- Skończmy z Terminatorem! - powiedział Joseph McGinty Nichol. Założył cylinder, owinął się peleryną i złowieszczo podkręcając wąs podpisał kontrakt na wyreżyserowanie "Terminatora: Ocalenie".
Czy to prawdziwe okoliczności powstania czwartej części Terminatora? Nie wiem, choć wydają się prawdopodobne. McG koncertowo zarżnął serię, a jedyna rzecz związana z filmem, którą ludzie dziś pamiętają, to furiacki wybuch Christiana Bale'a, nagrany przez członka ekipy i wrzucony na Youtube. Co ciekawe, stanowi on doskonałą recenzję filmu. Rycząc na operatora Shane'a Hurlbuta Krystian poruszył bowiem każdy problem związany z "Terminatorem 4". Przypadek? A może sposób na delikatne wytknięcie reżyserowi jego potknięć? Przyjrzyjmy się fragmentom wypowiedzi.
"The fuck are you doing?"
"Think for one fucking second!"
"I hope it was fucking good because it's useless now, isn't it?"
czyli kilka słów o scenariuszu
Na początku był scenariusz. Jak w przypadku większości hollywoodzkich superprodukcji, autorstwa całego sztabu scenarzystów. Znamy trzech ludzi odpowiedzialnych za tę literacką klęskę - to John D. Brancato, Michael Ferris i Paul Haggis. Prawdopodobnie poprawek dokonywało jeszcze więcej osób. Przyniosło to skutki, jakich trudno nie przewidzieć: brak spójnej wizji, fragmentaryczność filmu, brak ciągu przyczynowo-skutkowego i ciągłe zaprzeczanie zasadom znanego i lubianego świata. Krótko mówiąc: to koszmar porównywalny tylko do scenariusza "Obcego 3", który sklejano ze skrawków różnych tekstów z dnia na dzień, w trakcie filmowania.
Aby nie być gołosłownym, kilka głupot z asortymentu "Ocalenia":
- zwykłe karabinowe kule wystarczą do zniszczenia robotów - w poprzednich filmach nie wyrządzały im najmniejszej szkody;
- trwa globalna wojna z maszynami. Z tego co wiemy z poprzednich części, ludzkość musi kryć się pod ziemią. W "Ocaleniu" wojsko utrzymuje jednak bazę lotniczą, nawet nie zadając sobie trudu zakamuflowania jej siatką maskującą;
- bohaterowie podkreślają, że nocą roboty są najbardziej niebezpieczne, gdyż włączają termowizję. Zaprawiony w bojach żołnierz nie waha się jednak rozpalić ogniska w szczerym polu. Mimo wszystko roboty nie reagują;
- akcja rozgrywa się na kilkanaście lat przed wydarzeniami z części pierwszej. Ważną rolę odgrywa robot T-800. W chronologicznie późniejszym "Terminatorze" Kyle Reese twierdzi, że to nowy, nieznany model.
Mógłbym tak dłużej, ale po co? Rozumiecie do czego zmierzam.
Winę za brak spójnej wizji ponoszą oczywiście producenci, a także Christian Bale i... widzowie. "Terminator: Ocalenie" jest bowiem produktem skrojonym pod oczekiwania, pisanym i kręconym pod kontrolą widowni testowej, oceniającej bohaterów i ich posunięcia. Za mało scen akcji? Proszę, dopiszemy jakieś, choćby były niepotrzebne i do niczego nie prowadziły. Sympatyczny bohater przechodzi przemianę w postać mniej sympatyczną? Nie ma sprawy - wykreślimy ten fragment, choć stanowi sedno fabuły. Końcówka jest zbyt przygnębiająca? Wszystko da się zmienić.
|
 |
 |
|
I tak dostaliśmy film, który nie prowadzi do niczego. Choć przez dwie godziny widzimy pierdyliard wybuchów, a aktorzy starają się nam wmówić, że w ich działaniach jest jakiś cel, to końcówka przywraca status quo. Nadal jest wojna, nic się w tej kwestii nie zmieniło. Skynet nadal jest silny. Ludzie nadal stawiają opór. Bohaterowie stoją w miejscu: Bale nadal nie jest przepowiedzianym przywódcą, Worthingtona już nie ma - a przecież przed paroma godzinami nikt nie wiedział o jego istnieniu. Kyle nadal pląta się gdzieś w tle. Czego dokonali bohaterowie? Zniszczyli parę maszyn? Przecież robią to na co dzień, co udowadnia jedna z pierwszych scen. Gdyby ktoś zapytał mnie, o czym tak naprawdę była to opowieść, musiałbym odpowiedzieć, że o bliznach na twarzy Connora. Wyjaśniono bowiem, jak dorobił się szram eksponowanych w poprzednich odsłonach cyklu. Świetnie, tylko czy była to historia na tyle ciekawa, by poświęcać jej czwartą część serii?
Napisałem wcześniej, że za scenariuszową nędzę odpowiada też Bale. W jaki sposób? Otóż pierwotnie historia - choć wciąż przecząca poprzednim częściom sagi - miała jako taki sens. Connor nie był głównym bohaterem. Ba, to jeszcze nic. On ginął w końcówce, zastępowany przez cyborga podstawionego przez Skynet. Taki zwrot akcji nadawał sens wielu fragmentom filmu, które przy obecnym zakończeniu do niczego nie prowadzą. Bale zapragnął jednak uczynić Connora głównym bohaterem. Był to warunek decydujący o jego udziale w filmie - a pamiętajcie, że nazwisko Christiana miało gwarantować dobry wynik w box office. Producenci spełnili więc jego zachciankę, co doprowadziło do kolejnych przeróbek scenariusza. Powstała niestrawna, nietrzymająca się kupy sieczka... co zauważył sam Bale, i do czego odniósł się na planie, rzekomo wściekając się na Shane'a Hurlbuta. Oddajmy mikrofon Krystianowi.
