Strona główna KMF

Rywalizacja dobra i zła o hegemonię na świecie, ich nieustanna walka od zarania dziejów obecna jest nie tylko w życiu doczesnym, ale również i w kinie. Skrywana niejednokrotnie pod płaszczykiem kina fantasy ("Władca Pierścieni"), science-fiction ("Alien"), kryminału ("Przylądek Strachu"), horroru ("Silent Hill"), a nawet komedii ("Kontrolerzy"), stała się osią fabuły niejednego wybitnego obrazu i ciągle wydaje się wdzięcznym tematem na film. Nic więc dziwnego, że po tenże motyw sięgnęli także twórcy dokumentów. I tak na przykład, w swojej pierwszej pełnometrażowej produkcji, bliżej nieznany amerykański reżyser Seth Gordon, ukrył starcie potężnych sił za parawanem walki o miano najlepszego gracza w historii najtrudniejszej gry arcade'owej lat 80'. Brzmi banalnie, ale wcale banalne nie jest.




Wyprodukowany w 1981 roku Donkey Kong był jednym z pierwszych przykładów nowego jak na tamte czasy gatunku gier, z którego później wyewoluowały tzw. platformówki. Była to zarazem pierwsza w historii koncernu Nintendo gra, w której pojawia się jej maskotka - ubrany w czerwony strój wąsacz o ogromnym nosie. Z początku nazwany Skoczkiem, po jakimś czasie został ochrzczony imieniem Mario i po dziś dzień jest rozpoznawalnym znakiem towarowym, nieodłącznie kojarzonym z grami spod znaku wielkiego "N". W grze, która szturmem zdobyła amerykański rynek, celem było uwolnienie ponętnej Pauliny z rąk tytułowego Donkey Konga - wzorowanego na King Kongu ogromniastego goryla o morderczym usposobieniu. Przed graczem postawione zostało zadanie odbicia tej pięknej dzierlatki z rąk rzucającego baryłkami, ognikami i innym ustrojstwem małpiszona. I jak to w zręcznościowych grach bywa, zadanie to do łatwych nie należało. Mało tego, Donkey Kong już od wielu lat uważany jest za jedną z najtrudniejszych gier w historii, w której rozgrywka często nie trwa dłużej niż minuta i nawet po wielu tygodniach ćwiczeń zwykły śmiertelnik może dotrzeć co najwyżej do poziomu trzeciego (!).




Znalazły się jednak osoby, które poświęcając znaczną część swojej młodości potrafiły wycisnąć z gry ostatnie soki. W 1982 roku, Billy Mitchell, amerykański nastolatek zafascynowany grami arcade, nie tylko doszedł dalej niż inni gracze, ale też doszczętnie ich zmiażdżył nabijając w Donkey Kongu niewyobrażalną jak na tamte czasy liczbę 874.300 punktów. Dość powiedzieć, że do czasu, kiedy padł pierwszy klaps filmu Setha Gordona w 2005 roku, jego rekord nie został pobity (tak, tak, przez 23 lata!) Mało tego! Dzięki swojemu wyczynowi, ze zwykłego nastolatka, Mitchell stał się rozpoznawalną postacią, a dla wielu innych wielbicieli arcade'ówek wręcz gwiazdą, z którą chcieli i wciąż chcą się fotografować, a której dotyk może się okazać dla nich błogosławiony. Samemu Billemu, za wyjątkiem firmowanego jego imieniem sosu do grilla sława wiele nie dała, a nawet go zepsuła. Niemniej jednak, być może dzięki aparycji Jezusa Chrystusa, po dziś dzień ma poważanie wśród zapatrzonych w ekrany automatów nastolatków.




Przez 23 lata niepodzielnego królowania w Donkey Kongu, Mitchellowi zaczęła do głowy uderzać sodowa woda. Co prawda pokazywał się publicznie, wciąż był postacią medialną, a w 1999 roku jako pierwszy człowiek w historii osiągnął perfekcyjny wynik w PAC-MANie (tę informację podali nawet w polskiej telewizji!) ale od momentu swojego wyczynu nikt tak naprawdę nie widział, jak pokonuję grę, która uczyniła go sławnym. Był mistrzem, ale tylko na papierze. Mistrzem, który stał się też twarzą reklamową klubu "Twin Galaxies", z czasem przeobrażonego w kilkuosobową instytucję gromadzącą rekordy z poszczególnych arcade'owych (ale i nie tylko) gier. Billy wszedł nawet w układ z sędziami, którzy faworyzując jego domniemane osiągi, dyskryminowali innych graczy, tak, aby jego rekord pozostał niepobity. Nikt się jednak nie spodziewał, że po tak wielu latach, znajdzie się wreszcie ktoś na tyle uczciwy i przede wszystkim na tyle wytrwały, aby wyzwać mistrza na pojedynek.




