Zygmunt Kałużyński spierał się niegdyś, że polskie kino literaturą stoi. Gdyby
nagle pisarze przestali zasiadać za biurkiem i przelewać myśli na papier,
kinematografia w naszym kraju w ciągu kilku lat padłaby na kolana i wreszcie
udała się na wieczny spoczynek z powodu braku dobrych scenariuszy. Patrząc na
dokonania rodzimych twórców, trudno nie przyznać Kałużyńskiemu racji, gdyż nasze
największe, i te trochę mniejsze produkcje, bazują na tekstach literackich.
Wyjątkiem od niepisanej reguły nie jest także „Tatarak”, nowe dzieło Andrzeja
Wajdy, choć w tym filmie mamy do czynienia z wieloma źródłami, z których czerpał
mistrz. Poza opowiadaniem Iwaszkiewicza, reżyser sięgnął po Krystynę Jandę z
krwi i kości. Człowiek, a nie książka, stał się kolejnym, co więcej
najważniejszym, elementem składającym się na „Tatarak”.
|
 |
 |
|
Warstwę narracyjną „Tataraku” tworzą trzy płaszczyzny. Najbardziej oczywistą
stanowi adaptacja wspomnianego już opowiadania, spisanego przez Jarosława
Iwaszkiewicza. To w nim stykamy się z historią pani Marty, śmiertelnie chorej
żony miejscowego doktora, która poznaje Bogusia, chłopaka z sąsiedztwa. Dzięki
niemu próbuje ogarnąć umysłem i sercem tajemnicę młodości, dawno już dla niej
minionej. Spacery i rozmowy z Bogusiem pomagają przyjąć Marcie nową perspektywę,
zrozumieć lepiej świat, zobaczyć go ponownie oczami młodego człowieka. Ich
relacja nie jest jednak toksyczna i jednostronna, gdyż Marta dzieli się z
chłopakiem swoim doświadczeniem oraz dojrzałym, trzeźwym i praktycznym
spojrzeniem na życie. Na scenie obecna jest też trzecia postać – widmo śmierci
krążące na głowami bohaterów. Niejako uosabia je Jan Englert jako doktor, mąż
Marty, który przypomina o nieuchronności końca ziemskiego bytowania. Taki
właśnie jest „Tatarak”, z którego Wajda wyciąga nas do drugiej warstwy
narracyjnej, świata „rzeczywistego”, istniejącego na planie filmowym, gdzie
Marta to tak naprawdę Krystyna Janda, Boguś to Paweł Szajda, pobliska rzeka
będąca samotnią bohaterów pełna jest nurków, a ekipa z kamerami i mikrofonami
nie oddala się od aktorów ani o krok. Na tej płaszczyźnie, której reżyser
poświęca najmniej miejsca, Wajda skupia się na Jandzie jako aktorce, nie
postaci, którą ta kreuje. Niemniej jednak można pytać o zasadność wykorzystania
takiego, niezaprzeczalnie interesującego, zabiegu formalnego. Na tej
płaszczyźnie bowiem Wajda, mający zapewne na celu pokazanie widzowi
Jandy-aktorki, a nie Jandy-pani Marty, radzi sobie znacznie gorzej, chwytając
się pretensjonalnego zagrania; filmując aktorkę uciekającą z planu ku jadącym
mostem samochodom. Ten akt jest zupełnie niepotrzebną manifestacją, burzącą
subtelny nastrój „Tataraku”. Oczywiście, przejścia z filmu do planu miały być
brutalne i zaskakujące - i takie są w istocie. Jednak to, co dzieje się poza
„filmem w filmie”, jest chaotyczne, nierówne i wnosi niewiele nowego do
opowiadanej historii.
Za to trzecia warstwa, monologi Jandy o zmarłym mężu, znakomicie wiąże ze sobą
pozostałe płaszczyzny. Filmowana w jednym ujęciu, z perspektywy przypominającej
pozycję widza siedzącego w teatrze, Janda, w pustym pokoju, opowiada o sobie, o
swoim małżonku, o tym, czego doświadczyła w związku z chorobą ukochanej osoby.
Jej monologi powracają na ekran niczym lejtmotyw, są sztuką samą w sobie, a
jednocześnie nadają sens pozostałym wydarzeniom, którym świadkujemy zarówno na
planie filmowym, jak i w kręconym przez ekipę obrazie. Decyzja Wajdy o
wprzęgnięciu w swój film osobistego dramatu Jandy nadaje obrazowi nie tyle
autentyzmu, co potwierdza tezę, którą stawia reżyser o nieuchronności śmierci.
Jednak na tym nie kończy się warstwa znaczeniowa obrazu, wielość interpretacji
osiągnięta przez niedomówienia, jest jego kolejną zaletą a jednocześnie
słabością.
|
 |
 |
|
Wajda w swoim filmie porusza całe mnóstwo tematów, jednak robi to w sposób
bardzo powierzchowny. Zostawia miejsce widzowi na jego własną interpretację,
przez co w filmie brakuje momentami rysu autorskiego; zaczynamy zastanawiać się,
czy „Tatarak” to film Wajdy, Jandy, czy też może nasz, widzów, którzy nadają mu
sens rozmyślając o tym obrazie po jego zobaczeniu. W „Tataraku” widać rękę
mistrza w znakomitych kompozycjach kadrów, jego oko przy rewelacyjnych
przejściach montażowych, lecz mimo wszystko, gdzieś po drodze, podczas
realizacji zagubiła się sztuka filmowa - nie ona jednak była tematem opowieści.
Owa wspomniana wcześniej teza zdominowała film i podporządkowała sobie reżysera,
który posuwa się do sztampowych chwytów niegodnych nawet studenta szkoły
filmowej, jak scena ucieczki Jandy z planu czy też sekwencja w oświetlonym
pokoju, należącym do nieżyjących dzieci pani Marty. W większości scen daleko
jednak Wajdzie do taniego sentymentalizmu, gdyż na ekranie rozgrywa się
autentyczny dramat. Reżyser nie rozdmuchuje osobistej tragedii Jandy niczym
redaktor brukowego magazynu, z rozwagą oddaje pole aktorce. „Tatarak” to
spektakl Jandy i chyba największa jej kreacja w karierze; najtrudniej bowiem na
ekranie pokazać samą siebie.