TRANSFORMERS: THE HEADMASTERS



Kontynuacja klasycznej amerykańskiej kreskówki... w japońskim wydaniu


Amerykańska, pierwsza generacja Transformerów zakończyła się na liczącym zaledwie trzy odcinki czwartym sezonie. Była to jedna historia zatytułowana "Rebirth", w której przedstawiono sporo całkiem nowych postaci, w tym tzw. "headmasterów" i "targetmasterów" - czyli roboty, połączone z mieszkańcami planety Nebulos, transformującymi się w ich głowy oraz broń. Postacie te pojawiały się również w komiksach, w których odegrały większą rolę. Natomiast nie dane im było zrobić tego samego w serialu, którego produkcji zaprzestano. Jak się jednak okazało, Japończykom mało było amerykańskich Transformerów, więc zabrali się za tworzenie własnej kontynuacji. Powstały serie takie jak "Masterforce", "Victory" czy też będąca bezpośrednią kontynuacją amerykańskiego sezonu 3, pierwsza z japońskich serii - "Headmasters". Warto w tym miejscu zaznaczyć, że kiedy powstawała omawiana seria, w Japonii nie był jeszcze znany film pełnometrażowy będący wstępem do sezonu 3, dlatego też pojawiają się pewne nieścisłości, jak na przykład wystąpienie w "Headmasters" Transformerów, które teoretycznie powinny być martwe. Kolejna istotną sprawą jest fakt całkowitego pominięcia przez Japończyków wszystkiego, co się wydarzyło w trzech odcinkach czwartego sezonu amerykańskiego, którego również w Japonii nie pokazywano. Zupełnie inaczej przedstawiono tytułowych "władców głów" - w serii japońskiej są oni małymi robotami pochodzącymi jak reszta Transformerów z planety Cybertron, które podczas pobytu na planecie Master zbudowały sobie większe ciała i kontrolują je, transformując się w ich głowy. W pierwszym odcinku Headmasters wkraczają na arenę wydarzeń: w sam środek wielkiej bitwy pomiędzy siłami szlachetnych Autobotów i złych Decepticonów.


   


Po przetrwaniu wesołej, japońskiej pioseneczki podczas intra (która z każdym kolejnym odcinkiem wydawała mi się coraz mniej irytująca, aż w końcu ją polubiłem) trafiamy na ojczystą planetę Transformerów, gdzie już za chwilę rozpęta się piekło. Fani z radością witać będą pojawiające się na każdym kroku znane i lubiane postacie (Optimus Prime, Jazz, Hot Rod, Galvatron i wielu innych), żeby nie było jednak zbyt dobrze, pojawia się też oczywiście niezwykle irytujący duet: Daniel i Wheelie. W ciągu trzech pierwszych odcinków dzieje się naprawdę wiele (a w kolejnych niewiele mniej), w zasadzie mamy tu niemal nieustającą akcję, a wszystko to narysowane w stylu zbliżonym bardziej do amerykańskich serii, niż do typowego anime. Typowe dla japońskich kreskówek dziwne czy śmieszne zachowania postaci co prawda się zdarzają, ale naprawdę rzadko. Muszę też stwierdzić, że rysunki są tutaj zdecydowanie lepsze niż to, co prezentowały ostatnie dwa ostatnie amerykańskie sezony - szkoda tylko, że w dalszych odcinkach sytuacja pod tym względem nieco się pogorszy. Trochę gorzej ma się natomiast warstwa dźwiękowa serialu, zwłaszcza jeśli ktoś przyzwyczajony do oryginalnych głosów z amerykańskich serii nie będzie mógł się znieść Transformerów gadających po japońsku. Istnieje co prawda również angielski dubbing, jednak nie jest on wykonany profesjonalnie, a jego jakość pozostawia naprawdę wiele do życzenia (osobiście wolę już japońskie głosy + napisy). Zasadniczo można jednak powiedzieć, że seria zachowała sporo z klimatu oryginału.


   


