Strona główna KMF

Miłość.
Najbardziej pierwotna z sił, która wedle chrześcijańskich wierzeń pochodzi od Boga i jest Jego odbiciem w człowieku. Od prawieków wyświęcana i wynoszona na ołtarze, od niepamiętnych czasów przeklinana. Z miłości dokonała się ofiara na krzyżu, z miłości wyodrębnił się porządek z Chaosu, miłość towarzyszyła powstaniu największych dzieł sztuki i literatury, bo ona jedna zawiera w sobie wszystko: lęk, rozczarowanie, ból, poczucie winy, zazdrość, obawę przed utratą, a nawet nienawiść. I odwrotnie: poczucie spełnienia, oddanie, poświęcenie i błogość. W krystalicznym wymiarze kojarzy się z Absolutem i ostatecznym szczęściem, a przecież potrafi stać się najbardziej wyrafinowaną i okrutną torturą, jaką człowiek może zadać drugiemu człowiekowi. Andrea Bocelli w jednej ze swoich pieśni nazwał ją "delikatną igłą w sercu która nie sprawia bólu". A jednak nic nie boli bardziej, niż odrzucona i niespełniona miłość, i nic nie potrafi mścić się dotkliwiej. Mścić na tych, którzy kochają, albo paradoksalnie na tych, którzy zostali miłością obdarzeni. Rozkosznie byłoby uwierzyć, że każdy Tom Hanks natrafi na swoją Meg Ryan i kiedy wreszcie spojrzą sobie w oczy, zaiskrzy "magia". Niestety, nierzadko meandry ludzkich uczuć prowadzą w kierunku dokładnie przeciwnym do szczytu Empire State Building. Z jednej strony poprawiają nam humor słodkie historyjki z happy endem, kiedy po tysiącznych perypetiach i kłopotach ona trafia w jego ramiona i są szczęśliwi na wieki. Z drugiej strony kino podejmuje problemy miłości trudnej, miłości która wiąże się z bólem, upokorzeniem i rozczarowaniem, nierzadko tragicznej, kiedy śmierć nie przyjmuje formy dramatycznego monologu Romea nad ciałem Julii, ale jest karą, nagłym ciosem od losu albo wreszcie przejmującą ofiarą.

Poniższe przykłady to oczywiście tylko jedne z nielicznych, podobne można by mnożyć. Wybrałam je dlatego, że wydają się szczególnie charakterystyczne, jednak podkreślam, że nie jest to i nie miał być wybór obiektywny.



PRZEŁAMUJĄC FALE

czyli największa ofiara

    Bess to prosta dziewczyna, którą niełatwo ocenić na pierwszy rzut oka. Ma zwyczaj prowadzić rozmowy z Bogiem, o tyle niezwykłe, że Bóg jej odpowiada. Najłatwiej uznać to za chorobę psychiczną, ale czy na pewno? Bess wychodzi za mąż za Iana, którego bardzo kocha. Ian pracuje na platformie wiertniczej, więc przez długie miesiące przebywa z dala od domu. Bess modli się o jego szybki powrót i o ironio, zostaje wysłuchana - Ian wraca, ale sparaliżowany po wypadku. Wmawia dziewczynie, że jeśli będzie oddawała się obcym mężczyznom, ułatwi mu powrót do zdrowia. Wierna przyrzeczeniu posłuszeństwa, Bess spełnia jego wolę. Niewinna i czysta, chociaż przecież zachowuje się jak pierwsza lepsza kobieta lekkich obyczajów, ma w sobie coś z dziecka, a jednocześnie siłę, jaką daje tylko prawdziwa miłość. Ani przez chwilę nie rozważa się jej postępków w kategorii zdrady, jakby automatycznie przyjmując jej sposób myślenia - zdradą nie jest tu seks z innymi, ale sprzeciw wobec woli męża. Jej poświęcenie jest tak ogromne, a wiara tak głęboka, że widząc ją umierającą w końcowej sekwencji filmu, kiedy pyta, jak się czuje mąż, myślimy tylko o jednym - żeby nie umarła w przekonaniu, że się myliła. A jednak tak właśnie się dzieje. Umiera z żalem, ale nie dlatego, że jej poświęcenie było bezsensowne - gdyż ona nie uważa wcale, aby było to poświęcenie. Skoro tego pragnie człowiek, którego poślubiła, ona ma obowiązek być posłuszna. Jej żal jest raz jeszcze ucieczką od egoizmu, zmartwieniem o chorego ukochanego. Trudno pogodzić się z tym, że tak bezwarunkowa miłość nie została nagrodzona. Co z tego, że była niemal święta, skoro nie dane jej było żyć w spokoju u boku Iana? Jakie są granice odpowiedzialności za los drugiego człowieka? Wszystkie te pytania pozostają bez odpowiedzi.

