TEKKEN: BLOOD VENGEANCE


Udana animowana wersja konsolowej mordoklepki...
Zaskoczeni? Ja również.



Poza co najwyżej poprawnym "Mortal Kombat" w reżyserii Paula W. Andersona, słynne konsolowe mordobicia jakoś nie miały szczęścia do swoich kinowych/telewizyjnych adaptacji. Katastrofalny "Street Fighter" z Jean-Claude Van Dammem, porażający tandetą sequel obrazu Andersona z podtytułem "Unicestwienie", serialowe odsłony smoczej serii, w końcu ostatnie wymiociny, czyli niemajęce do zaoferowania nic poza jędrnymi pośladkami aktorek "Dead or Alive" oraz niskobudżetowy aktorski "Tekken". Kiedy powiedziałem sobie w duchu, że już więcej tego typu filmów kijem nie tknę, Namco Bandai zapowiedziało pełnometrażową animację CG pt. "Tekken: Blood Vengeance". Film pomyślany został na identycznej zasadzie, co wydany trzy lata wcześniej przez Capcom "Resident Evil: Degeneracja". Jako że film o zombiakach była średnio atrakcyjną animacją z pisanym na kolanie scenariuszem, nie wiązałem z "Krwawą zemstą" jakichś wielkich nadziei - "Ot, może wyjdzie z tego przyzwoite, półtoragodzinne intro do kolejnej części gry" - pomyślałem. Animowany "Tekken" swoją kinową premierę miał w USA (w 3D), następnie wszedł w skład "Tekken: Hybrid", czyli osobliwej kompilacji na PlayStation 3, w skład której prócz filmu weszły także dwie części gry z podserii "Tag Tournament" (z czego "dwójka" to rozbudowane demo). Krążek przygotowany z myślą o PS3 można uruchomić także na zwykłym odtwarzaczu Blu-ray, dlatego posiadanie konsoli Sony nie jest konieczne.


  


Pierwszy akapit był łaskawy dla osób, które z uniwersum Turnieju Żelaznych Pięści nie miały jak dotąd styczności, ale ostrzegam, że dalej już tak miło nie będzie. Już na dzień dobry wypada powiedzieć, że "Tekken: Blood Vengeance" jest obrazem zrealizowanym z myślą o fanach, a podkreśla to sam fakt, że film póki co wydano jedynie w pakiecie z grami. Jeśli jednak ktoś nadal zainteresowany jest obejrzeniem produkcji Japończyków, mimo nieznajomości serii gier, wyjaśnię pokrótce "o co loto". Świat przedstawiony w "Tekkenie" pomyślany został przez twórców jako camp. Celowa tandetność dotyczy tutaj w zasadzie wszystkiego: dziwacznych i pokręconych wojowników (dziewczyna-cyborg o różowych włosach, niedźwiedzie i kangur-bokser included), przegiętej technologii kontrastującej z pradawną mocą Diabelskiego Genu (!) czy miejsc akcji, takich jak np. cukierkowy lunapark, boiska szkolne, starożytne świątynie... Jako background pod konsolową bijatykę takie realia sprawdziły się bardzo dobrze i, także za sprawą specyficznego japońskiego humoru, stanowią jeden z największych wyróżników słynnej marki. Co innego jednak gra, a co innego film. Kino to zupełnie inne medium i, mimo przeznaczenia oraz wiadomej grupy docelowej tej produkcji, muszę oceniać "Blood Vengeance" jako historię opowiedzianą za pomocą animacji. Wbrew moim wcześniejszym obawom, twórcom udało się tutaj naprawdę wiele.


  


Rzecz rozchodzi się o wewnętrzny konflikt w przeklętej rodzinie Mishima. Stojący na czele Mishima Zaibatsu, Jin Kazama, oraz przewodzący G Corporation, jego ojciec - Kazuya Mishima, pragną przechwycić pewnego ucznia japońskiej szkoły średniej, Shina Kamiyę, którego komórki mogą przechylić szalę zwycięstawa na jedną ze stron. Zwaśnione ze sobą siostry Williams, Nina i Anna, stanowią prawą rękę - odpowiednio - Jina i Kazuyi. Obie z sióstr wysyłają do szkoły swoje zakonspirowane agentki, które mają za zadanie nawiązać kontakt, potwierdzić tożsamość, a następnie pomóc przechwycić Shina. Jedną z dziewczyn jest chińska mistrzyni sztuk walki, Xiaoyu, natomiast druga z agentek jest... cyborgiem, który metaliczny endoszkielet skrywa pod aksamitną skórą uroczej Alisy Bosconovitch. Dziewczęta dość przypadkowo nawiążą kontakt z Shinem, a także ze sobą, i stosunkowo szybko zmuszone będą połączyć siły, aby przetrwać i uratować porwanego przez nieznane siły Japończyka. Na scenę wkroczy jeszcze jedna demoniczna postać, prawdziwa ikona serii, a między ściganymi ex-agentkami zacznie rodzić się głęboka przyjaźń...


