Strona główna KMF

O CZYM TAK NAPRAWDĘ JEST "Traffic"?


    Spotkałem sie z wieloma opiniami, że to znakomite dzieło Stevena Soderbergha jest wyjątkowo pesymistyczne i nie pozostawia miejsca na żadną nadzieję. O ile można reżysera podejrzewać o skrupulatny realizm i konkretny obraz sytuacji, o tyle na pewno nie można mówić, iż widz wychodzi z kina bez chociażby iskierki nadziei. Dla mnie ten film ma dwa wyjątkowo istotne przesłania, z których z jednym zgodzi się chyba każdy, ale do drugiego na pewno szereg osób będzie miało wątpliwości, przez co narażę się na ataki, ale przecież o to chodzi w krytyce.

    Twórcom filmu udało się przedstawić problem narkotyków jako coś z czym nie sposób walczyć na jednej płaszczyźnie. Nie wystarczy wysłać policjantów (o ile w ogóle jest sens, ale o tym zaraz), tylko trzeba przeciwdziałać temu zjawisku od zarodka. Charakterystyczna i wymowna jest końcówka filmu, która bądź co bądź pozostawia nadzieję - to scena, w której Javier Rodriguez (wprost fenomenalna rola Benicio Del Toro) obserwuje małych chłopców grających w baseball na nowo wybudowanym stadionie. Mniej więcej w połowie filmu, Javier (który jest meksykańskim policjantem) prowadził rozmowę z przedstawicielami rządu amerykańskiego, pragnącymi mu się odwdzięczyć za niezbędne informacje na temat kartelu narkotykowego. Ten nie mówi ani o karabinach, ani kontrolach. Nie wspomina nawet o finansowaniu akcji policyjnych. On chce "wybudować boisko". "Wasze amerykańskie dzieci mogą grać w piłkę, bo mają boisko i możliwości, a nasze tego wyboru nie mają". Tym treściwym zdaniem policjant, który zarabia na policyjnej walce z kartelami, przekonał mnie w 100%, że z narkomanią walczy się w inny sposób - nie likwidując dostarczyciela i producenta, ale próbując likwidować POPYT na tę XX-wieczną zarazę. Stąd też uważam, że film zostawia nadzieję - Javier jest świadkiem zmian. Na jego oczach dochodzi do jakiejś pełzającej ewolucji, która przynosi dobre myśli na dzień jutrzejszy. Najpierw ktoś chce kupować narkotyki, a dopiero później ktoś je produkuje. Jeśli zaczniemy likwidować kartele (z którymi nie sposób walczyć, ale o tym za chwilę), to pozostanie cała rzesza klienteli. Natomiast jeśli podejmiemy działania, które opierają się na odwrotnym rozumowaniu, to marginalizując kupujących, zaczniemy niwelować sprzedających, a największym ciosem dla tych będzie nie wysadzenie w powietrze ich fabryki w Pcimiu Dolnym, ale zabranie im młodych uzależnionych ludzi. Przecież nikt nie walczy z alkoholizmem zabraniając sprzedaży alkoholu! Z pewnością to by nie pomogło i spożycie zapewne by nie spadło.



 



