem do kina z negatywnym nastawieniem, tym bardziej, że "T3" zbierał nawet pozytywne recenzje. Po filmie stwierdzam jednak, że to tylko kolejny cyniczny produkt hollywoodzkiej machiny do ekshumacji legend kina, celem wyciśnięcia pieniędzy z definitywnie - według mnie - zamkniętego tematu. Saga o zagładzie nuklearnej, wojnie ludzi z maszynami, paradoksach czasowych, heroicznej walce Sarah Connor, połączona z refleksją na temat ludzkiej natury i ślepej wiary w moc komputerów, powinna się skończyć na monologu starej Sarah w roku 2029, kiedy zawiązując bucik swej wnuczce, wspomina ona czasy rozwalenia w drobny mak Cyberdyne Systems, gdzie pogrzebano zalążki Skynetu (tak wygląda zakończenie reżyserskiej wersji "Terminatora 2"). Cameron dobrze wiedział co robi, odmawiając udziału w realizacji dalszego ciągu. Niestety, połączone siły przekupionego 30 milionami $ Arnolda Schwarzeneggera, producentki poprzednich części (i byłej żony Camerona) Gale Anne Hurd oraz dwóch byłych bankrutów : Mario Kassara i Andrew Vajny, wyprodukowały coś, co wg mnie jest kompletnie niepotrzebnym, nic nie wnoszącym dodatkiem do poprzednich kamieni milowych ekranowej SF.


   


Jedynym plusem "T3" jest czarny charakter, czyli robot T-X. Po raz pierwszy w tej roli widzimy kobietę - zjawiskowo piękną, norweską modelkę Kristiannę Loken. Mimo, że tak na dobrą sprawę jej postać to aktorski klon Schwarzeneggera (T-800) z pierwszej części i Roberta Patricka (T-1000) z drugiego filmu, a panna Loken na ekranie właściwie tylko jest, do tego wymawiając jeszcze mniej słów, niż swoi poprzednicy, to nie można od niej oderwać wzroku. Nie ze względu na niekwestionowaną urodę (z którą kilkadziesiąt lat wcześniej zrobiłaby pewnie furorę u Hitchcocka, uwielbiającego zimne blondynki), ale dlatego, że jako jedyna postać w filmie, była poprowadzona przez Jonathana Mostowa absolutnie serio i bez durnych wstawek komediowych, nawiązując tym samym do poprzednich robocich przeciwników ludzi z pierwszych dwóch filmów. Cała reszta filmu to modelowy przykład chybionej kontynuacji po latach, nieudolnego klonowania pomysłów z poprzednich filmów i rozmienienia na drobne całej "terminatorowej" legendy, tak pieczołowicie przecież zbudowanej przez Jamesa Camerona. Po pierwsze zabrakło fenomenalnej muzyki Brada Fiedela. Zamiast niego, został zaangażowany Marco Beltrami. Kompozytor to - owszem - bardzo zdolny, wsławiony znakomitymi partyturami do m.in. genialnej trylogii "Scream" Wesa Cravena, ale świat Johna Connora to nie jest miejsce na gładkie, orkiestrowe ilustracje. Tu od 1984 roku mają wyłączną rację bytu ciężkie, industrialne, elektroniczne dźwięki, w "Terminatorze 2" tylko wspomagane przez orkiestrę. Idealnym przykładem tej dysharmonii jest sekwencja pościgu, kiedy T-X rozpieprza przedmieścia dźwigiem na kółkach. Jest to oczywiste nawiązanie do pierwszej sekwencji pościgowej w kanałach burzowych z drugiego "Terminatora". W 1991 roku, naładowana elektroniczną sekcją perkusyjną muzyka Fiedela, podgrzewała atmosferę filmu, stanowiąc perfekcyjny "sterownik motoryczny" dla widza, obgryzającego z nerwów paznokcie... Za to w trzeciej części najpierw słyszymy orkiestrę, która stopniowo milknie, pozostawiając miejsce dla efektów dźwiękowych. A w obrazie, zamiast emocjonującego pościgu, mamy gówniarską zabawę w niszczenie domków z kart. Jedynie moment "stójki" ciężarówki w jakiś sposób uratował moje ogólne wrażenie. No i gdzie się podział słynny temat przewodni ? Umieszczenie go wyłącznie na napisach końcowych to już kompletna kpina.


