UWAGA tekst zawiera niewielkie spojlery
Strange, isn't it? Each man's life touches so many other lives. When he isn't around he leaves an awful hole, doesn't he? *
Święta Bożego Narodzenia to jedyny w swoim rodzaju czas miłości, nadziei, dobroci i pokoju. Niemal każdy wytwór ludzkiej wyobraźni w jakikolwiek sposób z nimi powiązany gloryfikuje przytoczone wyżej wartości. Właściwie na palcach jednej ręki można policzyć te, które nieco inaczej podchodzą do tego najpiękniejszego okresu w roku ("Zły Mikołaj" czy komiks i fan-film "Lobo: Paramilitarne Święta specjalne"). Filmy nie stanowią tu wyjątku, - jeśli akcja toczy się w okolicach 25 grudnia, to zatryumfuje sprawiedliwość, a wszelkie spory zostaną zażegnane i wszystko kończy się najlepiej jak to tylko możliwe, obojętnie czy mamy do czynienia z kinem familijnym, (które z założenia posiada happy end), akcji czy nawet horrorem ("Gremliny" Joe Dantego). Dodatkowo nawet najbardziej naiwne i prostolinijne rozwiązania nie rażą, a wręcz wzmacniają cudowną atmosferę. Odnosi się wrażenie, że wszyscy wokół stają się odrobinę lepsi, mają w sobie trochę więcej ciepła i patrzą na świat życzliwszym okiem niż w pozostałe dni roku.
Przedmiotem żartów od kilku już lat jest emisja "Kevina samego w domu" i można chyba spokojnie powiedzieć, iż w Polsce przygody rezolutnego dzieciaka stanowią świąteczny klasyk i obowiązkowy punkt obchodów wraz z ubieraniem choinki i wigilijną kolacją. Innym "obrzędem" figurującym w ramówce stacji telewizyjnych stał się seans "Szklanej pułapki" (nie tylko w Polsce - Nostalgia Critic również umieścił ją w swoim rankingu). Te trzy obrazy (licząc oba Keviny) nierozerwalnie już wiążą się z Bożym Narodzeniem. Istnieje wiele filmów o podobnej tematyce (rewelacyjny "W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju"), niektóre bardziej znane, inne mniej, jednakże jakimś dziwnym trafem jedna z najcudowniejszych świątecznych produkcji praktycznie w ogóle nie jest kojarzona w naszym nadwiślańskim kraju (mówię tutaj o "zwykłych" zjadaczach chleba, nie o miłośnikach celuloidu, bo ci zapewne o tym wspaniałym tytule przynajmniej słyszeli). Natomiast na świecie, a szczególnie w Stanach Zjednoczonych, określa się ją już nawet nie mianem kultowej, ale wręcz dobrem narodowym. I trudno się dziwić, bowiem opisywany obraz to nie tylko gloryfikacja Świąt - to również Arcydzieło w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mowa oczywiście o "To wspaniałe życie" Franka Capry.
Od lat zwyciężający, bądź zajmujący czołowe miejsca we wszelkich rankingach film Capry słusznie nosi miano najbardziej inspirującego dzieła w historii kina. Wszelkie inne tytuły mające podobne zadanie, jak na przykład świetny "Buntownik z wyboru" czy "Rocky", czerpią pełnymi garściami z nakręconej w 1946 roku opowieści o George'u Baileyu (James Stewart). Dużą część filmu stanowi retrospekcja, w której ukazano najważniejsze epizody z życia George'a - poznajemy go w chwili, gdy jako młody chłopiec ratuje swojego młodszego brata przed utonięciem w przeręblu. Później zostają nam przedstawione kolejne ważne wydarzenia, aż do Wigilii roku 1946, kiedy to wracamy do filmowej teraźniejszości.
Przez wszystkie lata swojego życia Bailey postępował w sposób, który czyni z niego Dobrego Człowieka. Jako jedyny skutecznie przeciwstawiał się wrednemu i zgorzkniałemu Potterowi, dążącemu do wykupienia całego Bedford Falls - właściwie tylko przynosząca skromne dochody firma George'a oparła się finansowemu imperium jeżdżącego na wózku magnata. Kosztowało to bohatera mnóstwo wyrzeczeń - został zmuszony do rezygnacji z wielu swoich marzeń tylko po to, aby innym, często obcym ludziom wiodło się lepiej. Jak idealiści mają w zwyczaju, robił to, co uważał za słuszne i mimo, iż czasem zastanawiał się nad swoimi wyborami, to jednak nigdy nie zboczył z raz obranej drogi. Aż do wspomnianej Wigilii, gdy pewne nieszczęście sprawia, iż wątpliwości z powodzeniem spychane przez lata na bok, nagle kumulują się i wybuchają - Bailey zaczyna kwestionować wszystko, włącznie z sensem własnego urodzenia.