     Traffic to ruch uliczny. Traffic to tłum ludzi zaangażowanych w jakąś operację; w proces, którym w przypadku tego filmu jest handel narkotykami. Widz ma okazję zetknąć się z każdym ogniwem tego przestępczego procederu; od producenta z Meksyku, przez amerykańskiego pośrednika, drobnego handlarza, żeby finalnie trafić do uzależnionej nastolatki, prostytuującej się w zamian za towar. Film Soderbergha boli. Po prostu boli, bo obnaża mit skutecznej walki z narkomanią przez wypowiadanie wojny kartelom. Esencję przesłania filmu stanowią wypowiedzi Miguela Ferrera, który gra jednego z przemytników schwytanych przez FBI i namówionych do zeznawania przeciwko narkotykowej mafii. Bez przerwy podłamuje policjantów mówiąc, że pewnie zginie i jego dni są policzone. Zauważa, że niedługo w ramach porozumienia o wolnym handlu, ciężarówki z prochami będą przejeżdżać przez granicę bez kontroli. Wyśmiewa wręcz wydawanie ogromnych rządowych sum na agencje do walki z przestępczością zorganizowaną (ma tutaj na myśli konkretnie przemysł narkotykowy), bo choćby nie wiadomo jak astronomiczne sumy by na to wykładać, to i tak nie ma to porównania z budżetem mafii, a dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta - to drugie to działalność dochodowa, przynosząca zyski; zwiększająca na każdym kroku możliwości inwestowania w nowe technologie, samochody, broń i sprzęty komputerowe do łamania zabezpieczeń. Jednak najbardziej boli coś innego - wypowiadając wojnę jakiemuś kartelowi narkotykowemu, rząd zawiera niepisaną umowę z drugim kartelem. To tak jakby zamykać fabryki Pepsi - czy to ma zmniejszać spożycie Coli? Oczywiście, że nie - to przecież ewidentna pomoc Coca-Coli i ulepszanie im biznesu. Tak właśnie interpretuje te działania Miguela Ferrera i uznaje politykę rządów za świadome lub nieświadome postępowanie na korzyść konkurencji zwalczanego kartelu. Policja wpada i zamyka fabrykę. Zgarnia i puszkuje chemików; osądza mafiosów i chełpi się brawurowymi akcjami. A gdzieś tam w tle, cieszą sie opryszki z innych okolic, ponieważ oznacza to dla nich zwiększenie rentowności ich produkcji.



 



    Po tym jak obejrzałem "Traffic" nie ogarnia mnie entuzjazm, gdy w Teleexpresie pojawia się wiadomość o złapaniu producentów amfetaminy. Bo oznacza to, że ktoś inny zaczyna robić na tym biznes, poza tym może wzrosnąć cena przez trudności z prowadzeniem tego typu "działalności gospodarczej", nie mówiąc już o samych ofiarach, dla których nie gra to absolutnie żadnej roli, a oznacza to co najwyżej szukanie różnych sposobów na zdobycie pieniędzy z powodu wzrostu cen. To z kolei rodzi kolejne patologie. Jest jeszcze jedna strona, która zyskuje - wyspecjalizowane agencje, trudniące się ściganiem gangów. Doją one pieniądze podatnika praktycznie tylko po to, żeby móc się pochwalić przed kamerami, że spisały się niczym filmowi "Policjanci z Miami". Być może w Polsce ta sytuacja jest na znacznie mniejszą skalę niż np. w USA, gdzie coraz więcej dziennikarzy staje w obronie organizacji typu MONAR, które twierdzą, że potężne sumy można oddać do ich dyspozycji, bo oni wydadzą lepiej dolary i przyczynią się bardziej do zmniejszenia liczby uzależnionych niż policja. Doskonale obrazuje nam to postać sędziego granego przez Michaela Douglasa, który stojąc przed dziennikarzami ma usta pełne frazesów o walce z narkomanią, po czym załamany oświadcza publicznie, że nie ma na to siły, bo jego córka jest uzależniona. Poświęca się zatem dla rodziny, ale ma to też inny wydźwięk - prawdziwa walka to pomoc uzależnionym, a nie zabawa w ściganie przestępców.



