Zupa chińska, ale robiona w Radomiu
Niemal każdy z nas ma swój wymarzony duet aktorski, który chciałby zobaczyć w kinie. Niektórzy liczą na to, że Arnold "Terminator" Schwarzenegger i Sylvester "Rambo" Stallone staną jeszcze kiedyś przed kamerą i zarejestrują swój wspólny występ dla potomności. Inni nie śpią po nocach zastanawiając się, jak mogłaby wyglądać ekranowa kłótnia pomiędzy nieoszczędzającym strun głosowych Samuelem L. Jacksonem, a weteranem kina, Alem Pacino. Za to niżej podpisany zawsze miał nadzieję, że doczeka dnia, w którym światło dzienne ujrzy film przedstawiający pojedynek dwóch tytanów kina kopanego rodem z Hong Kongu. I tak sen się spełnia - dwaj obecnie najbardziej rozpoznawalni na świecie mistrzowie wschodnich sztuk walki stanęli wreszcie w szranki. Dla mnie recenzja mogłaby skończyć się w tym miejscu, ponieważ większa zachęta nie jest mi już potrzebna. Mimo wszystko warto jednak napisać coś więcej.
Płonne są nadzieje tych, którzy liczyli na obsadzenie Jackiego Chana i Jeta Li (bo o nich cały czas mowa) jako głównych bohaterów. Ich role, mimo że dosyć obszerne, są bez wątpienia drugoplanowe. Fabuła jest luźno oparta na klasycznej chińskiej powieści "Podróż na Zachód" i zaczerpuje z niej postać Sun Wukonga - Króla Małp, posługującego się w walce magicznym, złotym kosturem. Głównym bohaterem jest Jason Triptikas - stereotypowy dla filmów typu "od zera do bohatera", lebiegowaty amerykański nastolatek zakochany w filmach walki z Dalekiego Wschodu. Często w poszukiwaniu nowych płyt DVD odwiedza lombard prowadzony przez zaprzyjaźnionego starego Chińczyka. Pewnego dnia na zapleczu znajduje wspomniany wcześniej kostur, za pomocą którego przez przypadek przenosi się do starożytnych Chin (oczywiście po pewnych tragicznych wydarzeniach). Tam spotyka Lu Yana - wojownika i mędrca z na pierwszy rzut oka widocznym problemem alkoholowym, który rozpoznaje magiczny oręż i wyjawia bohaterowi jego przeznaczenie. Okazuje się, że młodzian o wiecznie maślanych oczach to zapowiedziany przez przepowiednię Wędrowiec, który ma zwrócić kostur prawowitemu właścicielowi. Król Małp został bowiem podczas pojedynku ze złym Nefrytowym Władcą podstępnie pokonany i zamieniony w kamień, ale ostatkiem sił wysłał swoją broń w nieznane nikomu miejsce, aby zwycięski tyran nie położył na niej rąk. Tylko wypełniając postawiony przed sobą cel, główny bohater ma szanse powrócić do domu.
O scenariuszu nie można napisać zbyt wiele, poza tym, że to bardzo schematyczna historia przygodowa, zapożyczająca z "Niekończącej się opowieści" motywy starego przyjaciela oraz fantastycznej krainy i łącząca je z dydaktyzmem i moralizatorską wymową "Karate Kid". Oglądałem film z kumplem i z uśmiechem stwierdzałem, że wszystkie nasze przewidywania co do dalszego rozwoju akcji sprawdzały się w stu procentach. Niestety - wszystko to już było.
Aktorstwo, jak to zwykle w takich filmach bywa, nie jest najwyższej próby, ale bohaterowie są wiarygodni, a niektórych można nawet polubić. Jackie Chan i Jet Li nie starali się stworzyć nowych postaci, ale nie jest to żadna wada. Oni, przynajmniej w moich oczach, po prostu SĄ już granymi przez siebie bohaterami: pierwszy - bez znaczenia, jakie imię wymyślił mu scenarzysta - jest Pijanym Mistrzem, noszącym przy sobie cały czas wydrążoną tykwę napełnioną winem, a drugi Milczącym Mnichem, którego ostatnie (złe) wcielenie oglądaliśmy w "Zabójczej Broni 4". Za choreografię walk odpowiadał Yuen Woo-ping - człowiek, który nauczył Keanu Reevesa walczyć jak Neo i reżyser filmów takich jak "Pijany Mistrz" właśnie, dzięki którym Jackie Chan zaistniał w świadomości widzów i przestał być po prostu kaskaderem Bruce'a Lee. Pojedynki nakręcone są w stylu naśladującym filmy wuxia (można to tłumaczyć jako "latający fechmistrze"), więc jeśli ktoś jest miłośnikiem realistycznego przedstawiania kung-fu, a
"Hero", lub "Przyczajony tygrys, ukryty smok" stawały mu ością w gardle, to ciężko będzie mu przyzwyczaić się do obecnej w filmie stylizacji.
Na brawa zasługuje za to warstwa wizualna filmu - połączenie przepięknych ujęć plenerowych kręconych w Chinach z oszczędnymi, ale profesjonalnie wykonanymi efektami specjalnymi robi piorunujące wrażenie. Dawno nie widziałem filmu, który mógłby pochwalić się tak malowniczymi zdjęciami. Dobre i miejscami bardzo dobre wrażenie sprawiają też kostiumy (szczególnie ubiory Nefrytowego Władcy), których wykonano na potrzeby filmu od groma i jeszcze trochę. Nie można przyczepić się również do scenografii, która z pewnością Oscara nie zgarnie, ale całkowicie spełnia swoje zadanie i pomaga uwierzyć, że przedstawione w filmie niemal bajkowe Chiny istnieją naprawdę.
Nachwaliłem, nachwaliłem, a teraz wypadałoby zganić, ale poza aktorstwem i mało oryginalnym scenariuszem nie mam się do czego przyczepić. Co tu ściemniać, po prostu lubię takie filmowe baśnie, nawet jeśli jadą utartymi schematami na kilometr. Jak więc, parafrazując słowa ze skeczu kabaretu Ani Mru Mru, sprawia się chińska zupa zrobiona w Hollywood? Smak już nie ten, ale można go polubić. Nie masz pojęcia jak smakuje prawdziwe, chińskie danie? Spróbuj, a nuż Ci posmakuje...
 |

Rok i kraj produkcji: 2008 / USA
Czas trwania: 113 minut
Reżyseria: Rob Minkoff
Scenariusz: John Fusco
Zdjęcia: Peter Pau
Muzyka: David Buckley
Obsada:
| Michael Angarano | .....Jason Triptikas |
| Jackie Chan | .....Lu Yan |
| Jet Li | .....Milczący Mnich / Król Małp |
| Liu Yi Fei | .....Złoty Wróbel |
| Collin Chou | .....Nefrytowy Władca |
| Li Bingbing | .....Białowłosa Wiedźma |
|
 |
 |
Autor recenzji: Maciej Poleszak - CIUNIEK |
Klub Miłośników Filmu 02.06.2008 |
|