|
Szczęście miało swój początek wtedy, kiedy pani Dalloway - a może tylko Clarissa - wyszła na słoneczny ganek pewnego letniego ranka dawno minionego dnia. Kiedy tak stała na ganku, szczęście było w niej i poza nią, trwało w każdej mijającej minucie, minuty zaś wypełniały godziny, kolejne, jedna za drugą, przez całe lata. Clarissa widzi te lata wyraźnie przed sobą, bo ta jedna chwila w słońcu to dla niej początek czegoś wielkiego i wspaniałego, co będzie trwać wiecznie...a skończyło się właśnie w tej godzinie, chociaż tego jeszcze Clarissa nie wie.
Virginia wchodzi do wody powoli. Wszystkie godziny jej życia zbiegły się w tej jednej, kiedy życie pani Woolf dobiega kresu. Przepływają obojętnie, jak wodorosty po jej martwej twarzy, a przecież nie zapomniała ani jednej. Towarzyszą Virginii, kiedy zapada się w głębinę, one same - nieczułe i wiecznie jednakowe, jednak dla niej są nazwane, dla niej są osobistym przeżyciem.
Laura wie, że podczas każdego dnia zdarza się jedna godzina, w której można przeżyć wszystko, największe szczęście i największą gorycz całego życia. Zazwyczaj wtedy trzeba dokonać wyboru i zazwyczaj się go nie dokonuje. Zazwyczaj, bo dla Laury nadeszła taka godzina, kiedy zapragnęła wolności, tak bardzo, że była gotowa poświęcić dla niej wszystko, co składało się na jej życie, każdą godzinę, z wyjątkiem tej jednej, kiedy podjęła decyzję.
Virginia zamknięta w pokoju pisze książkę. Laura kradnie chwile, kiedy może ją czytać. Clarissa sama wychodzi kupić kwiaty. Wszystkie te momenty są właściwie skradzione, wszystkie są ucieczką przed mężem, rodziną, rzeczywistością, są próbą zamknięcia się we własnym intymnym świecie, tylko dla nas, do którego nikt nie ma wstępu, radością tworzenia, radością przeżywania, radością napawania się pięknem. Tylko dla siebie - delikatny egoizm który wszystkie świadomie wygnały ze swojego życia, po to, żeby żyć dla innych.

Jednak kwiaty pani Dalloway są marnym zastępstwem. Organizuje przyjęcie i uśmiecha się, można powiedzieć - szczęśliwa kobieta, która ma szczęście robienia tego, co sama uważa za słuszne. Za słuszne, może, ale czy pożądane? Kiedy powtarza sobie, że nie oczekuje niczego więcej, kłamie. Wciąż tkwi w niej wspomnienie tej godziny spędzonej na ganku, która nie spełniła żadnej z obietnic - bo i żadnej nie składała. Ta godzina była obojętna jak każda z nieustającego korowodu jej podobnych, ale w niej była Clarissa - zupełnie inna Clarissa, oczekująca, pewna, ta sama, która nadała tej chwili rytm i znaczenie, która ją nazwała i zapamiętała jako jedną, szczególną. Teraz tłumi w sobie żal, staje naprzeciw przerażającego przekonania, że strasznie się pomyliła, ślepo wierząc temu, co było tylko błyskiem w czasie.
Kiedy wróci z kwiatami, to, że je kupiła, przestanie właściwie mieć znaczenie, przelotna radość, której doświadczyła zanurzając twarz w bukiety, zniknie, rozpłynie się, nie pozostanie po niej nawet ślad. Stanie się znów męczennicą - Clarissą, która tak bardzo pragnie wierzyć, że to co robi z miłości jest częścią niej i daje jej szczęście.
Laura skupiona na pozorach, która bardzo chce być idealna, bo wie, że jest nieuczciwa. Pragnienie sprawienia przyjemności mężowi wypływa z jej lęku, że jeśli zawiedzie, jeśli nie będzie doskonała, wszyscy odkryją jej oszustwo. Nie kocha go, życie u jego boku budzi w niej sprzeciw i wstręt. To osacza Laurę, która sądzi, że powinna być wdzięczna, więc wszelkimi siłami stara się wynagrodzić swój brak uczucia, brak zaangażowania, ukryć je, schować jak najgłębiej za idealnym tortem i obcasami noszonymi z samego rana. Nie potrafi z przyjemnością rozpłynąć się w otaczającej ją miłości i akceptacji, jak czyni kobieta kochająca - śmiać się ze wzajemnym zrozumieniem, żartując "marna ze mnie kucharka", bo to kształt ma dla niej znaczenie, nie zaś treść - gdyż treści dla Laury nie ma. Nie dostrzega, że ktoś widzi jej lęk, że ktoś rozumie, na wpół świadomie, co gotuje się w jej wnętrzu, przeczuwając tragedię. Tym kimś jest Richard, synek, w którym wiele lat później obudzi się poeta, wbrew temu, czego sam by pragnął. Richard, który może bardzo mało, który czepia się złudnej nadziei, że tajemnicze zaklęcie "kocham cię, mamo" sprawi cud i zawróci Laurę z drogi, którą obrała. Kiedy takie zaklęcie zawiedzie, jak można dalej wierzyć w jego siłę?