"He doesn't give a fuck about what's going on in front of the camera!"
"You don't fucking understand what it's like working with actors"
"Do you understand my mind is not in the scene if you're doing that?"
czyli kilka słów o reżyserii
Podobno McG kazał aktorom przeczytać "Drogę" McCarthy'ego i "Czy androidy śnią o elektrycznych owcach?" Dicka. Zrobił to, aby lepiej wczuli się w postapokaliptyczny klimat Ocalenia. Jego reżyseria jest jednak tak zła, a atmosfera tak odległa od książkowej, że z początku nie wierzyłem w te zapewnienia. Po zastanowieniu - cóż, owszem, wierzę. Choćby dlatego, że "Drogę" i "Anroidy" dzielą lata świetlne, jeśli chodzi o wizję przyszłości. Nie wspominając nawet o tym, że w powieści Dicka przyszłość jest ponura, ale jednak odległa od apokaliptycznej. Zaryzykuję więc stwierdzenie, że McG usłyszał historie, jak to dobrzy reżyserzy zaganiają aktorów do książek, i chciał samemu spróbować czegoś podobnego. Na próżno.
|
 |
 |
|
Nawet jeśli niektóre sceny, czy też pojedyncze ujęcia, wprowadzają namiastkę klimatu, to niszczy ją reżyserska głupota. Gigantyczny robot zakradający się bezgłośnie do bohaterów przebywających na ciągnącej się po horyzont pustyni? Jest. Maszyny, które można przeprogramować pendrive'em wetkniętym w port USB? Są. "Tajna" ludzka baza usytuowana pięć metrów obok rzeki pełnej robotów? Jest. Mina zaprojektowana do zwalczania robotów, która nie wyrządza robotowi żadnej krzywdy? Znajdzie się.
Takich drobnych, wydawałoby się, nielogiczności jest tu mnóstwo - i to one sprawiają, że film ogląda się z ustami rozdziawionymi nie z wrażenia, ale ze zdziwienia. Przy produkcji pracowały przecież setki ludzi. Same przygotowania trwały miesiącami. Nawet najgłupsze sekwencje sztab specjalistów obmyślał przez długi czas. Nie chce mi się wierzyć, że w żadnym punkcie tego procesu nikt nie wskazał na konkretną stronę scenopisu i nie powiedział: "chłopaki, to jest bez sensu". Takie osoby z pewnością były, ale to reżyser (z poparciem producentów) zawsze miał ostatnie słowo. Cały ten bajzel jest wynikiem nieudolności i/lub ignorancji Josepha McGinty'ego Nichola.
"I want you off the fucking set, you prick!"
"The fuck are you doing?"
"Shut the fuck up, Bruce!"
czyli Christian Bale samokrytycznie
Wisienka na szczycie tortu: prima-balerina Bale. Że przez niego niezbyt dobry scenariusz sięgnął dna - to już wiemy. Wiemy też, że Christian zmieszał z błotem operatora, który rzekomo zniszczył jego wspaniały performance. O którą dokładnie scenę chodziło? Trudno wskazać, ponieważ absolutnie żadna nie wymagała od obsady grama zaangażowania; w żadnej też Bale specjalnie się nie wysilił. Można wręcz powiedzieć, że poszedł na łatwiznę i przełączył się w tryb Bruce'a Wayne'a. Nie dość, że operował tak samo wąskim zestawem aktorskich zagrywek, to na dodatek charczał jak alkoholik z wieloletnią praktyką, czyli jak Batman w wizji Christophera Nolana. Czy zagrał Connora, jakiego sobie wyobrażaliśmy? Czy stał się godnym następcą cwaniaczka z części drugiej, albo chociaż wypalonego trampa z "trójki", którego nikt nie lubi? W żadnym razie. To kolejny "nowy" Connor - pozbawiony wyrazu, nudny i mdły. Następny, którego trudno zdzierżyć.
|
 |
 |
|
Producenci "Ocalenia" planowali uczynić z nowego Terminatora trylogię. Aktorów odgórnie zakontraktowano do udziału w kolejnych odsłonach, wstępnie nakreślono kształt scenariusza. I wiecie, co z tego wyszło? Jajco. Film okazał się takim koszmarem, że nawet w wywiadach udzielanych w okolicach premiery Bale i ekipa wypowiadali się bardzo zachowawczo. Pytani o przyszłość serii, po zastanowieniu odpowiadali: "najpierw zobaczymy, jak film sobie poradzi", choć jeszcze kilka miesięcy wcześniej trąbiono o całej sadze z podtytułem "Ocalenie". W końcu początkowo film miał nosić tytuł "Terminator Salvation: The Future Begins", co stanowiło wybieg taki sam jak w przypadku "Piratów z Karaibów: Klątwy Czarnej Perły" - był furtką do zapoczątkowania diabli wiedzą jak długiego cyklu. Jednak ostatecznie nazywa się po prostu "Terminator Salvation". Dlaczego? Ponieważ wszyscy odpowiedzialni za produkcję zdawali sobie sprawę, że urodzili kawał cuchnącego kasztana, i że nikt obdarzony zdrowym rozsądkiem nie wyda pieniędzy aby zobaczyć sequel. Terminator został zabity. Podziękujmy za to Josephowi McGinty'emu Nicholowi, którego znakomicie podsumował Christian Bale:
"You're fucking ass".
Tekst pochodzi z bloga
Kult-turystyka