Każdy z nas czasem zadaje sobie pytanie, jaki mamy wpływ na innych ludzi i co by się stało, gdybyśmy się nie urodzili. George, dzięki wstawiennictwu bliskich mu ludzi, dostaje odpowiedź na to pytanie. Przekonuje się, na jak wiele losów, miał swoim postępowaniem wpływ, ile szczęścia uczynił oraz ile uśmiechów wywołał. Ujrzawszy na własne oczy całe uczynione przez te wszystkie lata dobro, dostrzega jasno i wyraźnie, co ma dla niego samego największą wartość. Idylliczne, zasypane śniegiem Bedford Falls w starciu z koszmarnym, pełnym spelunek i podejrzanych barów Pottersville przekonuje George'a, że jego decyzje miały o wiele głębszy sens i o wiele dalej idące pozytywne konsekwencje, niż można by oczekiwać. I choć Bailey nie posiada majątku, to tak naprawdę jest najbogatszym człowiekiem w Bedford Falls. W momencie, gdy sobie to uświadamia, odzyskuje radość i chęć życia.
"To wspaniałe życie" przekazuje bardzo prostą, wręcz elementarną lekcję, którą wpaja się dzieciom od najmłodszych lat - dobre uczynki wracają do nas. Może nie od razu, może dopiero po latach w najmniej oczekiwanej chwili, ale wracają. Główny bohater nie jest żadnym wybrańcem ani wyjątkową jednostką. To zwykły człowiek, z którym każdy widz się błyskawicznie identyfikuje. Jego życie składa się z różnych chwil - wesołych i smutnych, małych sukcesów i pokonywania kłód rzucanych przez los pod nogi. Jedyna cecha odróżniająca Baileya od innych to ogromny altruizm. Altruizm, który nie przyniesie korzyści materialnych, ale coś znacznie cenniejszego - sprawi, iż życie stanie się wspaniałe. I to nie tylko życie George'a i jego najbliższych, ale całego miasta. Umiejscowienie czasu akcji w okolicach Bożego Narodzenia potęguje hurraoptymistyczną i ciepłą wymowę filmu, pozwalającą wierzyć w życzliwość ludzką i z nadzieją patrzeć na otaczający nas świat. Magiczna atmosfera Świąt tworzy doskonałą mieszankę z przedstawionymi na ekranie zdarzeniami, wzbogacając i uwypuklając najprostsze z możliwych, ale i najważniejsze przesłanie filmu.
Obraz Franka Capry zawiera cząstki wzięte z różnych gatunków - znajdziemy tu elementy komedii, dramatu, wątki obyczajowe, a nawet motyw fantasy. Zostały one zmieszane dając w efekcie cudowny miszmasz do złudzenia przypominający prawdziwe życie. To zapewne jedna z przyczyn, dla którego naprawdę trudno znaleźć głosy krytyczne pod adresem "Tego wspaniałego życia". Film ten najlepiej określić mianem uniwersalnego - poruszone w nim sprawy będą aktualne aż do końca świata. Pewnie, że wiele rzeczy zostało uproszczonych, a końcówka to przewidywalny, słodki cukierek polany lukrem, ale właśnie w tym też tkwi urok produkcji. Od samego początku widz kibicuje George'owi, chce by mu się udało. A ponieważ dostaje to, czego się spodziewał - wygrały Dobro, Sprawiedliwość i Życzliwość - przepełnia go optymizm, chęć bycia lepszym. W gatunku tzw. "feel-good movie" nie ma lepszej propozycji i nie zanosi się na to, by w najbliższym czasie się pojawiła.
Opisywany tytuł miał i nadal ma ogromny wpływ na popkulturę - cytowano go w dziesiątkach innych filmów, porównywano do "Opowieści wigilijnej", parodiowano (między innymi w "Świecie według Bundych") i niemalże w każdym świątecznym obrazie gdzieś na drugim planie pojawia się z niego kadr (na przykład "Kevin sam w domu" czy "W krzywym zwierciadle: Witaj Święty Mikołaju"). Już samo to pokazuje, jak ogromną estymą otacza się "To wspaniałe życie" za Wielką Wodą. Aż dziw, iż w Polsce próżno szukać filmu na antenie stacji telewizyjnych. Wprawdzie monopol posiada znęcający się nad dwójką złodziei chłopiec, ale na pewno znalazłoby się miejsce dla losów George'a Baileya.
