STRONA GŁÓWNA      RECENZJE  ANALIZY  ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE



Jeden z najdroższych filmów w historii europejskiej kinematografii. „Templariusze. Miłość i krew” to widowiskowa saga osadzona w średniowiecznych realiach. Opowieść o władzy i intrydze, miłości i zdradzie, namiętności i pokucie.

Imponujący rozmach tej produkcji jest widoczny zarówno w genialnych scenach walki, egzotycznych plenerach, jak również w bogatej scenografii dającej realne i soczyste tło fabule. Film łączy materiał historyczny z elementami fikcji, zawiera także odniesienia do rzeczywistych postaci i wydarzeń. Urodzony w 1150 roku młody szwedzki szlachcic Arn Magusson od najmłodszych lat kształci się w zakonie templariuszy, by stać się godnym miana rycerza. Wskutek niecnej intrygi zostaje oskarżony o grzech nieczystości i musi odbyć pokutę. Wyrusza wraz z innymi templariuszami do Ziemi Świętej, gdzie toczy się krwawa wojna pomiędzy chrześcijanami i muzułmanami. Jego krucjata to wyprawa pełna przygód i niebezpieczeństw. Przyjdzie mu stoczyć pojedynek z legendarnym rycerzem Ivanhoe, uratować życie sułtana Saladyna i walczyć o ukochaną Cecilię więzioną w klasztorze...


Właśnie przeczytaliście informację prasową na temat „Templariuszy. Miłości i krwi”, przygotowaną przez polskiego dystrybutora filmu - KINO ŚWIAT. To właśnie ta notka reklamowa przyczyniła się do powstania poniższej recenzji. Po obejrzeniu filmu chciałem jak najszybciej spuścić na niego zasłonę milczenia, wyrzucić go z pamięci i nie tracić cennego czasu pisząc na jego temat. Gdy jednak znalazłem w sieci powyższy promocyjny stek bzdur, bezmyślnie powtarzany na większości polskich portali filmowych, postanowiłem ostrzec potencjalnych widzów, by nie dali się nabić w butelkę.

Zacznę od tego, że głównego bohatera Arna „Templariusza” Magnussona gra niejaki Joakim Nätterqvist, mężczyzna o aparycji Matta Damona po zderzeniu z lokomotywą. Zatem już na starcie film dostaje po tyłku, bo oferuje nam centralną postać, z którą nie daje się sympatyzować. Wiem, że nie ocenia się książki po okładce, ale w tym wypadku ocena okładki pokrywa się z oceną książki, bo nie dość, że Arn straszy facjatą wioskowego głupka, to charakterologicznie i charyzmatycznie także nie ma nic do zaoferowania. Jego bohater jest bardzo źle napisany. Poznajemy go w dzieciństwie, gdy w klasztorze uczy się sztuki wojennej – strzelania z łuku, posługiwania się mieczem. W dalszej części filmu ubrany w habit pokonuje w szybkiej, byle jak sfilmowanej i kiepsko zmontowanej walce na miecze, kilku przeciwników, po czym zostaje wysłany do Ziemi Świętej i po cięciu montażowym zostaje nagle najsłynniejszym z templariuszy! No właśnie – zostaje najsłynniejszym templariuszem i przejmuje dowództwo nad armią, tylko że jakoś nie wiadomo dlaczego spłynęły na niego te wszystkie zaszczyty, skoro na ekranie nie widzieliśmy niczego, co wskazywałoby na jego wybijanie się ponad przeciętność.


Ta wielka kinowa produkcja tylko tym odróżnia się od filmów Hallmarku, że w rogu ekranu nie ma logo Hallmarku... Finałowa bitwa, na którą czeka się przez cały nudny film, to krótka przepychanka grupki ludzi w tumanach kurzu – niewiele bardziej widowiskowa od finału „Wysłannika przyszłości”, w którym na przeciwko siebie stały dwie armie, a tylko Kevin Costner tarzał się w piachu z Willem Pattonem. Nigdzie, nawet przez sekundę „Templariuszy...” nie widać reklamowanego przez dystrybutora „rozmachu” ani „genialnych scen walk”. Dziwnym trafem na ekranie nie pokazano też „wyprawy pełnej przygód i niebezpieczeństw”, nie mówiąc już o „pojedynku z legendarnym rycerzem Ivanhoe, uratowaniu życia sułtana Saladyna i walce o ukochaną Cecilię więzioną w klasztorze”. Pojedynek z legendarnym Ivanhoe musiałem chyba przegapić (z tego co słyszałem, przegapili go również inni widzowie), uratowanie życia sułtana to rozmowa między nim a Arnem oraz późniejsza ucieczka sułtana z pola bitwy, a walka o ukochaną Cecilię „uwięzioną w klasztorze” polegała na tym, że Arn przez cały film nie próbował ani skontaktować się z chłostaną regularnie przez zakonnice ukochaną, ani porwać jej z klasztoru. Co więcej, na końcu Cecilia dowiaduje się, że Arn przeżył i że wraca, a nie pokazano nawet spotkania zakochanych. Może Arn powracając ominął klasztor i pojechał do jakiejś innej ukochanej? Nie wiem, i nie obchodzi mnie to, podobnie jak nie obeszła mnie cała ta historia Templariusza, miłości i krwi.