   


Po drugie - obraz. Pierwszy "Terminator" tonął w mroku, cieniu i przygaszonej palecie barw. Kontynuacja lśni lepszym światłem w scenach nocnych, z wyraźną dominantą zimnego błękitu. Koncepcja Jamesa Camerona i autora zdjęć Adama Greenberga była w obu filmach jednolita, chłodna, stalowa, ostra, podkreślająca aspekt walki z nieludzką technologią. Ale co z tego, skoro Jonathan Mostow wraz z wybitnym operatorem Donem Burgessem odrzucili w diabły styl "tech-noir" z poprzednich filmów, troszcząc się raczej o to, by otoczyć widza pełną paletą wysoce nasyconych kolorków. Tak więc, zamiast zanurzonego w półcieniach świata, korespondującego z dramatyczą walką garstki ludzi o przetrwanie, mamy wystawę ślicznych obrazków, nadających się raczej do młodzieżowego horroru. Do tego niestrawne ilości zieleni w sekwencji na cmentarzu a później skąpanie obrazu w krwistych czerwieniach. Terminator w purpurze lub na zielonej trawce ? Dla mnie gryzło się to przeokrutnie... A może ja się czepiam ? W końcu cały film był tak niepoważnie przeszarżowany, że chyba nie ma sensu wytykać palcem takich drobiazgów, jak koncepcja barwna... Skoro jednak tak, to montaż prezentuje anty-szarżowanie. James Cameron od zawsze był współmontażystą swoich filmów (oficjalnie ujawniając się na liście płac dopiero przy "Titanicu"), a styl montowania sekwencji akcji w pierwszym "Terminatorze", był wzorem i zapowiedzią, jak będzie się lepić teledyski w MTV. Dynamika sklejek była wręcz porażająca. W drugim filmie styl ten okrzepł i wyszlachetniał, czego modelowym przykładem jest scena pierwszej konfrontacji T-800 i T-1000 w korytarzu na zapleczu. Chyba nie muszę fanom kina przypominać, w jak cudowny sposób Cameron połączył w całość ujęcia z kamienną twarzą Arniego, zimnym spojrzeniem Roberta Patricka i przerażeniem Eda Furlonga. Równie doskonały był moment, kiedy Sarah na szpitalnym korytarzu widzi Terminatora, wychodzącego z windy. To jest po prostu styl, klasa, wzór i kanon, którego cytowanie może być zaszczytem. Ale stado sępów, rozdziobujące wielkość poprzednich filmów, postanowiło być mądrzejsze i w rezultacie montaż "Buntu maszyn" jest wykonany tak nieznośnie "po bożemu" a w dramatycznych z założenia momentach (jak te opisywane z poprzednich filmów) bywa tak nieudolny, że ręce i majtki opadają. Toż o wiele lepszym wyjściem byłoby dosłowne zacytowanie wzorcowych rozwiązań z pierwszych dwóch "Terminatorów", niż kompletne pozbawienie napięcia sceny, np pierwszego spotkania T-800 i Johna Connora na zapleczu zakładu weterynaryjnego. Ot, kilka ujęć poklejonych ze sobą i tyle... Nie ma w tej sekwencji żadnego zachwytu nad obrazem, ani jednego ujęcia, zapadającego w pamięć, żadnej celebracji kadru, nic. Choć paradoksalnie im bliżej końca filmu, tym lepiej.


   


Aktorzy. Arnie to już powoli starszy pan. Fizycznie prezentuje się nadal bez zarzutu, ale twarz zdradza 56 lat. Jego Terminator już nie musi nawet podkreślać, że jest przestarzałym modelem, bo w porównaniu z 37-letnim cyborgiem z pierwszego filmu, aż przykro było patrzeć, że nadal chce się Arnoldowi naciągać logikę, grając coraz bardziej zmęczoną i coraz starszą twarzą. O Kristiannie Loken już pisałem. Ale jeśli nadal będzie chciała grać w filmach, widmo T-X będzie się za nią wlokło, jak T-1000 za Robertem Patrickiem. Claire Danes gra poprawnie, ale bez rewelacji. Natomiast Nick Stahl to kompletne nieporozumienie, zarówno jeśli chodzi i grę jak i o sposób zbudowania roli Johna Connora - choć to już raczej wina scenarzystów. Connor Stahla to odludek, wyrzutek, tchórz - ktoś taki ma zostać przywódcą ludzkości ? Sarah Connor w pierwszym "Terminatorze" miała więcej jaj od swego osieroconego synka z "T3". Właśnie - czy scenarzyści w zamian za odmowę udziału Lindy Hamilton, zemścili się na Sarah, każąc jej postaci umrzeć na białaczkę ? Twarda kobieta, pogromczyni cyborga, matka wojownika - i prozaiczny rak krwi ? Dobrze chociaż, że nie zginęła w wypadku samochodowym albo podczas wizyty u dentysty... Trudno jednoznacznie stwierdzić czy "Terminator 3: Bunt maszyn" to film dobry czy mierny. Jonathan Mostow przesadził z długością ekspozycji, każąc widzowi zbyt długo czekać na pierwszą konfrontację przybyszów z przyszłości. Przez większą część filmu miałem wrażenie, że oglądam spin-offowy serial na podstawie "Terminatorów", ponieważ Arnie grał z zupełnie nowymi aktorami w kompletnie innym zestawie scenografii. Było to wyrwanie tej kultowej postaci ze środowiska poprzednich filmów, co jak dla mnie wyglądało na pewne nieporozumienie. Całość wyglądała na jakąś-tam historyjkę, w której nie wiadomo co robi Terminator. W założeniu dramatyczny moment walki cyborga ze sprzecznymi rozkazami, kiedy T-800 masakruje piąchami maskę samochodu, był żenujący i wyjęty z zupełnie innej bajki. Jestem ciekaw, dlaczego cyborg uruchamiając samochód, poszukał kluczyków, zamiast po swojemu rozbebeszyć stacyjkę. Przecież to był zupełnie inny model, niż ten, wysłany do ochrony 10-letniego Connora z drugiej części i nie mógł posiadać wiedzy tamtego Terminatora. T-X podobnie jak Lara Flynn Boyle z "Facetów w czerni II", kanon urody opiera na zdjęciu z Victoria's Secret. Przypadkowa zbieżność ? Terminator poniewierany przez T-X lata do tyłu, jak bohaterowie Matrixa. No cóż, takie czasy, że nawet byle reklama w TV zawiera matrixowski akcent...


