- Za kogo ty się kurwa uważasz? Za Rambo?
- Rambo to ciota.
Czasami zdarza się tak, że człowiek siedzi bezczynnie w domu i odmóżdża się zappując po kanałach kablówki. Też mi się ostatnio tak zdarzyło (godziny pracy mi się pozmieniały i teraz dysponuję ogromem czasu popołudniową porą). Nie jest to zajęcie chwalebne, mnóstwo tekstów na stronę czeka na napisanie lub obrobienie, ale żeby rzucić się w wir pracy, trzeba czasem przejść okres lenistwa na potęgę. No więc śmigałem po kanałach i trafiłem na arcykretyńskiego bzdeta pt. "Scooby-Doo 2". Wszystko tam było złe, lub bardzo złe. Oczywiście najmłodsza dzieciarnia, ledwo co wyrośnięta z "Teletubisiów" była pewnie zachwycona, lecz widać na jego przykładzie, z jaką konsenwencją Amerykanie potrafią ładować mnóstwo forsy i wiele znanych nazwisk w film w pełni tego słowa znaczeniu idiotyczny. I tak jest właściwie od początku kina, jako przynoszącego zysk złotego interesu. Wyświechtana fabuła? Nie szkodzi. Sztampowi bohaterowie? I co z tego? Nieprawdopodobne zwroty akcji? Nieważne. Wystarczy wziąć kilka sympatycznych gwiazd do obsady, zdolnego operatora, szybkiego montażystę i łebskiego kolesia od efektów. Będzie z tego hicior! A że durny i schematyczny? Przecież nie celujemy w widownię bergmanowską, tylko w popcornową. Ma być szybko, śmiesznie i miło. Tak pewnie myśleli Jon Peters i Peter Guber, biorąc do produkcji grafomański scenariusz Randy'ego Feldmana "Tango & Cash".
- Z takim IQ nawet bez broni jesteś arcygroźny...
- To musi być jakaś pomyłka. Co o tym myślisz?
- Myślę, że majtki mi się wrzynają...
Ray Tango (Sylvester Stallone) to elegancki as wydziału narkotykowego policji z Los Angeles, który z gracją baletmistrza i spokojem księgowego, metodycznie wsadza do pierdla kolejnych bandziorów z narkotykowej mafii. Gabriel Cash (Kurt Russell) także może się pochwalić podobną skutecznością i sławą, choć ze swoją garażową elegancją i mało subtelnymi metodami pracy, stanowi skrajne przeciwieństwo Raya Tango. Oczywiście obaj się nie lubią (choć nie pracują razem) i zawzięcie rywalizują o miano najlepszego gliny w mieście. Pewnego wieczoru, tropiąc podejrzanego, wpadają na siebie i jednocześnie na oddział policji. Znaleziony przy nich trup i kaseta audio z nagraniem, stanowią dla sądu wystarczający powód do zamknięcia obu w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Osadzenie dwóch najlepszych stróżów prawa okazuje się spiskiem Yvesa Perreta (Jack Palance), szefa wszystkich szefów, bossa podziemnego świata zachodniego wybrzeża, dla którego Tango i Cash byli dotychczas dopustem bożym. Obaj gliniarze, widząc raczej nieprzychylne opinie wsadzonych kiedyś przez nich współwięźniów ("Zerżnę cię, Tango!!"), postanawiają czmychnąć za opiekuńcze więzienne mury i powiązać w snopki ludzi, którzy zafundowali im te kiepskie wakacje...
- Nie chce być zabity przez tego imigranckiego złamasa! Chcę być zabity przez
amerykańskiego złamasa!
- Nie znasz się na elektryczności?
- Nie.
- Dopóki nie dotkniesz ziemi, trzymając się kabla, nie popieści cię... racja??
- Nie wiem.
- Ja też nie wiem.
Biorąc pod uwagę sztukę, no, może nie sztukę, lecz uczciwe rzemiosło filmowe, przynależne zrobionemu za duże pieniądze kinu akcji, "Tango & Cash" należałoby niezwłocznie spuścić do sieci wodociągów miejskich. Scenariuszowa sztampa wręcz wbija w glebę, fatalne aktorstwo wiele razy przekracza granice parodii, dialogi przypominają koszmarny sen wenezuelskiego scenarzysty i chrzęszczą w uszach niemiłosiernie, żenujący schematyzm wyziera z każdej sceny, fabułka praktycznie nie ma znaczenia, jak w przytoczonym wcześniej filmidle o mówiącym psie. Wszystko już było, lepiej i uczciwiej, chociażby w "Zabójczej broni". Lecz mimo to film zapiera się przed spuszczeniem w głąb muszli, niczym wiszący w szpagacie Jean-Claude van Damme. C-klasowy scenariusz bowiem przeniesiono na ekran za pomocą dwóch gigantów kina akcji i jednego giganta muzyki filmowej tamtych lat. Kurt Russell świetnie bawił się w roli Gabe'a Casha, szarżując do woli, bez namaszczonej powagi z filmów Johna Carpentera (za wyjątkiem oczywiście "Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy"). Wdzięczny widz, patrząc na szeroko uśmiechniętą japę Russella, wybaczy wszystkie zarzuty wobec drewnianych dialogów, zabawnie podawanych przez aktora. Niespodzianką dla fanatyków Rambo i Rocky'ego była metamorfoza Sylvestra Stallone. Zamiast klocowatego, napędzanego prochem strzelniczym mięśniaka, aktor zaskoczył szczupłą twarzą, okularami, garniakiem od Armaniego na grzbiecie i nienagannymi manierami swego bohatera. Zmiana wizerunku była tak nagła, że natychmiast zaczęto podejrzewać aktora o operacje plastyczne.