Zapowiadaną przez dystrybutora „Opowieść o władzy i intrydze, miłości i zdradzie, namiętności i pokucie” można znaleźć chyba tylko w materiałach prasowych dotyczących „Templariuszy...”; w samym filmie i owszem, wszystko to znajduje się, ale podane jest tak beznamiętnie i na odwal się, jakby twórcy mechanicznie odhaczali w scenariuszu każdy z tych „pasjonujących” elementów. Bohaterowie są mało interesujący, a ich losy nie potrafią w ogóle zaintrygować. Gdy młody mnich okazuje się być mistrzem miecza, coś tam jeszcze próbuje iskrzyć, jakiś zalążek emocji się pojawia, ale w momencie, gdy Cecilia trafia do klasztoru a Arn wyjeżdża do Ziemi Świętej, film zupełnie traci tempo i rozlatuje się na dwie części, które zdają się nie mieć ze sobą nic wspólnego. To, co miało być kręgosłupem akcji, jest najsłabszym elementem tej „jednej z najdroższych europejskich produkcji”. A skoro już przy najdroższości jesteśmy, to tej też w filmie nie widać. Nie ma tu żadnej batalistyki, żadnych scen masowych, żadnego tak szumnie zapowiadanego rozmachu – ot, kilkudziesięciu przebranych w rycerskie kostiumy aktorów biega po zielonych polanach albo po piasku. Jeśli mam być szczery, to ze znacznie większym rozmachem od tej „widowiskowej sagi”, została nakręcona inna europejska produkcja: „Asterix: Misja Kleopatra” - komedia.


W „Templariuszach...” nic się ze sobą nie klei. Scenariusz leży, relacje między postaciami leżą i kwiczą - choć potencjał dramaturgiczny był, pojedynki i bitwy występują w ilościach śladowych, a porównywanie ich z „Gladiatorem” czy „Władcą pierścieni” (bo i takie głosy słyszałem), to chyba jakiś żart. Pewien mój kolega powiedział kiedyś: „Czytam właśnie książkę o wyprawie templariuszy, przeczytałem już 400 stron i jak na razie... nie było żadnego templariusza”. Podobnie jest z filmem Petera Flintha – templariuszy i związanej z nimi historii jest tu jak na lekarstwo. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełnił polski dystrybutor, który zamiast zatytułować film po prostu „Templariusz” albo „Arn Templariusz” (tytuł oryginalny: „Arn – Tempelriddaren”), dowalił do pieca „Templariuszami. Miłością i krwią”. Dobrze, że poprzestał na miłości i krwi, bo przecież mógł spolszczyć to tak: „Templariusz. Władza, intryga, miłość, zdrada, namiętność i pokuta”. Co zaś najciekawsze, to fakt, że sprowadził film do Polski w dwa lata po jego premierze i napisał napuszoną obietnicę wielkiego kina (patrz wstęp), z którą „Templariusze...” nie mają nic wspólnego i której nie potrafili sprostać.

Być może brakujący pojedynek z legendarnym Ivanhoe, tak hucznie zapowiadany przez KINO ŚWIAT w „Templariuszach. Miłości i krwi”, dane nam będzie zobaczyć w drugiej części przygód Arna Templariusza, pod wpadającym w ucho tytułem „Arn - Riket vid vägens slut”, który miał swoją premierę w 2008 roku. Do nas powinien dotrzeć pod koniec 2010, bo, podobnie jak w przypadku części pierwszej, szpule będą do Polski wiezione prawdopodobnie na sankach po betonie. Patrząc jednak na jakość formalną i treściową pierwszej części, jakoś nie drżę z podniecenia w oczekiwaniu na kontynuację losów Arna Templariusza i Cecilli więzionej w klasztorze.

OCENA 3/10

Arn - Tempelriddaren

Tytuł polski: Templariusze. Miłość i krew
Czas trwania: 139 minut
Rok produkcji: 2007 (Dania, Finlandia, Niemcy, Norwegia, Szwecja...)
Reżyseria: Peter Flinth
Scenariusz: Hans Gunnarsson
Kostiumy: Kicki Ilander
Zdjęcia: Eric Kress
Muzyka: Tuomas Kantelinen

Wystąpili: Joakim Natterqvist, Sofia Helin, Stellan Skarsgard, Simon Callow, Vincent Perez, Bibi Andersson...

Autor recenzji: Rafał Donica - DUX
Obróbka HTML: Filip Jalowski - FIDEL
Klub Miłośników Filmu, 4 stycznia 20109
STRONA GŁÓWNA      RECENZJE  ANALIZY  ARTYKUŁY      FORUM DYSKUSYJNE