MEMENTO

czyli zemsta

    Leonard Shelby wie o sobie wszystko - nie choruje na amnezję. Jednak od czasu wypadku nie może mieć nowych wspomnień. Oznacza to, że co piętnaście minut startuje z poziomu zero. Żyje dla jednego celu: znaleźć i zabić człowieka, który zgwałcił i zamordował mu żonę. Opracowuje zatem szczegółowy system, który ma mu pomóc połączyć wszystkie fakty w jedno i przede wszystkim utrwalić poszlaki. Tyle dowiadujemy się na początku filmu. Łatwo jest współczuć Leonardowi, który w tak gorzki sposób wciąż od nowa odkrywa swoją stratę, zrozumieć jego nienawiść, poczuć jego gniew, identyfikować się z jego zemstą. Ale jak dowiadujemy się na końcu filmu, łatwo dać się zwieść takim uczuciom. Łatwo stracić kontrolę nad tym, gdzie przebiega granica między tym, co pochodzi z zewnątrz, a własnym poczuciem winy. Taka wina przyjmuje wynaturzoną postać, w końcu staje się myśleniem życzeniowym, znika, aby przekształcić się w coś dużo groźniejszego. Strata jaką poniósł Leonard jest niewątpliwa i dokonana, ale on pozwolił sobie żyć w taki sposób, by obarczyć winą za nią kogoś innego, nie siebie. Żyje w nim wspomnienie uczucia i bezwzględna wiara, że tylko ufając sobie jest w stanie je uchronić. Sam akt zemsty staje się dla niego celem nadrzędnym, pozwalając mu jednocześnie żyć dalej i tkwić w przeszłości. Ucieczka przed prawdą o rzeczywistości i sobie samym to droga, którą wybiera się wtedy, gdy ani jedno, ani drugie nie jest już możliwe do zaakceptowania.

MAGNOLIA

czyli miłość utracona

    "Mam w sobie tyle miłości" mówi gorzko Donnie, jeden z bohaterów niezwykłej historii stworzonej przez Andersona. Cóż z tego, jeśli nikt nie chce zostać nią obdarzony. "Magnolia" to w dużej mierze historia o uczuciach - o zaplątanych ścieżkach ludzkich losów, które wciąż się ze sobą splatają, a jednak bez efektu - bo ludzie nie potrafią wysłuchać ani samych siebie, ani siebie nawzajem. Dlatego patrzymy na rozpacz syna przy łóżku umierającego ojca, kiedy nie chce pogodzić się z tym, że jego intensywne życie nie zagłuszyło w nim głodu ojcowskiej miłości i pretensji do tego, który go porzucił, i który ma pretensję do siebie o wciąż obecne uczucie do bezradnego, nieprzytomnego starca. Widzimy nerwową żonę tegoż starca, jak zadręcza się poczuciem winy, bo nigdy nie zrozumiała, jak bardzo go kocha - i teraz nie może pogodzić się z tym, że jest za późno, że nie może mu wynagrodzić lat, kiedy go oszukiwała i zdradzała. Widzimy dziecięcego geniusza, który jako jedyny z nich wszystkich ma odwagę poprosić o to, co każdemu się należy - o szacunek i akceptację, i jego odpowiednik sprzed lat, który chciałby być ceniony za to kim jest, a nie kim był niegdyś. Jest wreszcie wiecznie naćpana dziewczyna, która nie może uwierzyć, że jest godna miłości. Proste ludzkie uczucia bohaterów "Magnolii" są jak lustro - każdy może w nich odnaleźć cząstkę siebie. Ale chociaż film kończy się akcentem optymistycznym, zapowiedzią odrodzenia i spokoju - nie sposób przecież zapomnieć, jak wiele błędów trzeba było popełnić i ile strat ponieść, by osiągnąć taki stan rzeczy. Miłość, zdaje się nam przekazywać reżyser, nie zna złotych środków. Jest tak samo kaleka i pełna wątpliwości jak ludzie, którzy ją odczuwają. Ale chociaż nie jest doskonała, to jednak jest najbliższa doskonałości, jaką możemy osiągnąć w tym życiu.