Historia powstania scenariusza przedstawia się dość nietypowo. Pierwowzorem stało się opowiadanie "The Greatest Gift" Philipa Van Doren Sterna. Stern, zainspirowany snem, napisał tekst w 1943 roku. Nie znajdując wydawcy, wydrukował go w 200 egzemplarzach i posłał do swoich znajomych w charakterze prezentu gwiazdkowego. Egzemplarz trafił do producenta z firmy RKO Pictures, który z kolei pokazał go Cary'emu Grantowi. Aktor chciał zagrać główną rolę. Kilku scenarzystów pracowało nad adaptacją i koniec końców trafiła ona w ręce Franka Capry. Reżyser postanowił zrealizować i wyprodukować film o życiu George'a Baileya.
Właściwie cały ciężar spektaklu spoczywa na barkach Jamesa Stewarta, jednego z ulubionych aktorów Ameryki. Trzeba przyznać, że Stewart udźwignął brzemię i stworzył postać głównego bohatera z wdziękiem i klasą. Aż miło patrzeć na brylującego na ekranie Baileya. Charyzma odtwórcy i jego aparycja typowego Amerykanina klasy średniej sprawiają, iż w gruncie rzeczy jednowymiarowy bohater nabiera pewnej głębi i wcale nie jest mu łatwo porzucać swoje marzenia w imię jakichś idei. Widać to doskonale w kilku scenach - na przykład, gdy Bailey zastanawia się przez chwilę czy nie przyjąć łapówki czy też gdy dowiaduje się, iż kolejny raz nie będzie mógł udać się w wyśnioną podróż. Momenty te urealniają protagonistę obrazu Capry. Spośród pozostałych wykonawców chciałbym zwrócić uwagę na Anioła Drugiej Klasy Clarence'a (Henry Travers) i głównego bohatera negatywnego - Pottera (Lionel Barrymore). Anioł w wykonaniu Traversa to dobroduszny, opanowany wysłannik Niebios, który spokojnie i z cierpliwością stara się pokazać Bailey'owi jak cudowny dar otrzymał. Jego łagodny uśmiech stanowi doskonałą odpowiedź na argumenty i wściekłe miotanie się George'a. Potter z kolei to zły do szpiku kości biznesman. Ani przez chwilę widz nie ma wątpliwości, że ten wstrętny, odrażający typ ma destrukcyjny wpływ na wszystko wokół. Obydwaj bohaterowie nie zostali w żaden sposób przeszarżowani, a motywy za nimi stojące są jasne i oczywiste.
Łatwo się z powyższego tekstu zorientować, iż niżej podpisanego "To wspaniałe życie" urzekło. Święta to wspaniały okres w roku, a ciepłe i optymistyczne Arcydzieło Capry idealnie wpasowuje się w magiczną otoczkę końcówki grudnia. Jednak zawarta w obrazie myśl jest na tyle uniwersalna, iż oglądałoby się go równie dobrze w środku lata. Jeśli istnieją produkcje potrafiące zmienić czyjś stosunek do świata, sprawić by nabrało się radośniejszego podejścia do życia i zainspirować, to film Capry stanowi ich najlepszy przykład. Próżno szukać drugiego tak ciepłego i wdzięcznego tytułu zachowującego świeżość od dziesiątków lat. Zapewne znajdą się tacy, którzy przyczepią się do naiwnego zakończenia, banalnego w gruncie rzeczy przesłania i relatywnie nieskomplikowanej historii, ale czy to naprawdę konieczne? Capra pokazał widzom, o co właściwie chodzi w Bożym Narodzeniu (przynajmniej według mnie) i w życiu w ogóle:, aby rozejrzeć się dookoła i móc z pewnością w głosie powiedzieć, iż "jeśli ma się przyjaciół, nie można być przegranym". Wtedy, bez żadnych wątpliwości tytuł "To wspaniałe życie" przestanie stanowić zaledwie zlepek słów, a stanie się stwierdzeniem.
"Merry Christmas, movie house! Merry Christmas, Emporium! Merry Christmas, you wonderful old Building and Loan!" **
* - Dziwne prawda? Życie człowieka ma ogromy wpływ na losy innych. Gdy go nie ma,
pozostaje po nim okropna pustka, nieprawdaż?
** - Wesołych Świąt kino! Wesołych Świąt sklepie! Wesołych Świąt moja kochana firmo!
To wspaniałe życie
It's a Wonderful Life
reżyseria - Frank Capra
scenariusz - Albert Hackett, Jo Swerling, Michael Wilson, Frances Goodrich, Frank Capra
zdjęcia - Joseph F. Biroc, Joseph Walker
muzyka - Dimitri Tiomkin
montaż - William Hornbeck
czas projekcji - 130 minut
kraj - USA
rok produkcji - 1946
wystąpili:
James Stewart (George Bailey)
Donna Reed (Mary Hatch)
Lionel Barrymore (Potter)
Henry Travers (Clarence)
Autor recenzji: Piotr Żymełka - DIRK | Klub Miłośników Filmu, 23 grudnia 2009
Obróbka: Piotr Żymełka - DIRK