Klasyk gatunku
Parafrazując słowa Samuela L. Jacksona z "Pulp Fiction";
"kto usłyszał to pytanie, usłyszał wyrok". Arnold Schwarzenegger
w swojej pierwszej (i najbardziej znanej!) negatywnej roli,
po przybyciu z przyszłości jako Terminator T800 - zabija
wszystkie kobiety o imieniu Sarah i nazwisku Connor (łącznie). Jednak
zanim dotrze do tej właściwej (Linda Hamilton), pierwszy
odnajduje ją wysłany
(również z przyszłości) komandos; Kyle Reese (w tej roli Michael
Biehn - który wystąpi u Camerona jeszcze dwukrotnie, zawsze
w roli komandosa - Dwayne Hicks z "Aliens" i szaleniec
z "Głębi") i śledzi ją, czekając na uderzenie Terminatora.
Zawiązanie akcji następuje w dyskotece "Technoir", gdzie
dochodzi do pierwszego starcia i walki o życie Sary Connor.
Jednak najlepsza akcja ma miejsce na posterunku policji,
gdzie padają kultowe słowa:
"I'll be back" (czyli "Ja tu
wrócę"). Po tych słowach T800 wraca, wjeżdżając radiowozem
w komisariat i dokonuje rzezi na zaszokowanych funkcjonariuszach
policji (jednym z nich jest Lance Henriksen, czyli Bishop
z "Aliens" który według pierwotnych założeń miał zagrać rolę
Terminatora!). Wszystko kończy się odarciem Arnolda ze skóry
i zastąpieniem go dość precyzyjnie animowanym (jak na tamte czasy!)
sztucznym tworem speców od efektów specjalnych.

Schwarzenegger jest jako Terminator jedyny w swoimi rodzaju. Jego metoda gry opierała się na jednej zasadzie; żadnej mimiki, nieruchoma, bezuczuciowa twarz. Terminator zmieniał magazynki patrząc przed siebie - żelazne opanowanie i elektroniczna precyzja! Aż ciężko uwierzyć, że według wstępnych ustaleń, Arnold miał zagrać postać... Kyle'a Reesa!)
Film Camerona to nowatorska fabuła; podróż w czasie połączona z zapowiedzią apokalipsy (wojny nuklearnej) i ostrzeżeniem
przed zbyt wielką euforią i zaufaniem jakim zachłyśnięta swoją wysoko rozwiniętą wiedzą ludzkość obdarza maszyny.
Przede wszystkim jednak, to co świadczy o doskonałości "Terminatora" to perfekcyjna reżyseria; rzadko udaje się
stworzyć atmosferę takiego osaczenia i śmiertelnej pułapki, jaką z pomocą Arnolda Schwarzeneggera, sugestywnej muzyki i wciągającej akcji wyczarował na ekranie James Cameron.
Już sama czołówka "Terminatora" (ruchome litery układające się w słowo
"Terminator") i rewelacyjny motyw przewodni w kompozycji
Brada Fiedela (współpracował z Cameronem również przy "T2"
i "True lies") pozostaja na długo w pamięci!

"Terminator" posiada niesamowity klimat i choć po raz pierwszy
oglądałem go w marnej kopii i z niemieckim dubbingiem, wywarł
na mnie ogromne wrażenie. To jeden z tych filmów, których nie zapomni się do końca życia.
Skrajnie negatywna postać grana przez Schwarzeneggera, to jego najlepsze dokonanie aktorskie
w karierze. Paradoksalnie, aby stworzyć jeden z najwyrazistszych charakterów w historii kina, Arnold
Schwarzenegger musiał tylko być na ekranie; jak już wyżej wspomniałem - żadnej mimiki, żadnego grania emocji,
żadnego ukazywania sprzecznych uczuć i, przede wszystkim oszczędność w mówieniu. Postać T800 wypowiada w całym
filmie niespełna (około) 100 słów...
CIEKAWOSTKA: Warto zwrócić uwagę na niepozorną scenę, gdy T800 zabija
w nocy trzech punków. Jednym z nich jest sam Bill Paxton,
którego w dłuższych rolach będziemy mogli oglądać jeszcze
w trzech filmach Camerona; Hudson z "Aliens", Simon z "True
lies" i poszukiwacz skarbów z "Titanica".
Tytuł oryginalny: The Terminator
Tytuł polski: Elektroniczny morderca
Reżyseria: James Cameron
Scenariusz: James Cameron i Gale Anne Hurd
Muzyka: Brad Fiedel
Efekty specjalne: Fantasy II
Występują: Arnold Schwarzenegger,
Linda Hamilton, Michael Biehn
Czas trwania: 113 minut
AUTOR RECENZJI:
Rafał Donica - DUX