W 2003 roku, bezrobotny od jakiegoś czasu inżynier Boeinga Steve Wiebe, zaczął zagrywać się w gry arcade szukając pocieszenia po utracie intratnej posady. Przypadkiem natrafił na stronę "Twin Galaxies", na której przeczytał o osiągnięciu Mitchella z 1982 roku. Nie namyślając się długo, Steve postanowił zapisać się w annałach komputerowej rozrywki detronizując niepodzielnie panującego "Gracza Stulecia" w korespondencyjnym pojedynku. Każdej nocy, kiedy jego żona już spała, schodził do garażu, w którym stał automat z Donkey Kongiem i doskonalił swoją zręczność i pamięć, a także opracowywał strategię pokonania rzucającego beczkami goryla. Wszystkie swoje próby nagrywał na kasecie video. Wszystkie, łącznie z tą, w której pomimo utrudnień osiągnął wynik przekraczający milion punktów! Nie namyślając się długo wysłał kasetę do sędziów Twin Galaxies, którzy uznali jego osiągnięcie co momentalnie uczyniło ze Steve'a lokalną gwiazdą. W tym samym czasie, urażony i pozbawiony tronu król zaczął obmyślać chytry plan zamachu stanu... W ciągu kilkunastu następnych miesięcy, Billy i Steve stoczyli pełną najróżniejszych zwrotów i podstępnych zagrań bitwę, która trwa po dziś dzień. Walkę, o której opowiada film Gordona.




Tak z grubsza przedstawia się zarys fabuły jednego z najbardziej emocjonujących filmów dokumentalnych ostatnich lat. Dokumentu, który skupiając się na dramatycznym pojedynku dwóch troszkę zdziecinniałych mężczyzn o miano najlepszego według Księgi Rekordów Guinessa gracza, ukrywa pod pozornie błahym tematem prawdziwie uniwersalne prawdy. Prawdy o tym, co znaczy być ojcem, mężem i najprawdziwszym mistrzem. Prawdę o realnym wpływie władzy na istotę człowieczeństwa, a także o tym, że wytrwałość i dążenie do osiągnięcia postawionego sobie celu to przymioty cenniejsze od niejednego tytułu mistrzowskiego. Billy i Steve okazują się postaciami niezwykle ludzkimi, pomimo błahostek, jakimi się w rzeczywistości zajmują. Każdy z nich reprezentuje inny rodzaj człowieczeństwa, każdy z nich swoim jestestwem pokazuje jak bardzo różnić mogą się ludzie.




Dokument Gordona ma siłę oddziaływania nie mniejszą niż niejeden film fabularny, a scenariusz, który pisał się sam przez dwa i pół roku filmowania, jest po tysiąckroć lepszy niż niejeden warty miliony i pisany przez prawdziwych specjalistów skrypt. Półtorej godziny seansu, dzięki naprawdę wiarygodnym postaciom, poruszającym się w wiarygodnym środowisku, ale toczącym tak niewiarygodną i pełną zwrotów walkę, mija niezauważalnie. Niemała w tym zasługa montażystów, którzy z 350 godzin materiałów zmontowali kawał porządnego kina i jeden z najbardziej poruszających filmów nie tylko tego roku. Filmu, który ma do zaoferowania zaskoczenie, radość, smutek, gniew i pojednanie. Filmu, który docenią nie tylko zagorzali gracze, ale także osoby, które o przemyśle automatów do gier nie mają żadnego pojęcia. A dodatkowym atutem tej produkcji okazuje się też muzyka, doskonale znana i doskonale dobrana do poszczególnych scen, znakomicie podkreślając ich dramaturgię. Przykładem niech będzie "Lot Walkirii", który jawnie nawiązując do "Czasu Apokalipsy", znakomicie uzupełnia jeden z dokumentalnych twistów, jednocześnie w ironiczny sposób go podsumowując. Uśmiech na twarzy widza to rzecz nieunikniona.




Tak naprawdę, jedyne, co można zarzucić obrazowi, to długość, a raczej krótkość. Napisy końcowe pojawiają się niestety zbyt szybko i ogląda się je z ogromnym żalem. Przez te kilka chwil spędzonych na śledzeniu starcia dwóch ogromnych sił widz może tak bardzo zżyć się z bohaterami, że po seansie zapragnie dowiedzieć się czegoś więcej (m.in. z tego właśnie powodu powstała ta recenzja). Bo starcie dobra i zła, tak jak i pojedynek Steve'a i Billy'ego wykracza poza ramy czasowe tej produkcji. Wciąż trwa i rychło nie będzie mieć końca. W końcu dwie tak wielkie moce, bardziej się równoważą niż przezwyciężają, zupełnie jak w prawdziwym życiu. A życie, to mimo wszystko nie jest gra. Chociaż jakby nie patrzeć, bardzo grę przypomina.



THE KING OF KONG
A FISTFUL OF QUARTERS


Rok produkcji: 2007
Kraj: USA
Czas trwania: 79 minut

Reżyseria: Seth Gordon
Scenariusz: Życie

Obsada:
Billy Mitchell   .....on sam
Steve Wiebe   .....on sam
Walter Day   .....on sam


Autor recenzji:
Michał Fedorowicz - hOPS
Klub Miłośników Filmu
25.12.2007