- Plan A jest do dupy. Masz plan B?
- Słyszałeś o Hiroshimie?
- Mam dobrą wiadomość i złą wiadomość.
- Jak brzmi dobra?
- Kończy nam się paliwo.
- A zła?
- Kończy nam się paliwo!
"Tango & Cash" to podręcznikowy przykład filmu, do zrobienia którego wystarczy dwóch gwiazdorów, bawiących się własnymi wizerunkami. Stosu karteczek, eufemistycznie nazwanego scenariuszem, nie zdzierżył przecież nawet reżyser, wybitny rosyjski twórca Andriej Konczałowski. Brat Nikity Michałkowa postanowił poeksperymentować, poszedł w zaprzęgu komercji, zabrał się za kino akcji dla wielkiej wytwórni i biedaczysko nie wytrzymał do końca zdjęć. Film dokończył za niego Albert Magnoli. Russell i Stallone pociągnęli ten stek bzdur na własnych grzbietach i wydarzyła się rzecz dziwna. "Tango & Cash" stał się seansem ciągłego wybaczania. Odpuszczamy winy wszystkim, którzy karmią nas tą papką, wybaczamy amatorszczyznę scenarzysty, jego badziewną próbę podczepienia się pod nurt buddy-movie, puszczamy mimo oczu brak reżyserii, zapominamy wybitnemu Jackowi Palance'owi w pełni celową grę pod kreską, a rosłemu ś.p. Brionowi Jamesowi głupie miny. Byleby Sylwek i Kurt mogli hasać po ekranie, sadzić one-linery, zabawnie się wykłócać i udawać spektakularne numery kaskaderskie, wykonane przez widocznych jak na dłoni dublerów. Żeby tylko byli. Reszta jest nieważna. No, może za wyjątkiem znakomitej elektronicznej muzyki nieco zapomnianego już Harolda Faltermeyera, pracującego wówczas dla Bruckheimera i Simpsona dostarczyciela energetyzujących, pulsujących rytmem analogowych syntezatorów przebojów, ze zmasakrowanym swego czasu przez jakąś cholerną Szaloną Żabę megahitem "Axel F." na czele.
Nie pasuje tu powiedzonko "film tak durny, że aż fajny". Ta lajtowa opowiastka sensacyjna, ze śliczną Teri Hatcher w tle, pasuje raczej do kategorii "film fajny, pomimo swej durnoty". W końcu ileż można patrzeć na arcydzieła. Czasami po prostu trzeba się odmóżdżyć taką gumą do żucia dla oczu, choćby po to, by mieć skalę porównawczą. "Tango & Cash" to właśnie taki urlop od myślenia. Idiotyczny, kiczowaty i płaski, a mimo to sympatyczny, zabawny i najzwyczajniej w świecie przyjemny. Na tyle, by uznać go przyjaźniejszym w odbiorze od, na przykład, "Skarbu narodów".
TANGO & CASH
 |
wytwórnia - Warner Bros. Pictures, Guber-Peters Company, 1989
czas projekcji - 104 minuty
reżyseria - Andriej Konczałowski, Albert Magnoli
scenariusz - Randy Feldman
produkcja - Jon Peters, Peter Guber, Peter MacDonald, Larry Franco
zdjęcia - Donald E. Thorin
muzyka - Harold Faltermeyer
montaż - Stuart Baird, Hubert C. de la Bouillerie, Robert A. Ferretti
scenografia - J. Michael Riva
kostiumy - Bernie Pollack
efekty specjalne - Jon G. Belyeu, Michael L. Fink, Peter Kuran
wystąpili:
Sylvester Stallone
Kurt Russell
Teri Hatcher
Jack Palance
Brion James
James Hong
Marc Alaimo
Philip Tan
Michael J. Pollard
Robert Z'Dar
Lewis Arquette
Edward Bunker
Leslie Morris
Jerry Martinez
Michael Jeter
Clint Howard
|
(Ray Tango)
(Gabriel Cash)
(Katherine Tango)
(Yves Perret)
(Requin)
(Quan)
(Lopez)
(chińczyk)
(Owen)
(Buźka)
(Wyler)
(kpt. Holmes)
(Hendricks)
(Santos)
(Skinner)
(Sprężynka)
|
|
|
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI
|
Klub Miłośników Filmu, 2006. 07. 20 |
|