Steven Seagal, choć z miejsca trafił do czołówki holywoodzkich twardzieli, a jego nazwisko w latach '80 było gwarantem twardego, męskiego kina na poziomie, aktualnie ma poważne problemy z poruszaniem się - posturą bardziej przypomina gliniany kloc niż wysportowanego walczaka. Jego gabaryty powiększały się razem ze sławą. W chwili obecnej są tak olbrzymie, że z łatwością przykryłyby pół Polski. Podobnie rozrastało się ego Senseja, który dobierał sobie role coraz to bardziej dostojne i bohaterskie. Z dawnych lat nieprzeciętnej sprawności, pozostały tylko wspomnienia. Jak mawiał filozof Bergson, mechaniczność jest źródłem komizmu. W przypadku Seagala postępująca sztuczność ruchów, szła w parze z nieodwracalnym procesem mimicznego zdrewnienia.

Znany w Japonii jako Mistrz Take Shigemachi, był jednym z niewielu białych, którzy opanowali sztuki walki do takiego stopnia, że byli w stanie otworzyć własne szkoły w Kraju Kwitnącej Wiśni. Zrodzony z Irlandki i Żyda w roku pańskim 1951, siedemnaście lat później wyjechał do Osaki by być dziennikarzem i hobbystycznie rozwinąć swoje umiejętności Aikido do niemal boskiego poziomu. Ma 7. dan, i choć trzy ostatnie dostał za propagowanie sportów walki na świecie, to jednak liczne filmy z pokazów dowodzą, że zasłużył na nie, jak mało kto.

Dalsze losy Seagala można by uznać za podwaliny postaci Batmana, gdyby Człowiek
-Nietoperz nie powstał dekadę przed "Steffkiem". Po 15 latach w Japonii, gdzie uwiódł i zapłodnił córkę swego mistrza, w efekcie czego musiał ją poślubić, Steven zapragnął ruszyć dalej. Podziękował żonie i rozwiódł się z nią, po czym udał się w świat, zwiedzać i doskonalić się dalej w walce. Badacze do dziś nie są w stanie ostatecznie określić czym zajmował się Shigemachi w drugiej połowie lat 70. Według jednych był ochroniarzem wpływowych ludzi, inni zaś twierdzą, że był agentem CIA w Ameryce Południowej. Sam Take milczy na ten temat z diabelskim uśmieszkiem.

Na początku lat 80., bohater tej krótkiej opowieści powrócił do rodzimych Stanów Zjednoczonych Ameryki, gdzie otworzył kolejną szkołę, a dzięki renomie wyrobionej w Japonii, dostał także szansę doszkalania gwiazd pokroju Seana Connery'ego. Do świata filmu dostał się dzięki jednemu ze swoich bogatych uczniów, który był agentem filmowym i załatwił mu spotkanie z szefostwem Warner Bros. Plotka mówi, iż po zaledwie 15 minutach Seagal wyszedł z kontraktem w kieszeni, który rok później zaowocował filmem...



Pierwsza część "tetralogii". Obraz, który w Polsce pośród amatorów VHS przyczynił się do powstania nieoficjalnego przydomka gwiazdora. Od tej pory oglądało się filmy nie z Seagalem, tylko z Nico. To, co przeważyło o sukcesie "Above the Law", to pomysłowe połączenie starej, dobrej, bezkompromisowej, brutalnej, wulgarnej sensacji, z kinem kopanym. Choć to raczej błędne określenie, gdyż styl Take był diametralnie odmienny od typowej pokazówki a’la Chuck Norris, czy upośledzonego tańca w wykonaniu Van Damme'a. Aikido od Karate odróżniało przede wszystkim samo defensywne założenie. Zamiast atakować, Seagal czekał na ruch przeciwnika, wykorzystując jego siłę, głupotę, oraz swoją znajomość anatomii i sposób reagowania stawów na poszczególne techniki. W efekcie Steven przy użyciu minimalnej siły, posyłał pechowego zbira na ziemię efektownym rzutem, obezwładniał pokrętną dźwignią lub łamał bestialsko rękę.
Sam film to klasyczna, solidna produkcja sensacyjna, opowiadająca o byłym oficerze wywiadu, który jako policjant prowadzi śledztwo w sprawie przemytu pokaźnych ilości materiałów wybuchowych; przy czym odkrywa, że we wszystko są zamieszani jego byli wojskowi przełożeni. "Nico" nie mógł się nie udać. Choć jest to pozycja bardzo prosta, to nie jest prostacka. Wszystkie wątki w filmie tworzą logiczną całość, a reżyser nie robi z widza idioty i stara się oddać wszystko jak najrealniej, toteż nie brakuje krwi ani ostrego języka. W końcu to opowieść o zderzeniu świata policyjnego i przestępczego, gdzie nie ma miejsca dla dzieci.

"Ponad Prawem" stał się kasowym hitem, który otworzył Steffkowi drzwi do świata gwiazd, już nie jako trenerowi, lecz "aktorowi" spijającemu śmietankę. Krytycy także docenili obraz za elementy biograficzne z życia aikidoki oraz jego całkiem naturalną i pozbawioną debiutanckiego drewna rolę. Seagal z miejsca stał się synonimem hollywoodzkiego twardziela, co zapewniło dochody jego kolejnym projektom, takim jak...



Przepis na filmowy hit jest bardzo prosty. Trzeba przede wszystkim wyjść z założenia, że eksperymentowanie z formą jest bardzo ryzykowne, toteż najbezpieczniej jest zastosować sprawdzone środki. Tak właśnie było w "Wygrać ze Śmiercią". Ileż to ludzi myślało, że jest to sequel "Nico". Mieli do tego podstawy, gdyż Steven wystąpił znów jako policjant, który tym razem mści się za śmierć żony i swoją 7-letnią śpiączkę na skorumpowanych kolegach z wydziału. "Hard to Kill" jest typowym kinem zemsty, ze swoimi wszelkimi prawami i zasadami, jednak dbałość o szczegóły, poważne podejście oraz ponownie prosty, ale niegłupi scenariusz, doprowadziły do powstania filmu, co najmniej świetnego.
Choć tym razem Steven nie miał nad sobą reżysera zdolnego poprowadzić go tak dobrze jak w poprzednim filmie, a walki przejawiały więcej cech zwykłego mordobicia niż finezji Aikido, to jednak nie można mówić o kompletnym zaniku mięśni twarzy, niejednokrotnie też syknie się z wrażenia, oglądając wymierzane bandziorom kary. Do dobrej historii i doskonałego tempa dochodzi jeszcze świetna, klimatyczna muzyka dopełniająca duszną atmosferę świata, gdzie nikt z nikim się nie patyczkuje (jej autorem jest David Michael Frank; kilkukrotnie współpracujący ze Stefanem kompozytor). Film troszkę gorszy od poprzednika, jednak wciąż bardzo, bardzo dobry. Jak na DRUGI film w karierze, i w ogóle - wielki sukces, po którym... nie następuje spadek formy, a wręcz jej wzrost...



Twórcy szybko załapali, jakim aktorem jest Seagal, a jakim nie jest i w czym sprawdza się najlepiej – w zemście. Stanie się to niejako przekleństwem Shigemachiego, kiedy to po roku 2001 wystąpi w wysypie tanich koszmarków z najniższej półki w sklepach DVD (tej pod porno i "Modą na Sukces"). Jednak teraz mówimy o roku 1990, który był dla Stevena tak samo lukratywny, jak poprzednie i nie zwiastował wcale sromotnego końca kariery.

Tym razem, policjant, który często nagina zasady, postanawia przejść na wcześniejszą emeryturę, gnębiony wyrzutami sumienia, spowodowanymi śmiercią kolegi po fachu. Wyjeżdża do swojej siostry, gdzie odwiedza starego kumpla, zaniepokojonego jamajskimi gangami deprawującymi młodzież. Początkowo Take nie jest zainteresowany rozgromieniem ludzi z mopami na głowach, ale szybko zmienia zdanie, gdy jego siostrzenica zostaje postrzelona zamiast niego..
Nie trzeba mówić, że Haitańce doznają bardzo bolesnej śmierci w zapalczywym gniewie. A ich demoniczny przywódca zginie nawet dwa razy, a według niektórych wręcz z pięć. Seagal powrócił do formuły scen walk z "Nico", toteż proporcja jest znów na korzyść Aikido, jest też znacznie brutalniej. Szczególne wrażenie robi moment, w którym ręka bandziora zostaje złamana w kilku miejscach!

Na minus filmu można zaliczyć motywy Voo Doo oraz komiksowo przerysowanych Jamajczyków, jednak szybko o tym zapominamy, kiedy kolejni z nich zostają zdekapitowani, wyrzuceni przez okno, pobici, połamani czy zastrzeleni. Choć jest brutalniej, to wciąż mamy do czynienia z filmem poważnym i niegłupim. A brudny, gęsto-mroczny klimat wylewa się z ekranu. Uczucie zapachu stęchlizny towarzyszy nam cały czas, a efektowne zejścia łajdaków porażają przemocą i realizmem. Kolejna bardzo solidna produkcja, którą... przewyższy następny obraz. Obraz, który stanie się najlepszym w dorobku Seagala oraz jedną z najlepszych sensacji w ogóle. Mowa oczywiście o...



Drogi trzech kolegów z brooklyńskiego podwórka rozchodzą się ideologicznie. Jeden (Steven Seagal) zostaje twardym policjantem z zasadami, drugi (przyjaciel Stevena Seagala) zostaje skorumpowanym, ćpającym, szmatławym policjantem, a trzeci (maniakalny morderca i narkoman) zostaje... maniakalnym mordercą i narkomanem. Żyją sobie spokojnie w swoich światach, jednak sielankę przerywa Trzeci, mordujący Drugiego na oczach żony i dzieci. Shigemachi jest zmuszony do ścigania Trzeciego i oczywiście zemsty, jednak niejednokrotnie zwątpi, kiedy po drodze odkryje wiele ciemnych tajemnic przyjaciela.

Film można zrecenzować jednym słowem - REWELACJA. Klimat slumsów Nowego Jorku jest nie do opisania, całość jest okraszona wspaniałą muzyką, brutalnością, realizmem, bardzo dobrym scenariuszem i galerią ciekawych postaci, z czego część doskonale zagranych. Nie tyczy się to niestety Stevena, ale także nie można mu zarzucić drewniactwa, które regularnie będzie stosował w kolejnych filmach. "Szukając Sprawiedliwości" to historia o osiedlowych zasadach, prawie ulicy i o tym, jak niewiele trzeba żeby się stoczyć.
W filmie jest najmniej walk z całej "tetralogii", ale są naprawdę dobrze nakręcone i przemyślane, przy czym robią ogromne wrażenie. Czasem pojawiają się zarzuty o zbytnią pokazowość potyczek. Cóż, gdzieś w tym zamieszaniu musi się zmieścić kamera, która ma pokazać każdą połamaną kość czy nos. Jeśli ktoś chce żeby go ominęły brutalne szczegóły, niech sobie włączy trylogię Bourne'a czy innego Początkującego Batmana. Dodatkowo, na pierwszą poważniejszą walkę trzeba czekać dobre 20 minut, jednak wcześniej jesteśmy raczeni ukazaniem szaleństwa Trzeciego Kolegi, który jest jednym z najbardziej szalonych i nieobliczalnych czarnych charakterów w kinie (niesamowita kreacja Williama Forsythe'a!).

Film zasługuje na niemal najwyższą notę, jednak nie wystrzegł się kilku minusów takich jak Steven Seagal mówiący z włoskim akcentem czy nazwiska bohaterów (Gino Felino, Bobby Lupo, Richie Madano), potrafiące rozbawić mniej wymagających widzów (bardziej wymagający czepiają się istotniejszych baboli). "Out for Justice" to jednak fantastyczna rozrywka, szczyt filmowego rzemiosła w jakim dane było wystąpić Shigemachiemu oraz jeden z tych seansów, po którym wzdychamy, że dziś już się tak nie kręci.

Jak dla mnie na tym obrazie kończy się kariera Stefana. Zaliczył potem jeszcze występy w naciąganych do bólu i głupkowatych, choć wciąż przyjemnych filmach jak "Liberator" (1992), "Na Zabójczej Ziemi" (1994), "W Morzu Ognia" (1997), czy w "Krytycznej Decyzji" (1996). Jednak jego powolny upadek zaczął się w roku 1995, kiedy to zgodził się pojawić w "Liberatorze 2" - nie mającym nic wspólnego z poprzednią częścią gniocie, na którym trudno wytrwać nawet najgłupszemu widzowi. Do tego doszły problemy z nadwagą oraz oskarżeniami ze strony FBI o współpracę z mafią, co skutecznie odstraszyło wielkie wytwórnie. W 2001 roku Take miał wrócić w wielkim stylu filmem "Mroczna Dzielnica" w polskiej reżyserii Andrzeja Bartkowiaka. Choć obraz zarobił swoje, a specjalnie do niego gwiazdor schudł, to jednak udowodnił iż Polacy nie potrafią robić filmów nawet w Ameryce i za amerykańskie pieniądze.

Poziom debilizmu oraz oczojebności "Exit Wounds" przechodzi ludzkie pojęcie, a gwoździem do trumny był występ DMXa. Ale z drugiej strony patrząc, ten nieoglądalny gniot, to wyższa szkoła jazdy jeśli go porównać z następnymi dokonaniami Stevena, których nawet nie chce mi się wymieniać, tak bardzo są złe. Na zakończenie, mało optymistycznie dodam, że raczej do wielkich wytwórni Seagal już nie wróci. Jest gruby (choć stara się to ukrywać jak tylko może), stary, mówi że jest inkarnacją Dalaj Lamy i w ogóle wygląda jakby jemu samemu już nie zależało na powrocie do szczytu. A jeśli jemu nie zależy, to komu ma zależeć? Steven Seagal był zjawiskiem w latach 80. i na początku 90. Temu nikt nie może zaprzeczyć ani odebrać mu tego. Jego cztery pierwsze filmy to klasyka, do której koneserzy kina sensacyjnego powracać będą do końca świata.
Na koniec przytoczę anegdotkę z przyjazdu Stevena Seagala do Polski:
Seagal przyjechawszy do naszego pięknego kraju, nocował w Sheratonie. Opowiadano potem legendy o tym, co tam wyczyniał - całonocne orgie z prostytutkami, demolowanie mebli, ubliżanie sprzątaczkom. Agentura współpracująca z hotelem omal nie zerwała umowy o outsourcing po tym, jak pracowniczki poskarżyły się alfonsom na złe traktowanie ich przez "Sega". Podobno był straszliwie gruby i wyglądał na wiecznie naćpanego. Przywiózł nawet własnego kucharza, który przygotowywał mu wyłącznie sałatki. O tym już jednak wspominałem na wstępie - szkoda więc wracać do starej śpiewki. Upadek aktora już wtedy stał się faktem...

PS. Mental, dzięki za cenne uwagi :)


produkcja -Hongkong/USA 1988
reżyseria - Andrew Davis
scenariusz - Andrew Davis
zdjęcia - Robert Steadman
muzyka - David Michael Frank
montaż - Michael Brown
scenografia - William Arnold
czas projekcji - 99 minut

produkcja - USA, 1990
reżyseria - Bruce Malmuth
scenariusz - Steven McKay
zdjęcia - Mathew F. Leonetti
muzyka - David Michael Frank
montaż - John F. Link
scenografia - Louis M. Mann
czas projekcji - 96 minut

produkcja - USA, 1990
reżyseria - Dwight H. Little
scenariusz - Michael Grais, Mark
zdjęcia - Ric Waite
muzyka - James Newton Howard
montaż - O. Nicholas Brown
scenografia - Robb Wilson King
czas projekcji - 94 minuty

produkcja - USA, 1991
reżyseria - John Flynn
scenariusz - David Lee Henry
zdjęcia - Ric Waite
muzyka - David Michael Frank
montaż - Don Brochu
scenografia - Gene Rudolf
czas projekcji - 91 minut



Autor recenzji: Mateusz Sojka - Hitch | Klub Miłośników Filmu, 16 maja 2008

STRONA GŁÓWNA | NAPISZ DO AUTORA