| ||||||||||
|
Uwaga! Tekst może zdradzać pewne elementy fabuły filmu.
PRZESZŁOŚĆ, A PRZYSZŁOŚĆ Obserwując przeszłość ukazywaną przez polskie kino i polską prozę oraz przeszłość widzianą przez pryzmat naszej świadomości społecznej, w większości przypadków ujrzymy obraz wiecznej i często niewymuszonej pokuty. Czy chcemy, czy nie w narodowych wspomnieniach zawsze dominować będzie ucisk i konieczność walki z realnym wrogiem lub kuriozalnym systemem. Polaka zawsze męczyli i uciskali, a ten odważnie stawiał czoła przeciwnościom i bohatersko walczył nie wiedząc nawet, czy kiedykolwiek dostanie cukierka. Dzisiaj z cieniem umęczenia i mentalnego zastoju powoli zaczynamy już dyskutować. Tymczasem Jacek Borcuch z nikim kłócić się nie zamierza – on już dawno zaczął się śmiać... Przeszłość w "Tulipanach" – po raz pierwszy chyba w rodzimej kinematografii ostatnich lat – ukazana jest sielankowo, sentymentalnie i pozytywnie. Nie istnieje tu komunistyczny absurd i kolejka pod spożywczym. Nie istnieją tu strajki, złodziejstwo i partactwo. Przeszłość u Jacka Borcucha to kraina radosnego sacrum. To ta przestrzeń, która nigdy nie istniała, a która tkwi ciągle na płaszczyźnie naszych wspomnień. A są to wspomnienia pastelowe, zamazane i nieostre. Przez to oczywiście także nieprawdziwe i niewiarygodne. "Prawda" jednak zarówno w "Tulipanach", jak i w wyobraźni, przegrywa w walce z kuszącą iluzją ... Cienie przeszłości zostają wymazane. I tak oto wspaniale wyretuszowana historia styka się u Borcucha z teraźniejszością. Teraźniejszość – jak to zwykle teraźniejszość – jest zbyt zdezorientowana, żeby cokolwiek sensownego o sobie powiedzieć. Brak jej samoświadomości. (na filmowego Dzieciaka wszyscy wszak mówią, że wygląda gorzej niż ojciec, on sam zaś wydaje się być tym zaskoczony). Gdy jednak "dzień dzisiejszy" styka się z "dniem wczorajszym" (tak jak bohater Andrzeja Chyry zapoznaje się z pamiątkami ojca) odkrywa w sobie – tak ważną w kulturze – absolutną ciągłość. Odnajduje historię w sobie i widzi, jak piękna jest to historia. Odkrywa więc most łączący "TERAZ" z "WTEDY". I chociaż na początku wypiera to połączenie ("Nie wiem, po co tu przyjechałem" - mówi bohater Chyry), to potem już bez ogródek zaczyna badać, co właściwie wynika dla niego z takiego właśnie spojrzenia wstecz. Kolejnym etapem jest zaś synteza. I dopiero połączenie dwóch, przeciwstawnych doświadczeń (przeszłości i teraźniejszości) owocować może świadomą PRZYSZŁOŚCIĄ. Gdyż znając już kierunek, łatwo wyznaczyć powinniśmy cel, do którego przyjdzie nam dążyć. Czy Jacek Borcuch nie prezentuje nam więc swoistej filmowej psychoanalizy bohatera? Psychoanalizy, która zmusza współczesnego człowieka do zadawania samemu sobie podstawowych pytań: "Z czego wyrosłem?", "Kim jestem?" i "Dokąd idę?". A gdy ich adresat już na nie odpowie, być może poczuje, że nie jest cząstką absurdalnej i bezcelowej całości. W każdym razie nie do końca absurdalnej i niezupełnie bezcelowej.
MŁODOŚĆ, STAROŚĆ, A FILMOWA PROWOKACJA Jacek Borcuch potrafi z wyczuciem wprowadzać swą historię raz to w sferę refleksji bardziej indywidualnych, raz znowu w sferę przemyśleń całkiem uniwersalnych. Ten generalizujący charakter "Tulipanów" objawia się chociażby przez fakt, że Borcuch eksponuje nie imiona bohaterów, a raczej ich przezwiska – "Mały", "Matka", "Dzieciak" czy "Lolek". Ponadto zaś fabuła filmu oparta jest tylko i wyłącznie na szkielecie wzajemnych relacji szóstki głównych bohaterów. Drobnych epizodów raczej tu nie uświadczymy, a jeśli nawet takowe się znajdą, to wszystkie nieistotne dialogi będą po prostu wyciszone przez ocierającą się o jazz, klimatyczną muzykę Daniela Blooma. Czyżby więc Borcuch chciał stworzyć uniwersalną historię z wyeksponowaną tezą? Przyjmując na chwilę, że TAK zaryzykujmy stwierdzenie, iż spotykają się w "Tulipanach" młodość i starość. Ojciec i syn. Pierwszy z nich, pod maską cynika, skrywa tęsknotę i samotność. Drugiemu z kolei, mimo kochającej dziewczyny, brakuje pod nogami twardego gruntu – duchowej stabilizacji. I - jak można przypuszczać – w pełnym optymizmu obrazie Borcucha przeciwieństwa znajdą wspólną płaszczyznę porozumienia. Popatrzmy jednak, co znajdowało się na początku tej drogi. "Idziesz sam. SAM. Zawsze będziesz sam." – mówi Mały do syna na szpitalnym korytarzu. A opowiada zapewne o samotności odczuwania, o byciu sam na sam z myślami, o tym, że w istocie samotnie walczymy z życiem, samotnie kochamy, jak również samotnie umieramy. Czujemy wszak indywidualnie - w sposób jedyny i niepowtarzalny - tak jak wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju jest nasze postrzeganie rzeczywistości. Filozofia filmowego ojca naprowadza więc widza na najbardziej podstawowy sens samotności – na samą już świadomość własnej odrębności.