 



     Traffic nie tylko boli, ale przeraża, bo burzy całą naszą logikę. Niech każdy z nas zada sobie pytanie: "Co jest celem w walce z narkotykami?". Odpowiedź jest prosta - ochrona obywateli i ich dzieci przed konsumowaniem tego świństwa. Oglądając "Traffic" dochodzimy do wniosku, że nastąpiło pomieszanie priorytetów i głównym celem staje się sama walka zamykająca się w kręgu policja-mafia, w którym gdzieś pośród tego gąszczu kręcą się skorumpowani policjanci i podstawiani informatorzy, którzy wkręcają się jako szpiedzy w organizacje przestępcze. To walka dla samej walki - przez takie działanie na pierwszy plan wysunęły się kłopoty związane z przestępczością. Problem narkotyków obRÓSŁ zupełnie innym problemem, który go po prostu przeRÓSŁ. Istotne stało się nie pomaganie poszkodowanym, ale tępienie produkcji i tego, kto na tym zarabia. Tak mniej więcej wygląda obraz traffica, nieustającego ruchu ulicznego, który zaczyna swój bieg w innym miejscu niż myśli rząd.



 



     Jednak to jeszcze nie koniec koncepcji Miguela Ferrera - przeprowadza on w pewnym momencie bilans. Na początku, jak wcześniej pisałem, na podstawie prostych obserwacji, podsumowuje akcje policyjne - "są bezcelowe". Nie zmniejsza się liczba uzależnionych, ponieważ nie ma ona absolutnie żadnego związku z osią policja-kartele. Następnie stwierdza, że takie postępowanie łatwo czyni z ludzi młodych przestępców i dealerów - podobną mamy sytuację w Polsce - kiedy 18-latek sprzeda koledze marihuanę ląduje w więzieniu na kilkanaście miesięcy (o stalinowskim prawie, że za posiadanie na własny użytek też grozi wyrok, to już nie wspomnę). W wyniku tego wykształca się z problemu (narkomanii) zupełnie nowa, ale za to potężniejsza i groźniejsza płaszczyzna (mafia). Doprowadza to do dwutorowości, a w konsekwencji do oddzielenia się tych dwóch elementów, z których każdy podąża swoim śladem. Z tym, że walkę podejmuje się z rzeczą niebezpieczniejszą i bardziej widoczną (przez swoją dotkliwość) i stąd się bierze pomylenie priorytetów. Celem samym w sobie jest walka z kartelem, a na bok zostaje odstawiona kwestia chorych. Na sam koniec świadek uderza brutalną prawdą jednego z policjantów odwołując się do jego osobistych przeżyć; przypomina mu, że gdyby nie ta "zabawa w kotka i myszkę" zwana "walką z mafią", to żyłby jego partner, z którym policjant był bardzo związany.

   Dlatego właśnie ten film nas boli, bo obnaża nasze metody powstrzymywania groźnego zjawiska. Steven Soderbergh skompromitował powyższą logikę myślenia, obnażając skrupulatnie i dokładnie jej nieskuteczność, ale zarazem ogromną szkodliwość! A to z kolei wyjaśnia dlaczego ten film nas przeraża, bo nasze metody nie tylko są bez sensu, ale są szkodliwe. Polityka walki z kartelami oprócz tego, że jest bezowocna, niesie za sobą znacznie większe szkody. Kryminalizuje proceder trafficu, sprowadza go do podziemia, angażuje młodzież w organizacje przestępcze, utrudnia walkę z nałogiem i naraża życie policjantów, do tego jeszcze stanowiąc dobre podłoże pod korupcję oraz kosztowny rozrost biurokracji.

   Co zatem należy uczynić? Jak należy postępować i jakie wprowadzić rozwiązania prawne? Oczywiście reżyser nie udzielił nam bezpośrednio wskazówek i nie powiedział jasno, jakie posunięcia należy zaplanować. Film to paradokument, kręcony ręczną kamerą (wzorowany na "Szeregowcu Ryanie" - momentami mogą boleć oczy), opisujący wycinkowo (tutaj przychodzi na myśl forma "Magnolii") poszczególne części układanki - traffica, której trzonem są osoby uzależnione. Powoli jednak ta nadbudowa, jaką jest konflikt grup przestępczych i organów ścigania wychodzi na prowadzenie - dla mnie recepta jest tylko jedna. Legalizacja narkotyków. Już widzę tłumy osób bombardujące mnie i moją koncepcję, która nie doczekała się realizacji w żadnym cywilizowanym kraju. Prawdopodobnie sam Steven Soderbergh zaatakowałby mnie i mój pomysł, uznając go za zbyt radykalny. Jednak to jest jedyna myśl, jaka mogła mi przyjść do głowy, po oglądnięciu "Traffica".



