Tokijska opowieść
Niech stanie się jasne już na samym początku: podejmuję się oceny tego filmu w celu czysto propagandowym. "Tokyo Godfathers" to dziełko, które ewidentnie znalazło dobry czas w moim repertuarze anime. I chociaż koło trzeciego pełnometrażowego filmu Satoshi Kona przeszłam najbardziej obojętnie - bo ani nie jest to historia tak zakręcona, jak "Perfect Blue", ani tak doskonale wyważona jak "Millennium Actress", powalająca wizualnie jak przepiękna
"Paprika"
czy irytująca i intrygująca na przemian jak seria "Paranoia Agent" - "Tokyo Godfathers" to film, który zostawia coś po sobie. Nie wzrusza w gruncie rzeczy, nie dotyka - ale skupia jak w soczewce cechy japońskiej animacji, które w dużej mierze odpowiadają za sukces anime, niepowtarzalność, wyjątkowość kreskówek z Kraju Kwitnącej Wiśni. I to na gruncie wypranym z fantastyki.
W "Tokyo Godfathers" mamy do czynienia z wieloma motywami, które cyklicznie powtarzają się w filmach Satoshi Kona, jednak, w przeciwieństwie do wymienionych powyżej filmów tego reżysera, ta historia zostaje osadzona w świecie realnym, i nie posiłkuje się ani retrospekcjami wkraczającymi w teraźniejszość, ani logiką snu. To prosta opowieść o dojrzewaniu i odkupieniu, podjęciu odpowiedzialności. Trójka bezdomnych znajduje na śmietniku płaczące niemowlę - i postanawia się nim (a raczej nią) zaopiekować. Śledztwo, mające na celu odnalezienie rodziców dziewczynki, sprawia, że "Tokyo Godfathers" subtelnie zahacza o konwencję kryminału. Ale nie tylko; wystarczy spojrzeć na bohaterów tej przypowieści. To postaci z dramatu społecznego - zbyt mało groteskowe na zwykłą farsę, zbyt "inne", by nie zwrócić na nie uwagi. Gin to alkoholik uciekający od odpowiedzialności, wcielenie szarego menela. Ale towarzyszą mu Miyuki, dziewczyna, która uciekła z domu, i Hana, transwestyta marzący o macierzyństwie. Każde z nich spiera się z problemem tożsamości, każde z nich coś porzuciło, każde jest zrezygnowane. I w tym momencie pojawia się ono - dziecko. Satoshi Kona operuje prostą symboliką, ale czyni to bez przesady, ze specyficzną dla Japończyków delikatnością. "Tokyo Godfathers" nie razi więc nagromadzeniem nieprawdopodobnych przypadków, bo to przecież metafora; niemowlę zesłane bohaterom w dzień wigilijny, kiedy wokoło wszyscy się radują, a oni - Gin, Hana i Miyuki - czują się jeszcze bardziej samotni, jeszcze bardziej wyniszczeni - nie jest przypadkiem, jest darem od Boga. Brzmi to banalnie, lecz banalne bynajmniej nie jest, a co do skumulowania tylu nieprawdopodobnych wątków, to dodam jeszcze, iż wytarte już hasło konwencji jest tu jak najbardziej na miejscu. Po prostu - nie przeszkadza; jest logicznym następstwem. To cudowność Bożego Narodzenia. To błogosławieństwo.
"Tokyo Godfathers", jako przypowieść, ma morał, ale podany - powtórzę znowu - z zadziwiającą lekkością. Wyobraźcie sobie teraz postaci Satoshi Kona przeniesione w świat fabularny, nie daj Boże przełożony na amerykańską dosłowność i tamtejszy optymizm, lub też przyciężkawe klimaty europejskie. Cóż takiego jest w japońskiej kresce, że akceptuje ona zarówno najprostsze, jak i najbardziej zakręcone opowieści? Bohaterowie wypowiadają tu kwestie, które same w sobie - zapisane na kartce papieru lub powtórzone w myślach - trącą pretensjonalnością, jak słabe haiku drażniące europejską wrażliwość. Ale w filmie nie brzmi to źle. Po prostu jest - naturalne, zwyczajne. Kilka lat temu, podczas moich pierwszych kontaktów z anime, sądziłam, iż naturalność owych kwestii wynika z egzotyki odkrywanego medium. Ale nie. Tkwi w tym coś więcej. Nie można tego określić. Może animacja sama w sobie bierze historię w cudzysłów? Nie podoba mi się to wytłumaczenie. Lecz faktem jest, że "Tokyo Godfathers" nie drażnią, choć powinni drażnić. Satoshi Kona opowiada historię urokliwą i uspokajającą. To jego najsłabszy pełnometrażowy film - ale wciąż film warty zobaczenia.
I na koniec pokuszę się o pewną refleksję, którą zapowiedziałam już w pierwszym akapicie tej recenzji. To rzecz dotycząca traktowania anime w ogóle. Czy dla widzów, których nie urzekają ani baśnie Miyazakiego, ani epicka japońska fantastyka (od klasycznych serii formatu
"Cowboy Bebop"
po wielopoziomowe konstrukcje
"Ghost In The Shell"),
filmy takie jak ten mogą stanowić okazję do zapoznania się - i przekonania - do piękna japońskiej animacji?
Z podziękowaniem dla Karola, bez którego tekst by nie powstał ;)
|
 |
TOKYO GODFATHERS
Rok produkcji: 2003, Japonia
Czas trwania: 92 min.
Reżyseria: Satoshi Kon
Scenariusz: Satoshi Kon, Keiko Nobumoto
Muzyka: Keiichi Suzuki, Moonriders
Montaż: Takeshi Seyama
Rysunki: Nobutaka Ike
Głosy podkładali:
Toru Emori (Gin), Aya Okamoto (Miyuki), Yoshiaki
Umegaki (Hana), Shozo Izuka (Oota), Seizo Kato
(matka), Hiroya Ishimaru (Yasuo), Ryuji Saikachi
(starzec), Yusaku Yara (ojciec Miyuki), Kyoko
Terase (Sachiko), Mamiko Noto (Kiyoko, córka Gin)
|
 |
|
 |
Autor recenzji: Klara Kukowska - ARTEMIS
|
Moja ocena: brak |