O najnowszej części "Terminatora" głośno było już dwa lata temu. Fora internetowe zdominowane były dyskusjami na temat tego, kto będzie reżyserem filmu, a przede wszystkim czy po raz kolejny ujrzymy na ekranie Arniego S., który przez ostatnich kilka lat grzania swego austriackiego tyłka na krześle gubernatora Kalifornii, nieco jakby sflaczał... Kiedy okazało się, że reżyserem filmu będzie osoba odpowiedzialna za "Aniołki Charliego" dał się słyszeć ryk tabunu zawiedzionych fanów obrazu Jamesa Camerona. Wszystkich uspokoiły nieco pierwsze trailery "Terminatora: Ocalenie". Christian Bale jako John Connor, pustynne post-apokaliptyczne krajobrazy, nowe maszyny i muzyka Nine Inch Nails, dawały cień nadziei na całkiem niezłe kino...
Pierwszy "Terminator" to film udowadniający, że niewielki budżet nie stoi na przeszkodzie w nakręceniu dobrego obrazu. To zdecydowanie najbardziej klimatyczna część serii i kolejny duży krok w karierze Arnolda. Następna część to spektakularne kino akcji z ogromną ilością przełomowych efektów specjalnych. Na szczęście Cameron, który i w tym przypadku stał za kamerą, nie dopuścił do tego, by efekciarstwo przysłoniło fabułę filmu. I chwała mu za to. Trzecia odsłona wojny z maszynami nie wyszła już spod ręki reżysera odpowiedzialnego za pierwsze dwa dzieła. Niestety, "T-3: Bunt Maszyn" to tylko efektowne, autopastiszowe kino akcji. Podstarzały Arnold, kobieta-terminator, brak muzyki Brada Fidela w tle i beznadziejna fabuła - wydawało się, że najwyższy czas zakończyć tę serię. Niestety, tak się nie stało i powstał serial - dość luźno oparty na obrazach kinowych. O ile pierwsze odcinki zapowiadały się całkiem nieźle, to wyraźny brak pomysłów prowadził każdy kolejny epizod w odmęty bełkotu i nudy. Finał ostatniej, jak na razie, serii "Kronik Sary Connor" to już absolutny popis głupoty i nadużywania środków psychotropowych jej autorów.

Stało się - "Terminator: Ocalenie" trafił wreszcie do polskich kin. Czy było warto czekać? Owszem - tak.

Trwa wojna z maszynami. John Connor to wzorowy żołnierz i postać darzona szacunkiem przez innych członków ruchu oporu. Bohater zna swoją historię - jego zmarła wiele lat wcześniej matka zostawiła mu taśmy z nagranymi informacjami. Connor wie, że jedynym warunkiem skutecznej walki z maszynami jest jego własne życie. Z nagrań Sary wynika, że ojcem Johna zostanie Kyle Reese - żołnierz, który zostanie wysłany w przeszłość, aby bronić ją przed terminatorem. Problem polega na tym, że ów żołnierz właśnie został uprowadzony przez maszyny, które pracują nad stworzeniem cyborga mającego niczym nie różnić się od człowieka. Dowódcy ruchu oporu planują ostateczny atak na Skynet - centralną bazę wroga. Zniszczenie go byłoby jednoznaczne z zabiciem Reesa... Connor ma problem - jego przeciwnikami są nie tylko roboty, ale i ludzie. Wtedy na jego drodze pojawia się Marcus - skazany na śmierć zabójca, który otrzymał drugą szansę. I, jak się okazuje, jest on jedyną nadzieją żywych... Trzeba przyznać, że reżyser McG odrobił pracę domową - fabuła obrazu jest równie dziwaczna co pozostałych części.
Film ogląda się naprawdę dobrze. To, co rzuca się w oczy, to przede wszystkim wizja zniszczonego przez maszyny świata. W każdej poprzedniej odsłonie filmu, mieliśmy do czynienia z ruinami miast, po których pod osłoną nocy, snują się metalowe endoszkielety uzbrojone w nowoczesną broń i eksterminują grupki kiepsko uzbrojonych rebeliantów. Słupy światła latających zwiadowców, bez trudu namierzały ukrytych w zakamarkach ludzi. Walka z przeważającym zarówno liczebnie, jak i technologicznie, wrogiem zdawała się nie mieć większego sensu. I to właśnie było największym koszmarem - bezsens jakiegokolwiek oporu. W nowym obrazie, świat pokazany jest zupełnie inaczej, co nie znaczy, że gorzej. Tu, większość scen dzieje się za dnia, ponieważ maszyny zaopatrzone są w system wizji w podczerwieni, przez co łatwiej im działać po zmroku. Mamy tu też do czynienia z krajobrazami bliższymi "Mad Maxowi" niż wizji Camerona. Pustynia, kurz i wysuszona roślinność, to główne widoki, które uświadczymy podczas seansu. Na kilka minut akcja przenosi się do Los Angeles. Częściowo roztrzaskane wieżowce, wraki samochodów i plądrujące zrujnowaną metropolię, toporne, humanoidalne cyborgi... Aż żal duszę ściska, że reżyser nie zdecydował się na przedłużenie miejskich scen. Ludzie są znacznie lepiej uzbrojeni, niż ci z pierwszych części filmu. Samochody, helikoptery. Ba! Są tu nawet i myśliwce, które bez trudu prowadzą naloty na oddziały wroga. Walka z mechanicznym nieprzyjacielem zdaje się mieć większy sens niż kiedykolwiek.