Jaką wolność wybrała Laura i według jakiej miary ją sądzić? Jej przerażenie sięga zenitu, gdy patrząc na przyjaciółkę myśli, że mogłaby umrzeć nie znając prawdziwego życia. Życie, które prowadzi, jest marnym przedstawieniem jednego zagubionego na zbyt wielkiej scenie aktora.
Virginia rozumie to najlepiej. Swoje życie sprowadziła do rytmu, który wyznaczają kochający mąż i lekarze. Dla niej więzieniem jest nawet nie wieś, na której się zakopała, nawet nie choroba, która wypełnia jej mózg straszliwymi głosami z zaświatów, ale własne ciało. Patrzy na martwego ptaka i w absurdalny sposób mu zazdrości. Obecność śmierci nie napełnia jej lękiem, lecz dziwnym spokojem, obietnicą wyzwolenia. Rozumie wtedy, że są tacy, którzy są na śmierć skazani, tak jak i są tacy skazani na życie, a jedni bez drugich nie mogliby istnieć, gdyż obecność drugiego bieguna pozwala tym pierwszym zrozumieć, a tym drugim - zacząć bardziej cenić to, co mają. Virginia jest bardziej szczęśliwa w świecie pani Dalloway niż własnym, i to jest złe, niesłuszne. Jej przeznaczeniem jest stworzyć ten świat i odejść, gdyż poza nim nie ma dla niej miejsca. Właściwie godzi się z tym. W ostatniej godzinie swojego życia potrafiła być wdzięczna za wszystkie minione. Dziękuje, ale wybiera jednak własną wolność, tak jak zrobi to wiele lat później Laura, tak jak bardzo chciała zrobić Clarissa, ale nigdy się na to nie zdobyła.

Godziny. Niektóre pędzą na złamanie karku, niektóre zdają się trwać cała wieczność. Jedne są błogie i szczęśliwe, inne wypełnione łzami i rozpaczą. Niektóre przynoszą wolność i spokój, inne znowu są tylko trwaniem i oczekiwaniem. Bywają takie, o których chcemy jak najszybciej zapomnieć, i takie, które zapadną w nas na całe życie. To jesteśmy właśnie my, nasze życie, które nabiera kształtu w rytm upływających godzin - same w sobie nic nie znaczą. To my sprawiamy, że stają się wszystkim, początkiem i końcem, poddaniem i rewolucją, łzami i śmiechem. Trwaj, chwilo! Chwilo, jesteś piękna!
AUTOR RECENZJI: Karolina Chymkowska - DEINA
Recenzja DESJUDI'EGO
STRONA GŁÓWNA
|