Bohater Andrzeja Chyry
początkowo nie zgadza się ze słowami Małego. Przecież jest aktualnie w
szczęśliwym związku, kocha swoją dziewczynę i jest wobec niej szczery.
Filozofia samotności wydaje się być na tym tle zwyczajnie egzotyczna.
Potem jednak, poznając na nowo pamiątki w mieszkaniu ojca, Dzieciak
uzmysławia sobie, że emocjami związanymi z przeszłością po prostu nie
jest w stanie podzielić się z kimś z zewnątrz. Odkrywa więc w sobie
takie pokłady intymności, których nikt inny nie jest w stanie zrozumieć.
Tym samym, Dzieciak staje się powoli zdolny do stworzenia
charakterystyki ojca. Ile w tym skrytym cyniku i miłośniku Fordów Capri
pozy, a ile prawdziwych uczuć? Pod maską obojętności kryje się być może
strach przed odrzuceniem i wyśmianiem. Ale ta ochrona własnych myśli
oraz wspomnień wydaje się mieć tutaj także pewną swojską nutkę. Jest
bowiem źródłem dziwnego rodzaju dumy z faktu, że nawet w dzisiejszej
szalonej rzeczywistości możemy z powodzeniem pewną sferę osobowości
zostawić tylko dla siebie, wieszając na niej kartkę z napisem "DO UŻYTKU
WŁASNEGO". I właśnie zaakceptowanie tego najbardziej podstawowego
rodzaju samotności, staje się później w „Tulipanach” gruntem do
tworzenia szczęśliwych już związków. Oczywiście, że wizja to nazbyt
idealistyczna, ale taki już jest ten film. To historia, która
bezczelnie, lecz z klasą zamienia zwyczajne wydarzenia w niewiarygodnie
rozbuchany mit.
NA DESER: NEGACJA Prawda o nowym filmie Jacka Borcucha jest jednak jeszcze mniej skomplikowana niż relacje, które obserwujemy na ekranie: "Tulipany" analizy po prostu nie potrzebują. Prosty i niewyszukany scenariusz, dbałość o formę obrazu oraz wspaniałe aktorstwo powodują, że filmu Borcucha się nie ogląda – film Borcucha się czuje. O szczerości twórców i ogromie pracy przez nich wykonanej niech świadczy fakt, że już dawno stara polska gwardia aktorska nie prezentowała się na ekranie tak rewelacyjnie. Czarująca Małgorzata Braunek wraz z Janem Nowickim, Zygmuntem Malanowiczem i Tadeuszem Plucińskim mają w sobie olbrzymie pokłady nie odkrytego dotąd ciepła i humoru. Widziani poprzez pastelowe oko kamery operatora Damiana Pietrasika i w akompaniamencie jazzowych rytmów Daniela Blooma stwarzają nieodparte wrażenie, że w scenariuszu "Tulipanów" po prostu odnaleźli siebie. A widzowi nie pozostaje nic innego, jak tylko dać się złapać Borcuchowi w tę całkowicie nieszkodliwą pułapkę filmowej iluzji... Na pewno jednak niektórzy wyjdą z kin nieco zdegustowani po tak ogromnej dawce szczęścia i naiwności. Całkiem możliwe, że Borcuch zamiast uspokoić, część widzów po prostu rozdrażni. Bo i bohaterowie zbyt sympatyczni, bo happy end zbyt szczęśliwy, a świat wokoło zbyt ułożony. I ci także będą mieli rację, zapominając jednak o tym, że historia ta od początku do końca widziana jest przez jej twórcę niejako "przez palce". Jaką magię mógłby wszakże uzyskać Borcuch, gdyby tego filmowego nawiasu nagle się pozbył? Ktoś może powiedzieć, że magię dość mizerną, za to na pewno bliższą prawdy. Ale czy aby na pewno piękne kino zawsze musi być prawdziwe? Kolejne pytanie, jakie ciśnie się na usta dotyczy zaś analizy. Skoro bowiem film broni się sam, skoro skutecznie wywołuje on emocje, to po co właściwie rozkładać tę misterną konstrukcję na czynniki pierwsze? A może po to jedynie, żeby w przemiłej, sielskiej atmosferze nie zapomnieć przypadkiem, że "Tulipany” nie tylko czarują, ale także – a może przede wszystkim – poruszają tematy niełatwe i niewygodne. Szkicują pejzaż młodości i starości oraz przeszłości i przyszłości, gdzieś w tle dorysowując także wszechobecne PRZEMIJANIE. A na co komu przemijanie 12 marca 2005 roku ??? 8\10 "Ludzie sobie żyją. Nie wiadomo po co. Nie wiadomo dlaczego. Wszystko jakoś samo się dzieje. Rozumiesz coś z tego?"
|