 



   Dla mnie jest to jeden z najważniejszych filmów lat 90-tych (łącznie z przełomem na XXI wiek) i nie tylko dlatego, że to nowatorskie dzieło, gdyż nie opowiada o szaleńczej krucjacie idealisty policjanta (jedynego nieskorumpowanego), który wypowiada wojnę gangom, a na końcu filmu wygrywa. To czysty realizm - niby pusty jak wydmuszka, bez morałów, ocen i komentarza. Wszystko pozostaje w rękach widza. Ten film to dobry punkt wyjścia do dyskusji na temat legalizacji narkotyków. Jestem osobą, która nie znosi narkomanii, która się jej boi. Przeraża mnie to, że w przyszłości moje dzieci będą mogły bez problemów zdobyć prochy (a nawet łatwiej niż alkohol!). Jeszcze rok temu broniłem się odruchowo, mówiąc - NIE! Żadnej legalizacji - trzeba z tym walczyć i już; jednak później, kiedy zacząłem się zastanawiać nad tym, sprawdzałem sumy przeznaczane na walką z kartelami i na pomoc uzależnionym - w USA te statystyki są tragiczne. Po oglądnieciu "Traffica" upewniłem się, że legalizacja to klucz do dekryminalizacji handlu narkotykami. Oznacza to, że wielu młodych ludzi nie wpadnie w konflikt z prawem (handlarze, dealerzy, transport, przemyt), upadną kartele, bo wszystko będzie legalne, więc ten biznes już nie będzie się opłacał mafii (na marginesie zakaz handlu jest na rękę gangom - pewnie opłacaliby parlamentarzystów za tym, żeby głosowali przeciwko legalizacji!), to z kolei umożliwi kontrolowanie ilości narkotyków i zmniejszy liczbę zatruć, czy też przedawkowań (ludzie w ogóle nie znają mocy prochu, który stosują). Uchroni się policję przed syzyfową pracą i jednocześnie oszczędzi się publiczne pieniądze, nie mówiąc o zagrożeniu życia wielu osób - mam na myśli tych, którym grozi śmierć, a nie biorą narkotyków. Jak widać są to same plusy - oczywiście nie zmieni się liczba chorych i cierpiących, ale przynajmniej wszystko wyjdzie na światło dzienne i łatwiej będzie leczyć tych ludzi, chociaż oczywiście nie łudzę się, że w tej kwestii będzie dużo lepiej. Zostanie sam trzon, ale przynajmniej zniknie traffic. Może inaczej - traffic zmieni formę, a walczyć się będzie z samym trzonem, bo przecież o to chodzi. Legalizacja narkotyków? Brzmi strasznie. Ale czy np. delegalizacja butaprenu zmniejszyłaby liczbę osób wąchających klej? A czy delegalizacja kija bejsbolowego doprowadza do zmniejszenia liczby pobić przy użyciu tego narzędzia?


    "Traffic" jest jednym z nielicznych filmów, które zmusiły mnie do głębszej refleksji. Ta krótka praca to próba streszczenia odczuć, jakie towarzyszyły mi po obejrzeniu tego filmu. Mam nadzieję, że dla niektórych będzie to dobry punkt wyjścia do zastanowienia się nad własnymi poglądami. No i oczywiście zwiększy apetyt na to wspaniałe dzieło Stevena Soderbergha; słusznie nagrodzonego Oscarem.


AUTOR TEKSTU:
Mateusz Nowak - HEZEKAJA
      hezekaja@poczta.onet.pl
FOTO: HUNTER