BŁĘKITNY ANIOŁ

czyli szaleństwo miłości

    Pięknonoga Marlena Dietrich w roli śpiewaczki kabaretowej Loli Loli i Emil Jannings jako szanowany profesor uniwersytetu, który zapałał do niej szaleńczym uczuciem. Początkowo oglądamy go jako uporządkowanego do granic możliwości drobiazgowego pedanta, którego nieznośne nawyczki budzą zniecierpliwienie i irytację. Natomiast Lola to kobieta modliszka, wyspecjalizowana w sztuce przetrwania, której życie było tak bolesne, że cudzy ból nie ma dla niej żadnego znaczenia. Patrzymy na kiełkującą fascynację profesora tą "kobietą upadłą", na fascynację, której sam się wstydzi, ale z którą nie może sobie poradzić. W finale następuje ostateczne upokorzenie tego człowieka, który robi z siebie tragicznego błazna z ostatniej, absurdalnej nadziei, że w ten sposób spełni oczekiwania kobiety, którą kocha. Śmiech widowni, który towarzyszy jego klęsce i upodleniu, to najprostszy wyraz tego, jak bardzo indywidualne i osobiste jest uczucie, jak mało trzeba, by to co płynie prosto z serca zostało nie tylko niezrozumiane, ale i wyśmiane przez innych. Lola postąpiła okrutnie, czyniąc sobie z profesora chwilową zabawkę, ale kto z nas tak nie postępuje? Kto może z czystym sercem zapewnić, że nigdy nikogo nie skrzywdził, nie napiętnował, nie odrzucił? Von Sternberg z precyzją rysuje obraz świata, w którym czyjeś uczucie i poświęcenie nic nie znaczy, nie ma żadnej wartości, żadnej siły przebicia. Pokazuje w jak małym stopniu jesteśmy panami własnego serca i jak mało trzeba, by ta ukochana osoba zdobyła nad nami całkowitą władzę. Co gorsza, władzę, która może nas zniszczyć.

PIKNIK POD WISZĄCĄ SKAŁĄ

czyli droga do absolutu

    W dniu Św. Walentego uczennice renomowanej pensji pani Appleyard wybrały się na piknik pod Wiszącą Skałą, w okolice malowniczej i niebezpiecznej góry Macedon. Cztery z nich poszły na krótki spacer, z którego powróciła tylko jedna - w stanie szoku. W niejasnych okolicznościach zaginęła też jedna z opiekujących się grupą nauczycielek. Jakiś czas później znaleziono jedną z zaginionych pensjonariuszek - Irmę Leopold - nieprzytomną na skale, ale nie była w stanie ani wtedy, ani nigdy później powiedzieć, co się działo z nią i jej koleżankami. Tyle fabuła. Tak naprawdę jednak po raz kolejny Weir podjął temat ucieczki przed cywilizacją i próby połączenia się z Absolutem - rozumianym jako prawda, doskonała miłość, Bóg. Te cztery młodziutkie dziewczyny w starciu z potężnym i wszechmocnym masywem skały są skazane na zagładę, na ogromne cierpienia, wreszcie na śmierć. Interesujących jest kilka motywów, jakie rozwija Weir: na przykład fakt, że Edyta Horton, ta z pensjonariuszek, której udało się wrócić bezpiecznie, widziała zaginioną nauczycielkę, jak wspinała się na skałę bez spódnicy. Pozbycie się tej części garderoby to zapewne symbol zerwania z krępującymi nas konwenansami, z doczesnością, która oddala nas od miłości Boga. Zrzucenie tych więzów pozwoliło pani McGraw stanąć przed nim nieobciążoną i wolną. Odnalezienie nieprzytomnej Irmy także jest ciekawym zabiegiem - prawdopodobnie jej absolutnie ziemska, właśnie obudzona miłość do Michała zbyt silnie wiązała ją z życiem. Odrzucona jednak przez siłę, w kierunku której podążyła tak ufnie, oddając się tańcowi przypominającemu orszaki na cześć boga Dionizosa, nie mogła już powrócić do tego czym była - Michał ją odrzuca. Tragedia Irmy przywodzi na myśl bezlitosną selekcję. Tylko jednostki silne i niezwykłe mają prawo mierzyć się z Absolutem i dążyć w stronę szczytu. A więc Miranda, kochana przez wszystkich, którzy ją znali, anioł o niezwykłej mądrości; Marion Quade, znakomita uczennica wyraźnie orbitująca w stronę geniuszu, wybitna matematyczka Greta McGraw, która nigdy nie przywiązała się do niczego na świecie. Zakochana Irma i ograniczona umysłowo Edyta zostały odrzucone i bardzo przez to cierpiały.
Taki obraz doskonałości budzi lęk. Pojawia się obawa, kto z nas jest na tyle silny, by się z nią zmierzyć, kto wytrzymałby na tyle, by się z nią połączyć. Ta miłość nie ogarnia już wszystkich bez wyjątku, nie jest wybaczająca i cierpliwa - to żywioł, który niszczy wszystko, co mu stanie na drodze.


AUTOR TEKSTU:
Karolina Chymkowska - DEJNA
      dejnax@wp.pl