Tym razem wiadra pomyj nie będzie. Sam jestem zaskoczony – na fotelu reżysera zasiadł przecież Paul W. S. Anderson, spec od mechanicznej, powszechnie krytykowanej tandety, a zwiastun zapowiadał pseudo-matrixa w barokowych szatach. Tymczasem „Trzej muszkieterowie” to film całkiem przyzwoity, sympatyczny i tak „letni”, że datę jego premiery można uznać za niezrozumiałe spóźnienie.
W punkcie wyjścia filmu Andersona Atos, Portos i Aramis są sfrustrowanymi eks-bohaterami, którzy porzucili dawne ideały na rzecz hektolitrów wina. Do takiego stanu doprowadziła ich Milady, była kochanka Atosa. Przed rokiem zdradziła muszkieterów i przekazała zdobyte wraz z nimi plany tajnej machiny wojennej księciu Buckinghamowi. Dopiero spotkanie z d'Artagnanem – młodym, ale wyjątkowo uzdolnionym Gaskończykiem, który przyjechał do Paryża, by zostać muszkieterem – utwierdza kompanów w przekonaniu, że za Francję warto jeszcze walczyć. We czwórkę będą musieli stawić czoła złowrogiemu kardynałowi Richelieu oraz Milady, powracającej w roli podwójnego szpiega.
|
 |
 |
|
Wstęp do historii został więc niemal dokładnie przeniesiony z powieści Dumasa, choć wiele rozwijanych później wątków uproszczono, bądź poddano liftingowi. Wbrew pozorom, przełożenie klasycznej powieści na język współczesnego kina mainstreamowego wyszło całkiem nieźle – intryga jest przejrzysta i wciągająca, chociaż uczestniczy w niej wielu bohaterów, z których każdy chce bronić własnych interesów. Już na etapie zwiastuna było wiadomo, że Anderson uwspółcześni „Muszkieterów” mniej więcej w taki sam sposób, w jaki Guy Ritchie potraktował Sherlocka Holmesa. I choć twórcy „Mortal Kombat” daleko do finezji brytyjskiego reżysera, na tym polu także nie poległ. Pełno tu latających statków, tajnych komnat z pułapkami i maszyn wyciągniętych wprost ze szkiców Leonarda da Vinci. W skrócie: steampunk, ale w epoce baroku. Wszystko to daje dokładnie taki efekt, jaki dawać powinno – po prostu sprawia widzowi sporo frajdy. Można się zżymać, że do Dumasa nie wypada dopisywać nowych bajerów, ale to nieprawda. „Trzej muszkieterowie” od momentu powstania byli przecież powieścią przede wszystkim rozrywkową, a konwencja obrana przez Andersona znakomicie jej walory podkreśla.
To nie koniec zalet: scenografia jest świetna, podobnie kostiumy, odwzorowane z pietyzmem godnym kina kostiumowego. Cieszą też porozsiewane po filmie drobne smaczki, jak wspomniane wcześniej projekty Leonarda da Vinci (które same w sobie stanowią przecież materiał na widowisko), czy osoba królewskiego krawca, ucharakteryzowanego dla żartu na Karla Lagerfelda. Dodatkowy punkt należy się „Trzem muszkieterom” za scenę powietrznej bitwy dwóch latających statków – pomysłową i dobrze sfilmowaną.
Gorzej jest niestety z potyczkami słownymi – raz są zabawne i błyskotliwe, raz żenująco sztuczne i nieśmieszne. Ogólnie jednak muszkieterowie zdecydowanie lepiej radzą sobie w scenach akcji, niż w tych dialogowych. Trudno też pochwalić obsadę. O ile Matthew Macfadyen, Ray Stevenson i Luke Evans tworzą zgrany tercet, o tyle cała reszta gra jedną miną. Logan Lerman w roli d'Artagnana wyraźnie się stara, ale trudno mu przeskoczyć własny brak polotu, Orlando Bloom zbywa postać Buckinghama jednym złowieszczym uśmieszkiem, a Mads Mikkelsen, skądinąd znakomity aktor, nie dostał na dobrą sprawę żadnego materiału. Ma być złowieszczy, więc jest złowieszczy – oto cała jego rola. Przykro patrzy się też na Christopha Waltza, szczególnie, jeśli ma się w pamięci jego wyczyny z „Bękartów wojny”. Tutaj gra tak, jakby w ogóle mu nie zależało, pomimo że postać kardynała Richelieu dawała aktorowi całkiem niezłe możliwości do rozwinięcia skrzydeł. Za to Juno Temple, obsadzona bardzo adekwatnie w roli młodej królowej, wypada równie uroczo jak zwykle.
|
 |
 |
|
Podczas seansu kołatało mi się w głowie jeszcze jedno pytanie dotyczące obsady: dlaczego Milady, w założeniu seksowna morderczyni, grana jest przez wręcz anty-seksowną Millę Jovovich? Cóż, odpowiedź nie stanowi wielkiej zagadki, Milla to wszak żona reżysera. Tak czy owak – z nosem przypominającym klamkę od zakrystii i z klatką piersiową głównego bohatera „Głodu" Jovovich pasuje do postaci Milady mniej więcej w takim stopniu, w jakim Witold Pyrkosz pasowałby do roli Jamesa Bonda. Na domiar złego Andersona próbuje na każdym kroku podkreślać wątpliwy urok swojej partnerki (Jovovich będzie więc zrzucała krępujące ją sukienki i zgrabnie skakała ponad rozpiętymi w skarbcach linkami), co daje raczej komiczny efekt.
Jeżeli jednak nie przeszkadza wam różnica pomiędzy domniemaną urodą Milady, a urodą odgrywającej jej postać aktorki, będziecie się bawić całkiem nieźle. „Trzej muszkieterowie” to przyjemne, niewymagające eye-candy, z kilkoma świetnymi pomysłami. Zakończenie otwiera furtkę do kontynuacji i nie miałbym nic przeciwko, gdyby takowa powstała.
6/10