  


Autorem scenariusza "Krwawej zemsty" jest Dai Sato, który odpowiada za skrypty do tak fenomenalnych serii, jak "Ghost in the Shell: Stand Alone Complex", "Samurai Champloo" czy "Cowboy Bebop". Wnioskuję zatem, że to głównie dzięki panu Sato otrzymaliśmy zgrabną fabułkę, która jest czymś więcej, niż tylko pretekstem do okładania się po buziach w co drugiej scenie. Sam pomysł wyjściowy, w którym to protagonistą nie jest napakowany madafaka, lecz dwójka wyrazistych dziewcząt, zasługuje na duże pochwały. Xiaoyu i Alisa zaraz na początku zdobywają sobie sympatię widza, więc kiedy tylko wpadają w tarapaty, gorąco im kibicujemy. A okazji do tego nie zabraknie, gdyż dzięki prostej, ale dobrze poprowadzonej intrydze, bohaterkom przyjdzie zmierzyć się z najsilniejszą postacią tekkenowskiego uniwersum, kopiąc po drodze tyłki pomniejszych oponentów. Przez półtorej godziny trwania filmu, podczas której nie zbrakło scen na wyciśnięcie łez, humor oraz dialogi nie zagrały mi może w czterech-pięciu scenach, co biorąc pod uwagę stylistykę, złym wynikiem nie jest. Przyjaźń pomiędzy Xiaoyu a cyborgiem Alisą kupuje się bez pytania, w dodatku natura panny Bosconovitch stanowi niewyczerpalne źródło dla zabawnych dialogów oraz humoru sytuacyjnego - nie widziałem jeszcze maszyny, która byłaby bardziej kawaii (1). Żli, na czele z Głównym Złym, wywiązują się ze swojej roli należycie, a ich celowe przerysowanie wrzuca na usta dodatkowego banana. Cieszy także fakt, że nie przesadzono z ilością postaci z gier - w filmie doliczyłem się dziesięciu bohaterów serii Namco oraz jednego cameo - wszyscy zostali bardzo sprawnie wkomponowani w historię polowania na Shina.


  


Czym byłby jednak "Tekken" bez efektownego okładania się po dziobach? Zostałem mile zaskoczony, gdy okazało się, że sceny walk nie stanowią co drugiej sekwencji filmu, lecz zostały starannie rozpisane na okrągłe dziewięćdziesiąt minut. Dłuższych scen akcji naliczyłem się dokładnie cztery: otwierające film starcie Niny z Anną i oddziałem G Force, pojedynek Alisy z Xiaoyu oraz dwa pozostałe, zdecydowanie najdłuższe i szalenie efektowne, ale imion tam walczących nie zdradzę. Każda z naparzanek nie ma w sobie oczywiście nic z realizmu - bohaterowie przebijają ściany, mury i wszystko, co tylko możliwe, mimo to na ich twarzach ciężko doszukać się choćby zadrapań. Taka jest konwencja, o czym wiadomo było od samego początku, zastrzeżeń więc mieć nie mogę - tym bardziej, że szalona choreografia, wysoki poziom animacji oraz rozmach, potrafią dostarczyć ogromną porcję wrażeń. Sama oprawa wizualna jest dość nierówna. Czasami bywa sterylnie, aglomeracje miejskie wydają się być pozbawione mieszkańców, a animacja postaci na drugim i trzecim planie mogłaby, a nawet powinna być lepsza. Kiedy miejscem akcji przestaje być szkoła, oprawa "Blood Vengeance" pokazuje pazur, a poziom detali, jakość tekstur oraz efekty świetlne potrafią zachwycić. Podobnie jak wygląd i mimika postaci - wiodący bohaterowie wyglądają doprawdy wspaniale, bez problemu dopatrzymy się wszelkich znaków na skórze, a w przypadku napakowanych bishonenów (2) - napinających się mięśni. Mieszanka elektroniki i utworów opartych na instrumentach smyczkowych wypada poprawnie, podobnie jak japońscy seiyuu (3). Na płycie dostępna jest także wersja anglojęzyczna, ale nie ważcie się jej włączać, gdyż brzmi koszmarnie.


  


"Tekken: Blood Vengeance" pozytywnie mnie zaskoczył. Spodziewałem się pretekstowej historyjki, która służyć będzie jedynie za łącznik między kolejnymi pojedynkami wykręconych fighterów, a otrzymałem fabularnie zgrabny, dobry campowy film akcji, w którym japońską rękę czuć dosłownie na każdym kroku. Fani "Tekkena" i gracze, którzy na niejednej odsłonie Turnieju Żelaznych Pięści zjedli zęby, będą filmem co najmniej usatysfakcjonowani. A reszta? W "Tekkenie" panny dosiadają pandę, która biegnie po wodzie - utrzymuję zatem, że nie jest to produkcja dla reszty...



(1) Kawaii - po japońsku oznacza to "słodki, miły, ładny".
(2) Bishonen - po japońsku "piękny chłopak". Bishoneni to młodzi, wyidealizowani z wyglądu, niemal kobiecej urody mężczyźni. Są szczupli, często mają długie, zwężające się ku dołowi brody.
(3) Seiyuu - japoński odpowiednik aktorów lub aktorek podkładających głosy postaciom w produkcjach animowanych, grach, słuchowiskach radiowych lub dubbingujących aktorów w filmach zachodnich. Japońscy aktorzy głosowi studiują w specjalnych szkołach i mają znacznie wyższy status niż ich odpowiednicy w pozostałych krajach.





TEKKEN: BLOOD VENGEANCE

Rok produkcji: 2011, Japonia
Czas trwania: 92 minuty
Reżyseria: Yoichi Mori
Scenariusz: Dai Sato
Muzyka: Hitoshi Sakimoto
Projekt: Bandai Namco Games
Produkcja: Yoshinari Mizushima

Głosy podkładali:

Maaya Sakamoto (Xiaoyu), Yuki Matsuoka (Alisa), Mamoru Miyano (Shin), Akeno Watanabe (Anna Williams), Atsuko Tanaka (Nina Williams), Isshin Chiba (Jin), Masanori Shinohara (Kazuya), Unsho Ishizuka (Heihachi), Hidenari Ugaki (Ganryu)
e-mail Autor recenzji: Michał Włodarczyk - ANIELSKI PYŁ Moja ocena: 7/10 
Klub Miłośników Filmu, 14.12.2011 STRONA GŁÓWNA KMF | WIĘCEJ RECENZJI ANIME



Podziel się