   


Film zawiera mnóstwo smaczków i cytatów z poprzednich "Terminatorów", mniej lub bardziej finezyjnie wplecionych w akcję : wyrzucenie kierowcy z pędzącego samochodu, kultowe teksty (z tym, że zamiast "I'll be back" mamy "I'm back". Też ładnie) albo przezabawny epizod z dr Silbermanem, nieszczęsnym psychiatrą z obu poprzednich filmów, tutaj świeżo po długiej kuracji, wywołanej szokiem pourazowym po zobaczeniu przelewającego się przez kraty T-1000. Generalnie druga połowa filmu wykazuje wyraźną tendencję zwyżkową. Po niemrawym zawiązaniu akcji, Mostow funduje nam kilka naprawde znakomitych momentów, podczas których - muszę się przyznać - w napięciu wstrzymywałem oddech. Prześmieszny był ułamek ujęcia podczas walki T-X z Terminatorem w łazience Cyberdyne Systems. Kristianna Loken przechodząc obok luster, nie omieszkała popatrzeć z zachwytem na swoje odbicie, mimo, że takie kobiece zachowanie raczej robotowi do głowy by nie przyszło. Gdyby rozpatrywać "T3" jako autonomiczne dzieło, film Jonathana Mostowa obroniłby się bez problemu. Ale jako trzecia, wymęczona część trylogii, jest jej najsłabszym ogniwem. Nic w tym dziwnego - Mostow to nie Cameron, a właśnie ręki Camerona najbardziej w "Buncie maszyn" brakuje. To kolejny przykład kina popcornowego, letniego (zarówno ze wzgl. na porę roku, jak i temperaturę filmu), którego twórcy nie przejmowali się szarganiem kinowych świętości ani absurdami realizacji. Ot, kolejny hicior z Arnim i tyle... Film nie powiedział niczego istotnego, nie przekazał nic, o czym byśmy już wcześniej nie wiedzieli a jedynie pokazał to, do czego zobaczenia używaliśmy na razie własnej wyobraźni. To takie zapełnienie luki w obrazie, coś na kształt polityki Lucasa, poprawiającego stare "Gwiezdne wojny". Trzeba pokazać wszystko, nie powiedzieć czy zasugerować, ale pokazać tępemu widzowi. OK - kino to medium oparte na obrazie i liczy się przede wszystkim to, co widać, ale aby pokazać takie - obgadane już na kilka sposobów - detale, jak wybuch wojny nuklearnej, albo walkę ludzi ze Skynetem, trzeba było od razu kręcić następny film ? A chodzą słuchy, że mają powstać następne części, nawet bez Schwarzeneggera. Przerażające... więc może jednak lepiej od razu wyprodukować serial TV ? Obyłoby się przynajmniej bez większej szkody dla jakże wspaniałych arcydzieł kina SF, jakimi na zawsze pozostaną dwa pierwsze "Terminatory". Trzeci już teraz od nich odstaje i niech tak pozostanie.


   




TERMINATOR 3: BUNT MASZYN

Tytuł oryginalny: Terminator 3: Rise Of The Machines
Rok Produkcji: 2003, USA
Czas trwania: 108 min.

Reżyseria: Jonathan Mostow
Scenariusz: John D. Brancato, Michael Ferris
Produkcja: Mario Kassar, Andrew Vajna, Joel B. Michaels
Montaż: Neil Travis, Nicolas De Toth
Muzyka: Marco Beltrami
Scenografia: Jeff Mann
Zdjęcia: Don Burgess

Występują:

Arnold Schwarzenegger (jako Terminator)
Nick Stahl (jako John Connor)
Claire Danes (jako Kate Brewster)
Kristanna Loken (jako T-X)
David Andrews (jako Robert Brewster)
Mark Famiglietti (jako Scott Petersen)
Earl Boen (jako dr. Peter Silberman)


e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI