Strona główna KMF

... czyli kończąca się opowieść

"Mamy 106 mil do Chicago, bak pełen paliwa,
pół paczki papierosów, jest ciemno,
a my nosimy ciemne okulary. Jazda!




    



    Nie przypadkiem tekst ten rozpocząłem od cytatu z kultowego filmu "Blues Brothers". Te słowa były bowiem wprowadzeniem do jednej z najbardziej zapadających w pamięć sekwencji pościgowych w dziejach kina. I o tym właśnie będzie poniższy tekst; o historii kina która powoli odchodzi, zagracana tysiącami nic nie znaczących filmów, postaci i fabuł. O końcu pomysłów na nowe obrazy... o tym, że rzadko kiedy sceny czy dialogi z nowych produkcji są w stanie zagościć na dłużej w naszych sercach i umysłach, o odgrzewaniu starego, wreszcie o końcu sztuki filmowej (?) Zatem, czy kino jest jeszcze w stanie zaoferować nam coś nowego pod względem treści? Coś, z czym obcowanie da nam intelektualną frajdę i wciągnie bez reszty? Czemu, zamiast dopieszczać ową treść, kombinuje się z formą, eksperymentując z możliwościami kamer i jak najszybszym tempem montażu? Czy po to, aby zasłonić tym niedociągnięcia i płyciznę scenariusza? Szalone, rozdygotane zdjęcia i sposób opowiadania od tyłu w "Nieodwracalne" to pierwszy z brzegu przykład. Był też "odwracalny" "Memento", gdzie jednak zarówno ciekawość scenariusza jak i przedstawienie akcji w układzie antychronologicznym miało swoje wytłumaczenie w samej konstrukcji opowieści. To jednak wyjątek potwierdzający regułę, która mówi o smutnym końcu pomysłów na scenariusze. W Polsce już dawno się pomysły skończyły, przez co zalała nas powódź "superprodukcji" na podstawie powieści nieżyjących już pisarzy. Jak widać, w naszym kraju nikt żywy nie potrafi już wymyślić historii chwytającej za serce, czy pompującej adrenalinę do żył. No dobrze; polską kinematografię zostawmy już w spokoju; niech drga w śmiertelnych konwulsjach dalej. Na bolączkę niedostatku pomysłów bowiem (choć zapewne w znacznie mniejszym stopniu) cierpi także Hollywood, zasypując nas ostatnimi czasy adaptacjami komiksów, oraz dziesiątkami remake'ów, sequeli i odgrzewanek różnego rodzaju. Nawet dwa najlepsze dzieła jakie wydało na świat kine SF - czyli "Blade Runner" Scotta i "Aliens" Camerona, są adaptacją książki ("Blade Runner" / "Czy Androidy marzą o elektrycznych owcach") i sequelem ("Aliens" / "Alien"). Ale powstały jeszcze w czasach, w których przede wszystkim stawiało się na "power" opowieści, na bohaterów, których losami naprawdę można było się przejąć, a efekty specjalne były tylko idealnym dopełnieniem całości, dlatego stały się filmy Camerona i Scotta klasykami gatunku. Skoro powyżej padło hasło "efektów specjalnych", to można coś i o nich skrobnąć; do dziś wolę makiety pojazdów (Sulaco, Prom zrzutowy, czołg APC) z "Aliens" niż komputerowo wygenerowane pojazdy kosmiczne z "Episode I i II", popisy kaskaderskie z cyklu filmów o przygodach Indiany Jonesa, od animowanego komputerowo Legolasa z "Drużyny pierścienia", nienaturalnie poruszającego się na plecach Jaskiniowego Trolla. Wolę realistyczne, tradycyjne pościgi samochodowe z "Bullitta", "Blues Brothers", "Żyć i umrzeć w L.A." czy "Francuskiego łącznika", od efekciarskich, niewątpliwie bardziej widowiskowych, aczkolwiek niemożliwie sztucznych ganianek z "Episode I" czy "Matrix: Reaktywacji". Znacznie realniejsza pozostaje dla mnie poruszana przez Franka Oza kukiełka Yody z "Imperium kontratakuje", niż ten sam Yoda "animowany w całości przez komputer" w "Ataku Klonów". Gollum, Yoda, Hulk, sklonowane Klony, Cave Troll, to - przy całym szacunku dla ich "stwórców" - pozbawione duszy komputerowe bazgroły (jedynie Balrog był bardzo udaną postacią wygenerowaną przez komputer!), próbujące niedbale naśladować mimikę twarzy i ruchy ciała... Czy w przyszłości prawdziwe plenery zostaną całkowicie zastąpione Blue-Boxami, a żywi aktorzy "interaktywnymi" (przed czym przestrzega bardzo średni film "S1m0ne" z Al'em Pacino)? Nigdy nic nie wiadomo...
    Niezauważenie zboczyłem z tematu sequeli; a warto jeszcze przestrzec filmowców przed notorycznym dokręcaniem kontynuacji na siłę. Przebić część pierwszą udaje się przecież naprawdę niezwykle rzadko, a przykłady na takie cuda można wymienić na palcach jednej ręki - "Terminator 2" (z efektami specjalnymi, które nie zestarzały się do dziś nawet odrobinę!), "Ojciec chrzestny 2" i "Zabójcza broń 2". Ale cóż, sequele kręci się z braku nowych pomysłów, wystarczy przecież do części drugiej wrzucić 3/4 motywów z oryginału, dodać trochę nowego, wszystko wymieszać i podawać na ekranach kin, ku uciesze wielbicieli części pierwszej; skoro kupili to raz, kupią i drugi i trzeci i nie daj Boże czwarty.



    
    



    Wracając jednak do meritum sprawy; skoro brakuje ciekawych treści, poszukajmy... ciekawych miejsc! Może wybierzemy się w naszym filmie najdalej jak tylko można - poza granice życia i śmierci! Nie... tam już był bohater "Odmiennych stanów świadomości" - gdzie przeniósł sie dzięki komorze dyprywacyjnej. Może więc skoczmy poza granice wszechświata! Nie... tam już nas zabrał Kubrick w "2001: Odysei kosmicznej". Schodźmy zatem coraz bliżej Ziemi; może zostało gdzieś jeszcze jakieś miejsce nie poddane scenariuszowej eksploatacji. Lećmy na asteroidę - ale czy tam nie był już Bruce Willis? Zorganizujmy "Misję na Marsa"!!! - było. Polatajmy w kosmicznej próżni... ale już latał Luke Skywalker z przyjaciółmi. To może niżej, w chmurach! Niestety, opowieści o lotnikach było wiele, z "Top Gun" na czele. Trochę niżej mamy góry i... "K-2". Schodzimy zatem na Ziemię... która... jako miejsce akcji filmu służyła już jakieś kilka (set?) tysięcy razy! To może spróbujmy osadzić akcję na wodzie! Hmmm... ale przecież nie chcemy "Titanica 2" (z całym szacunkiem dla dzieła Camerona) ani "Wodnego świata 2" (bez szacunku dla "dzieła" Costnera). To może w wodzie! "Wielki błękit" Bessona i "Głębia" Camerona każą nam szybko zrezygnować z tego, jakże nieoryginalnego już na wstępie pomysłu. Jesteśmy jednak nieugięci i zejdziemy tam, gdzie jeszcze nikt nie był! Do jądra Ziemi!!! Że co? Aha... rozumiem... i tam ich już poniosło :( A podróż w czasie była? Była! Film z akcją osadzoną w innej epoce? Było tych widowiskowych gigantów całe zatrzęsienie; "Spartakus", "Ostatnie kuszenie Chrystusa", "Gladiator", "Patriota", "Barry Lyndon", "Braveheart" itd. A filmy oparte na faktach, historyczne, wojenne? "JFK", "Pearl Harbor", "Ścieżki chwały", "Lista Schindlera", "Cienka czerwona linia"... starczy przykładów? Zróbmy więc film o mordercy, albo nie - o kolesiu który morduje tylko w swojej wyobraźni... o takim który przechodzi proces resocjalizacji i staje się ofiarą machiny przemocy którą do niedawna sam napędzał? A może opowieść o ćpunach jadących do Las Vegas, albo o gościu który w Las Vegas zapija się na śmierć! No nie... ktoś już to wymyślił przed nami? To może niech oszalały z samotności facet ugania się z siekierą po hotelowych korytarzach... albo niech ojciec zmniejszy dzieci i niech będą zmuszone przejść przez śmiertelnie niebezpieczny trawnik, aby dotrzeć do domu, przy okazji poznając dzielną mrówkę... no tak, skoro to już też było, to można spróbować zmniejszyć człowieka do rozmiarów mikroskopijnych i wstrzyknąć do ciała człowieka, no wiecie... taki "Interkosmos".



    
    



    Ciężko w to uwierzyć, ale czasami zdaje się, że wszystko zostało już opowiedziane, i to na kilka sposobów. Czy jest więc jeszcze gdzieś miejsce na coś nowego i tak świeżego, że po wyjściu z kina będziemy czuli się jak owiani poranną bryzą, lub będziemy z wrażenia słaniać się na nogach? Był przecież czas, że sama czołówka filmu potrafiła zelektryzować widza - któż nie pamięta słynnych, przesuwających się w rytm muzyki Brada Fiedela liter z czołówki "Terminatora"? I dzisiaj próbuje się tak oczarować widza; napisy czołowe były dużym ozdobnikiem filmów Finchera - "Se7en" i "Fight Club" i... najciekawszym elementem "Azylu". Zostawmy napisy. Wróćmy ponownie do głównego wątku, czyli upadku pomysłowego kina. Czy "Matrix Reaktywacja" zwalił z nóg nowatorskim potraktowaniem obrazu lub treści? Nie! Obraz był tylko szybszy i bardziej nafaszerowany efektami, a treść nudziła - nie było więc eksplozji świeżości, tylko przedłużenie wybuchu części pierwszej. Czy kinem wstrząśnie pozbawiony praw dynamiki "Hero"? Przecież filmy o tych, co skaczą i fruwają, kręcono już dawno temu... w Chinach ;) Bruce Lee, Jackie Chan, Steven Seagal, Jean Claude Van Damme... odwalili kawał dobrej, kopanej roboty, jednak gwiazdy większości z nich albo całkiem zgasły, albo właśnie dogasają - nie można więc liczyć na filmową rewolucję z ich strony. Czy rewolucji dokona zatem George Lucas w "Episode III"? Niestety, "rewelacyjny" pomysł z nakręceniem "Episode II" w całości kamerami cyfrowymi, przyniósł mu tylko nominacje do Złotych malin i przymiarki do nagrodzenia filmu w kategorii... "Najlepszy film animowany", a filmowi cały eksperyment nie pomógł, a wręcz wystylizował całość na wylizaną do granic możliwości wizualną perełkę bez skazy. Bądźmy jednak realistami; eksperymenty z techniką nie przebiją nigdy ludzkiej ręki. Czy powstaną lepsze zdjęcia niż (dajmy na to) te, które popełnił Sławomir Idziak w "Black Hawk Down", gdy do pracy zaprzęgniemy szybsze komputery?



    
    



    Czy wreszcie, filmowym światem zawładną bohaterowie komiksów? Pokręceni mutanci z "X-Men", Daredevil, Mężczyzna-Pająk, albo zielony "Hulk"? Nieco kiczowaty z dzisiejszego punktu "Superman" Donnera, albo znakomity "Batman" Burtona? Czy są na tyle oryginalni i fascynujący żeby krzyczeć z zachwytu oglądając ich przygody, czy też zasłużyli jedynie na to, aby być hitem jednego sezonu? Przecież aby stworzyć niesamowity klimat i dać widzowi niezapomniane doświadczenia, nie potrzeba wiele, nie trzeba przekombinowywać z fantazyjnymi postaciami rodem z kartek komiksu, nie trzeba bombastycznych scenerii i rozmachu efektów specjalnych - wystarczy dobry pomysł i trochę geniuszu reżysera, operatora i aktorów; na przykład takiego jak w "Ataku na posterunek 13" Carpentera, gdzie tajemnicza banda obiera sobie stojący na odludziu posterunek za cel do zniszczenia za wszelką cenę. Note bene, gdzie się podział stary, nieodżałowany John Carpenter, który zrobił jeden z najciekawszych i najstraszniejszych horrorów ever - czyli niezapomnianą "Rzecz", z muzyką Ennio Moricone. Carpenter A.D. 2000 kręci już tylko gniot za gniotem; "Ucieczka z L.A." (oczywiście to sequel znakomitej "Ucieczki z Nowego Jorku, z niezapomnianą muzyką samego Carpentera!),"Duchy Marsa" i zupełnie nietrafiony film wampiryczny... "Łowcy wampirów". Hmmm... zatrzymajmy się na chwilkę przy wampirach właśnie i zastanówmy się, czemu wciąż tworzy się wtórne i nie posiadające atmosfery "dzieła" w stylu "Łowców wampirów" czy "Dracula 2000" - skoro najlepszy film wszechczasów o wampirach już został nakręcony i nosi tytuł: "Bram Stoker's Dracula". Rozmachu inscenizacyjnego i przepięknej historii miłosnej opowiedzianej w filmie Coppoli, nie przebije w temacie wampirycznym już nic. Jedynie "Wywiad z Wampirem" Jordana zbliżył się poziomem i klimatem do dzieła twórcy "Czasu apokalipsy" (na marginesie mówiąc; najlepszego filmu o Wojnie wietnamskiej!) i "Ojca Chrzestnego" - nie zapominajmy jednak, że "Wywiad z Wampirem" powstał także na podstawie książki ("Dracula" Coppoli zresztą też ;). Kolejny raz oddaliłem się od obranego wątku, jednak historia kina jest tak niemożliwie obszerna, że można skakać z tematu na temat, bez końca i bez znudzenia ;) Wracam więc już do sprawy "budowania napięcia i filmowej atmosfery najprostszymi środkami, z genialnym skutkiem"; Przecież Ridley Scott w swoim (kultowym już) "Alien", oparł się właśnie na nieskomplikowanym schemacie; im mniej pokażemy na ekranie, tym bardziej będzie to przerażające. Proste prawda? ... A potem magicy filmowi rzucili się hurtem do straszenia widzów; powstały wszelakie "Crittersy", "Gremlinsy", "Zmory z Elm Street" i cała masa mniej lub bardziej udanych przerażaczy, gdzie potwory i lęki przybrały wyraźną formę i pokazywane były bez ograniczeń przez większość ekranowego czasu. Żaden jednak z nich, poza wspomnianym na początku tekstu "Aliens", nie był w żaden sposób filmem przełomowym, czy odkrywczym. Zaczęto więc ponownie straszyć klimatem i powrócono do koncepcji; zło niewidoczne bardziej przeraża. "The others" Amenabara, japońskie "Ringi" (z obowiązkowym amerykańskim remake'em), "Dark Water", czy też, a może przede wszystkim "Lśnienie" Kubricka - któremu atmosferą osaczenia i ukazania "zła" w najczystszej postaci, nie dorównał chyba żaden wcześniejszy ani późniejszy film!



    
    
    



    Zatem... czy naprawdę możliwa jest jeszcze jakakolwiek rewolucja w kinie? Czy da się jeszcze wynaleźć nowy sposób narracji, wspanialsze historie, bogatszych w uczucia bohaterów, wyrazistsze portrety psychologiczne postaci, nowe techniki realizacji, sceny które przejdą do historii kina, a może jeszcze szybszy montaż? Czy da się jeszcze otworzyć nowe drzwi, czy pozostało już tylko wyważanie po raz kolejny, tych już otwartych? Pojawiło się przecież kilku "odważnych"; utartym, przyczynowo skutkowym sposobem narracji zatrząsł Quentin Tarantino swoim "Pulp Fiction", gdzie wszystkie wątki były ze sobą przemieszane i w zasadzie nie było głównego motywu jako kręgosłupa akcji, nie było jedności miejsca, czasu i akcji - w ogóle nie było jedności, choć cała opowieść trzymała się przysłowiowej kupy. To było coś, jednak po "Pulp Fiction" Tarantino przygasł i być może zaskoczy nas dopiero nowym filmem "Kill Bill" - po trailerach jednak sądząc, będzie to kolejna, szybka rozwałka nastawiona na omamienie widza; w dodatku w tym filmie dojdzie do sprofanowania przez Umę Thurman, stroju jaki nosił Bruce Lee w filmie "Gra Śmierci". Tarantino prawdopodobnie na siłę chce zrobić kolejny po "Pulp fiction" film kultowy - zobaczymy co z tego wyjdzie, a na razie wróćmy do meritum sprawy; Czy ze współczesnym kinem jest aż tak nieciekawie? Są chyba jeszcze jakieś wyjątki warte obejrzenia i odnotowania na kartach historii filmu? Jakie nowatorskie podejście do fabuły warte jest odnotowania? Ze starszych filmów na pewno "W samo południe" z Garym Cooperem, gdzie cała akcja działa się w tak zwanym "czasie rzeczywistym", a finał następował dokładnie o 12:00. Podobny schemat (równie udanie) zastosował John Badham w trzymającym w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty "Nick of Time" ("Na żywo") z Johnym Deppem i Christopherem Walkenem - widz nie ogląda tego filmu, tylko przeżywa go razem z bohaterem patrząc nerwowo na zegarek!



    



     Jeżeli miałbym natomiast wybrać jakieś nowe filmidło, jako doskonały przykład na inteligentne i pomysłowe (jak wspomniane nieco wyżej inne filmy, zrealizowane małym nakładem środków, czasu i kosztów) kino suspensu, bez wahania wymieniłbym "Telefon" Joela Schumachera, gdzie cała akcja dzieje się w budce telefonicznej, a napięcie mimo to (a może dzięki temu) nie opada ani na sekundę. Jednak sama koncepcja filmu pochodzi sprzed ponad 20 lat... Może zatem, sięgnijmy po niewykorzystane, stare pomysły, skoro sprawdzają się i w dzisiejszych realiach. Niestety, koncepcje na tak oryginalny film jak "Telefon" pojawiają się raz na kilka (dziesiąt?) lat, więc na darmo szukać. Zatem jeżeli wciąż chcemy inteligentnej i dobrej rozrywki filmowej; "trzęsienia ziemi i wzrastającego napięcia", to może lekarstwem na brak współczesnego kina przez duże "K" będzie powrót do oglądania klasyków. Ciężko jednak niestety trafić w kinie na Felliniego, a przecież "8 i pół" to film starzejący się jak wino, wciąż aktualny i nabierający z wiekiem nowego smaku. Zakręcony i genialny "Amarcord", "La Strada", "Noce Cabirii" czy "Rzym" - do tych filmów można zawsze wracać i zawsze bedą miały do zaoferowania coś nowego. Podobnie z dziełami Bunuela - "Viridiana", "Piękność dnia" czy "Widmo wolności" to klasyki gatunku. Wspomnieć należy jeszcze wspaniałą epokę westernu - Sergio Leone "Za garść dolarów" (będący remake'iem "Straży przybocznej" Kurosawy), "Dobry zły i brzydki" czy "Dawno temu na dzikim zachodzie", klasyki Sama Peckinpaha: "Ucieczka gangstera", "Konwój" i "Dzika banda", a z nowszych "Bez przebaczenia" - antywestern Clinta Eastwooda który można oglądać wielokrotnie, za każdym razem tak samo przeżywając finał. A zakończenie "Stowarzyszenia umarłych poetów"? Kto na nim nie płakał i to wielokrotnie? A "Lot nad kukułczym gniazdem" z niesamowitą kreacją Nicholsona? To są prawdziwe, nieśmiertelne arcydzieła! Z nostalgią wspominam mój pierwszy kontakt z wciągającą fabułą "Ojca Chrzestnego" - który to kontakt za każdym razem wydaje się tak samo nowy i świeży. Czemu reżyserzy nie wzorują się na filmie "Akira" Katsuhiro Otomo, który pod względem scenariusza i budowy opowieści jest prawdziwym dziełem, choć to "tylko" film animowany. Honoru broni jedynie "Milczenie owiec" i "Se7en". Gdzie jednak z najnowszych filmów wyparowało napięcie i dramaturgia jaka towarzyszyła pierwszemu "Terminatorowi" czy trylogii "Alien". Dlaczego w "Matrix Reaktywacji" nie ma żadnej sceny dającej takiego emocjonalnego kopa, jakiego dawało chociażby kilkusekundowe ujęcie z pierwszego "Matrixa", gdy Neo bez chwili namysłu owijał linę wokół ręki, nie wiedząc czy uratuje tym szalonym gestem odwagi Trinity, czy zostanie pociągnięty ku ziemi przez zaczepiony do liny helikopter...



    
    



    A pamiętacie wstrząsającą scenę śmierci Alexa Murphy z "Robocopa"? Przecież to było tak realistycznie nakręcone, że do dziś pamiętam, jak ogromne wrażenie wywarła na mnie ta ekranowa śmierć. Gdzie z najnowszych filmów wyparowałą dramaturgia i wielopłaszczyznowa opowieść, jaką mogliśmy podziwiać w "Dawno temu w Ameryce", czy miłość do kina wyrażona w cudownym "Cinema Paradiso"? Dzisiejsze kino to albo pseudofilozoficzne rozważania nad sensem życia, które to filmy raczej nudzą niż przecierają nowe szlaki w kinie, albo wizualnie i dźwiękowo plastikowe filmidła z coraz bardziej pokręconymi zdjęciami i szybszym montażem, coraz wymyślniejszymi i niby bardziej realistycznymi efektami specjalnymi, mającymi za zadanie tak dać widzowi po oczach i uszach, żeby nawet nie próbował myśleć w trakcie i po seansie. Takie: Przyjdź do kina, zapłać, nie myśl-zobacz, spadaj! Marzą mi się filmy o takim potencjale dramaturgicznym jak "Taksówkarz", takim rozwiązaniu akcji jak w "Bez przebaczenia", tak fascynująco przerażające jak "Dziecko Rosemary" czy "Egzorcysta", o takiej fabule jak dwie pierwsze części "Ojca Chrzestnego". Tak inteligentnie "popieprzone" jak "Zagubiona autostrada" czy "Głowa do wycierania" Davida Lyncha! Marzy mi się kolejne wcielenie Kubricka, Felliniego czy Bunnuela, marzą mi się wspaniałe, zaskakujące filmy, jakich jeszcze nie widzieliśmy, żeby Spielberg nakręcił takie porywające filmy przygodowe jak "Poszukiwacze zaginionej Arki" (ale nie czwartą część przygód Indiany Jonesa!), a nie takie (jakby nie patrzeć) cudne audio/wizualnie i próbujące być głębszymi dziełami "A.I." i "Raport mniejszości" z bezcelowo przedłużanymi, łopatologicznymi zakończeniami; chcę tak kosmicznie dynamicznego i wciągającego w akcję scenariusza jaki miał "Speed" De Bonta! Oby to jednak nie były nowatorskie "koszmarki" pokroju "Blair Witch project" którego cała siła tkwiła w sprytnym oszustwie; sam film bez nagłośnienia "tajemnicy" byłby niczym! Najgorsze w dzisiejszym kinie jest chyba jednak to, że faktycznie widzieliśmy już wszystko; a reszta spoczywa w rękach twórców filmowych, żeby odgrzewając to co stare (np. "Psychoza"), nie przypalili tego co nowe ("Psychol"), żeby nie profanowali klasyków powołując je na powrót do życia z nową obsadą i w nowych realiach. "Za szybcy za wściekli", "Tomb Raider 2", będący profanacją znakomitego pierwowzoru, z którego pochodzi cytat z początku niniejszego tekstu - "Blues brothers 2000", "Taxi 3", "Terminator 3", - nawałnica przeciętnych filmów, do których kręcenie kolejnych części zaczyna się jeszcze podczas prac nad bieżącą... wszystko dla pieniędzy - to wiadomo; ale czemu zapomina się przy tym, że poza bezmózgimi pożeraczami popcornu, na świecie istnieje też "grupka" ludzi szukających w kinie prawdziwym przeżyć, prawdziwych emocji, prawd ukrytych pod płaszczykiem fabuły, ukrytych przesłań, dwuznaczności, niedopowiedzeń, wreszcie tajemnicy...



    
    
    



    Dlaczego jesteśmy faszerowani wątpliwymi komediami w stylu "American Pie", w których jedynym ciekawym akcentem są 2 czy 3 gagi, nieco tylko bardziej niż średnio śmieszne? Łza kręci się w oku na wspomnienie "Czy leci z nami pilot", "Szpiedzy tacy jak my" czy "Nagiej broni". Czemu nowym komediom brakuje polotu, Czemu superprodukcjom w większości przypadków brakuje rozmachu doprawionego dramaturgią, efektów specjalnych doprawionych interesującą opowieścią, formy doprawionej treścią? Czy naprawdę wielkie, ambitne kino połączone z wciągającą fabułą jest reprezentowane już tylko przez "Bravehearta", "Gladiatora" i "Władcę pierścieni", a kino ambitne przez przedstawicieli "DOGMY 95", który to kierunek (naturalne oświetlenie, naturalne wnętrza itp) zanim na dobre zadomowił się w kinie, na jeszcze bardziej dobre znudził widzów? Czy rzeczywiście zapadnie nam w pamięć superszybki montaż z filmu "Snatch", coraz to wymyślniejsze gadżety z Bonda, czy kolejne efekty specjalne "jakich w kinie nie było"? Że wspomnę tylko kolejne przełomy: "King Kong" / "2001: Odyseja kosmiczna" / "Gwiezdne Wojny" / "Jurassic Park" / "Maska" / "Toy Story" (pierwszy komputerowo animowany film pełnometrażowy) / "Matrix". Nie można odmówić większości z wymienionych filmów "wielkości" i przełomowości, jednak poza wyjątkiem "2001: Odysei kosmicznej" - reszta z nich zapadła w pamięci tylko dzięki spektakularnej formie. Ale to inne filmy i inne sceny przechodzą do historii kina; zakończenie "Zawód: Reporter" Antonioniego z majestatycznym, kilkuminutowym ujęciem kamery bez cięć, przeskok czasowy w "2001: Odysei kosmicznej", rosyjska ruletka z "Łowcy jeleni" Cimino, Michael Corleone mówiący "I know it was You Fredo. You broke my heart..." w drugiej odsłonie "Ojca Chrzestnego", Jack Nicholson z opatrunkiem na nosie w "Chinatown", Charlie Chaplin w swoim charakterystycznym stroju Trampa, Clint Eastwood jako Brudny Harry, bracia Marx, Marylin Monroe stojąca nad nawiewem powietrza, James Dean z Elizabeth Taylor w "Olbrzymie"... Clarke Gable i Vivien Leigh całujący się na tle zachodzącego słońca, schody odesskie z "Pancernika Potiomkina", taniec bułeczek z "Gorączki złota" i Charlie Chaplin jako "Dyktator", Forrest Gump siedzący na ławeczce, rakieta wbita w "oko" księżyca, czy nawet takie ikony kina sensacyjnego jak Stallone w roli Rambo i Rocky'ego, czy Kurt Russell jako jednooki Snake Plisken z "Ucieczki z Nowego Jorku" i Bruce Willis w "Szklanej pułapce", Harrison Ford ścigany przez gigantyczną kulę i urywający logo Mercedesa z maski ciężarówki, Tyranozaur przegryzający oponę Jeepa czy śmierć Eliasa w "Plutonie". Ucieczka Sokoła Millenium z eksplodującej Gwiazdy Śmierci w "Powrocie Jedi", wygłupy Monthy Python'ów, rekin ze "Szczęk", czy wreszcie mały Eliott na tle księżyca, "jadący" na rowerku z E.T. w koszyku, i miecze świetlne w cyklu "Star Wars"!. To jest prawdziwa historia kina, historia która odeszła... i którą można wciąż poznawać na nowo. A kto jej jeszcze nie zna, może wciąż poznać, w przerwie między seansem "Matrixa 2" i "Matrixa 3". Bo czy "Matrix" przy całym swoim "czaderstwie" i "spektakularności" wywrze na kinie taki wpływ, jak zrobił to Akira Kurosawa swoim "Siedmiu Samurajów"? Poza tym, że film ten do dzisiaj zostaje niekwestionowanym klasykiem, to... liczba SIEDMIU bohaterów, jest wciąż wykorzystywana bardzo chętnie. Najbliższym przykładem jest oczywiście amerykański remake "Siedmiu Samurajów", osadzony w realiach westernu, czyli "Siedmiu wspaniałych". To jednak nie koniec wpływu filmu Kurosawy na dzieje kina; siedmiu było także "owadzich" bohaterów "Dawno temu w trawie" (film był pośrednio inspirowany także komedią "Trzej Amigos", którego scenariusz był zainspirowany filmem... "Siedmiu Samurajów"!), i siedmiu Marines walczyło w dżungli z "Predatorem". Wreszcie, ilu było członków załogi Nostromo, skoro Obcy był ósmym? Na końcu tekstu, należy jeszcze wspomnieć o największym z największych, filmie nad filmami, czyli Orsona Wellesa "Obywatelu Kane". Welles Jako pierwszy zerwał z przyczynowo skutkowym sposobem narracji, opowiadając historię potentata prasowego Kane'a, poprzez szereg retrospekcji, za każdym razem z punktu widzenia innej osoby. Film kończy się odkryciem tajemnicy, zarówno wielkiej (dla Kane'a) jak i niewiele znaczącej dla potężnego i bezwzględnego świata biznesu. Tajemnicę odkrywa jednak tylko widz i to jest jedno z największych odkryć w historii kina. Podobny sposób opowiadania zastosował... Akira Kurosawa w filmie "Rashomon"; tu jednak zamiast życia człowieka postrzeganego przez różne osoby, mamy zbrodnię opisywaną przez różnych świadków, na różne sposoby. Jak widać, wielcy reżyserzy wzorowali się na innych wielkich reżyserach. Może więc my widzowie, zacznijmy oglądać klasyki, a współcześni reżyserzy niech zaczną się na nich uczyć. Kto wie, może dzięki temu powstanie jeszcze kiedyś coś wielkiego, godnego obejrzenia i może naśladowania...



    
    
    
    
    
    



    Z ostatniej chwili:
- Powstanie czwarta część "Szklanej pułapki" i znów zagra w niej Bruce Willis, choć nie jest zachwycony tym pomysłem. Jego zdaniem kolejne części nie są tak dobre jak oryginał. Ma jednak nadzieję, że efekty specjalne przyciągną widzów.
- W Afryce trwają zdjęcia do filmu "Dracula 3000". W nowej historii o wampirze... bla bla bla
NO COMMENT


Tekst powyższy nieznacznie tylko "prześlizgnął" się po historii kina. Zabrakło w nim wzmianek o wielu zasługujących na to dziełach, wspomniano tym samym o takich, które może nie dla każdego stanowiły przełom czy coś wartościowego. Filmy które podałem jako przykłady "złego" lub nieciekawego kina, są również moim subiektywnym wyborem, z którym nie każdy może się zgadzać ;) Powyższy tekst jest po prostu moim osobistym manifestem i tęsknotą za prawdziwymi przeżyciami, za przygodą i wrażeniami na najwyższym poziomie emocjonalnym! Jest też protestem przeciwko dążeniu kina w kierunku smutnego i nieciekawego końca!


AUTOR TEKSTU:
Rafał Donica - DUX