Niestety obok zalet takich jak dobre rysunki, klimat i stare postacie, seria ma też swoje wady, o których wypadałoby napisać parę słów. Uprzedzam z góry, że tyczą się one fabuły, tak więc będzie nieco spojlerów. Sprawa pierwsza: postacie. Sytuacja ma się mniej więcej tak: dobra wiadomość - "będziesz żył"; zła wiadomość - "ale tylko trzy sekundy". W ten sposób można podsumować występ Optimusa Prime w tej serii (co prawda występuje on tutaj o wiele dłużej, niż parę sekund, ale i tak zdecydowanie za mało), a trzeba zaznaczyć, że nie jest on tu wyjątkiem. Oglądając kolejne odcinki widzimy wyraźnie, że następuje "zmiana warty" - stare postacie dość szybko się wykruszają, czasami w niezbyt sensowny sposób. Najgorsze jest to, że tymi, którzy za nic nie chcą się wykruszyć, są Daniel i Wheelie. Chwilami aż trudno uwierzyć w to, co się dzieje na ekranie. Najlepszym przykładem jest tutaj Rodimus, który w pewnym momencie, najwyraźniej zbyt załamany poniesioną klęską by dalej toczyć walkę, postanawia wybrać się na długie wakacje, zabierając paru kumpli i przy okazji wyraźnie (choć nie dosłownie) stwierdza, że miejsce kobiety jest przy dzieciach ;). W kolejnych odcinkach coraz większą rolę odgrywają tytułowi Headmasters, czyli autoboty Chromedome, Highbrow, Hardhead, Brainstorm, oraz ich przełożony Fortress. Podobnie wygląda sytuacja i pośród Decepticonów, gdzie największe role przypadają nowym postaciom. Niestety nie są to postacie tak ciekawe jak te, których twórcy się beztrosko pozbyli, lub odsunęli na dalszy plan, dlatego też od pewnego momentu wyczuwa się wyraźną tendencję zniżkową. Dodatkowo pojawia się grupa Trainbotów - są to Transformery stworzone przez Japończyków, które nawet twierdzą, że pochodzą z Japonii, a ich głównym zadaniem w serialu jest chyba udowadnianie swojej wyższości nad znanymi z poprzednich serii robotami. Kiedy biednym amerykańskim Autobotom znowu coś nie wychodzi, zjawiają się dzielne japońskie Trainboty i załatwiają sprawę. Po jakimś czasie naprawdę można mieć tego dosyć... Sytuację ratują jednak inni bohaterowie - warto tu wspomnieć zwłaszcza o Sixshocie - ciekawej i niejednoznacznej (i to na różne sposoby) postaci, czy też pojawiających się w dalszych odcinkach (szkoda że tak późno) Targetmasterach. Irytujące mogą być też takie rzeczy jak: zupełny brak asertywności autobotów (zwłaszcza Fortressa) objawiający się w zgadzaniu się na wszystko, na co ma ochotę rozpuszczony dzieciak Daniel, elementy podchodzące pod "Sailor Moon" (sekwencja transformacji Fortress Maximusa - całe szczęście że tylko on w takową został zaopatrzony...), czy "Power Rangers" (kilka dziwnych ataków specjalnych w wykonaniu głównych bohaterów).


   


W kolejnych odcinkach (a jest ich w sumie 35) nasi bohaterowie będą zmuszeni toczyć kolejne bitwy, niweczyć szatańskie plany przywódców Deceptikonów: Galvatrona i Zaraka, podróżować po całej galaktyce i chronić jej mieszkańców przed Decepticonami. Warto tu wspomnieć, że nie zawsze ich wysiłki będą uwieńczane sukcesem, spektakularne klęski i zejścia śmiertelne pośród tych dobrych również się zdarzą. Od czasu do czasu trafimy na jakiś idiotyczny motyw jak choćby tańce i karaoke w wykonaniu Transformerów, czy też podejrzanie wyglądające relacje pomiędzy pewnym chłopcem i jego osłem ;). Zobaczymy też kilka ciekawych pojedynków, w tym kilka razy "starcie tytanów" pomiędzy dowódcami obu stron (Fortress Maximus & Scorponok) w swoich przerośniętych formach, by w końcu dotrzeć do finałowej bitwy, która rozstrzygać będzie o losach Ziemi.

Pod względem prezentowanego poziomu seria jest dosyć nierówna, są odcinki które się ogląda z przyjemnością, a są i takie, które chciałoby się jak najszybciej wymazać z pamięci. Mnie osobiście najlepiej oglądało się początek (pierwsze 10 odcinków) oraz koniec (ostatnie 12 odcinków), natomiast za najsłabszy uznałbym środek. Jednak w ostatecznym rozrachunku "Headmasters" jest całkiem udaną serią, która powinna zadowolić sporą część fanów pierwszej generacji Transformerów. Inaczej ma się sprawa z tymi, którzy nie są zbyt przychylnie nastawieni do Transformerów w ogóle. Dla nich przygody Headmasterów niekoniecznie okaże się czymś interesującym... Choć kto wie...?




TRANSFORMERS: THE HEADMASTERS

Rok produkcji: 1987, Japonia
Czas trwania: 30 min. (35 odcinków)
Reżyseria: Katsuyoshi Sasaki
Scenariusz: Keisuke Fujikawa
Muzyka: Katsunori Ishifa
Piosenki:Hironobu Kageyama
Rysunki: Toshiaki Marumori
Rysunki postaci: Ban Magami

Głosy podkładali:

Ikuya Sawaki (Fortress Maximus), Hideyuki Hori (Chromedome), Masashi Ebara (Spide, Scattershot, Computron, Pounce), Tessho Genda (Convoy),
Banjo Ginga (Scorponok, Mega Zarak)
e-mail Autor recenzji gościnnej: GIEFERG

Moja ocena: 7/10 

Klub Miłośników Filmu, 14.07.2006

STRONA GŁÓWNA KMF | WIĘCEJ RECENZJI ANIME