Nowe miejsce akcji to świetna okazja do wprowadzenia nieznanych wcześniej widzom, mechanicznych wrogów. Interesującym pomysłem jest pojawienie się terminatorów-motocykli, które patrolują pustynne autostrady i są w stanie osiągnąć prędkość całkiem dobrego ścigacza. Oczywiście, nie zabrakło tez endoszkieletów. Zniszczone tereny przeczesywane są przez patrole T-600 - maszyny znacznie bardziej masywne, ale jednocześnie wolniejsze od będącego w fazie produkcji modelu T-800. Poczerniałe od słońca, metalowe kończyny terminatorów owinięte są strzępkami materiału i gumy, która zgodnie z opisem Reesa z pierwszej części filmu, miała imitować skórę. Pojawiają się też wielkie transportery, przechwytujące ludzi przeznaczonych do eksterminacji lub eksperymentów. Wizja więźniów upchanych w wielkie kontenery pilnowane przez potężne, bezduszne, humanoidalne istoty gotowe zabić, każdego kto odważy się podjąć próbę ucieczki, zdecydowanie kojarzy się holocaustem, co z całą pewnością było zamierzeniem twórców obrazu.
Późniejszego dowódcę ruchu oporu zagrał Christian Bale, aktor, który ostatnio coraz szybciej pnie się na szczyty popularności. Czy pasuje do roli Johna Connora? Na to pytanie musi sobie odpowiedzieć każdy, kto pamięta jak został przedstawiony dorosły bohater w filmach Camerona. Stara, opanowana, zmęczona twarz, poorana bliznami, na długo zapadała w pamięć widza. Tymczasem Connor Bale'a to postać znacznie młodsza, bardziej impulsywna i skłonna do szaleńczych decyzji. Trzeba jednak pamiętać, że tamte sceny wojny z maszynami pokazywały wizję świata kilka lat po wydarzeniach z "Terminatora: Ocalenie". Również i Sam Worthington spisuje się doskonale w roli tajemniczego Marcusa.

Nawiązań do poprzednich części jest bardzo dużo. Dość tu wspomnieć o hasłach typu: "Come with me if you want to live", czy "I'll be back". Pojawia się sporo odwołań do znajomych postaci. Linda Hamilton użyczyła wprawdzie tylko swojego głosu, który sączy się z głośniczka starego kaseciaka Connora, ale jest to miły akcent i cieszę się, że reżyser zadbał o to, by oddać hołd kluczowej postaci pierwszej części Terminatora. Pojawił się też inny stary znajomy, zapierając dech w piersiach ludzi zgromadzonych na kinowej sali...

A teraz czas na soczystą krytykę. Można czepić się dziwacznej historii Marcusa, ale po dłuższej analizie warto przymknąć oko na pewne niespójności i cieszyć się pyszną akcją i nagromadzeniem zmechanizowanego wroga. Reżyser skutecznie unika popadnięcia w rozdmuchany banał. Nawet na chwilę nie pojawia się amerykańska flaga (no,chyba, że jej po prostu nie zauważyłem;)). Film ogląda się szybko i bezboleśnie, klimat ani na chwile nie opada, nie uświadczymy żadnych dłużyzn. Wszystko wydawało by się idealne, gdyby nie zakończenie filmu, które moim skromnym zdaniem burzy, budowaną przez ponad dwie godziny, atmosferę. Absolutnie niepotrzebny patos i sceny mające na celu rozmiękczyć serca widzów to najczęstszy grzech amerykańskich filmowców. Mam cichą nadzieję, że pojawi się wersja z alternatywnym zakończeniem...
Nowy "Terminator" nie zawiódł jednak moich oczekiwań. Jeśli przemilczy się kilka logicznych wpadek i zaśnie na ostatnie pięć minut seansu, to z czystym sumieniem można powiedzieć: było warto. Jeśli seria ma pójść taką samą droga jak nowe filmy o Batmanie, to już zaczynam niecierpliwie domagać się kolejnej części.


wytwórnia - The Halcyon Company, 2009
reżyseria - McG
scenariusz - John D. Brancato, Michael Ferris
zdjęcia - Shane Hurlbut
montaż - Conrad Buff
muzyka - Danny Elfman
czas projekcji - 115 minut


Christian Bale
Sam Worthington
Moon Bloodgood
Helena Bonham Carter
Anton Yelchin
Jadagrace Berry
Bryce Dallas Howard
Common
Jane Alexander
Michael Ironside

John Connor
Marcus Wright
Blair Williams
Dr Serena Kogan
Kyle Reese
Star
Kate Connor
Barnes
Virginia
Generał Ashdown


Autor recenzji: Jan Sałajczyk - COLDSEED | Klub Miłośników Filmu, 6 czerwca 2009

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF | POWRÓT DO WYBORU | NAPISZ DO AUTORA