Ostatnia dekada przyniosła prawdziwy wysyp filmów magicznych w sosie fantasy. Czarowano nas we "Władcy Pierścieni", "Opowieściach z Narnii", "Złotym kompasie", "Gwiezdnym pyle", ale prym w machaniu różdżką wiódł i wiedzie bez dwóch zdań "Harry Potter". Strach się przyznać, ale przygody małego czarodzieja, nigdy specjalnie mnie nie kręciły. Owszem, cykl "Harry Potter i Coś tam" to filmy porządnie nakręcone i gwarantujące niezłą rozrywkę, ale jeśli chodzi o ekranową magię, to wszystkie te zaklęcia brzmiące jak nazwa wulkanu na Islandii, nie potrafiły do końca przekonać mnie do świata wykreowanego przez J.K. Rowling. Oglądałem po kolei wszystkie części Pottera i tak czekałem i czekałem na porządną czarodziejską rozpierduchę i... nie doczekałem się. Wielkie nadzieje przeniosłem więc na cykl przygód innego nastoletniego czarodzieja, ale "Percy Jackson i Bogowie Olimpu: Złodziej pioruna" okazał się filmem infantylnym, z niewieloma przebłyskami prawdziwej magii, a finałowe latanie na trampkach ze skrzydełkami (i tak dobrze, że nie na Alwaysach) pogrzebało całość na amen. Złożyłem broń, bo stało się dla mnie jasne, że nie doczekam się magicznego filmu z jajami i najbliższe dwa lata upłyną mi, chciał nie chciał, pod znakiem potterowych "Insygniów śmierci". Aż tu nagle...


Aż tu nagle, wybrałem się do kina na "Ucznia Czarnoksiężnika" i życie znów stało się piękne! Znów zacząłem dostrzegać zieleń trawy, poranną rosę i światła na skrzyżowaniach*. Film Jona Turteltauba dał mi wreszcie to, na co czekałem od czasów "Willow". Dał mi naprawdę spektakularne pojedynki czarodziejów. Czego tu nie ma: płomienie, smoki, plazma, burzenie ścian, wycieranie przeciwnikiem podłogi, jest latający stalowy ptak ze szczytu Chrysler Building, ożywiony pomnik byka i widowiskowy pościg samochodowy. A wszystko to oprawione dynamiczną partyturą Trevora Rabina. Niemal wszystkie starcia magów mają przysłowiowy power, są niesamowicie żywiołowe i niosą ze sobą bardzo przyjemne dla oka zniszczenia.

Przy całym natłoku akcji i atrakcji nie zapomniano, na szczęście, o humorze, którego w "Uczniu Czarnoksiężnika" znalazło się całkiem sporo. Najzabawniejszym motywem jest nawiązanie do "Gwiezdnych Wojen: Nowej nadziei". Obsadowym strzałem w dziesiątkę okazał się Jay Baruchel (filmowy Dave), który ostatnio prze ostro do przodu - w tym roku użyczył głosu centralnej postaci "Jak wytresować smoka" i zagrał główną rolę w całkiem niezłej komedii "Dziewczyna z ekstraklasy". W "Uczniu Czarnoksiężnika" wciela się oczywiście w tytułową postać, do której aparycją zakompleksionego i zalęknionego nastolatka pasował jak ulał. Baruchel wniósł do filmu mnóstwo luzu, dzięki czemu ogląda się wszystkie niesamowitości i niedorzeczności lekko, miło i przyjemnie, a kibicowanie głównemu bohaterowi przychodzi nam bez trudu. Równie dobrze wypada reszta obsady, na czele z dobrym magiem Nicolasem Cage'em i czarnym charakterem Alfredem Moliną. Obydwaj panowie zagrali swoje role bez kija w tyłku, z widocznym dystansem do odgrywanych postaci. Gołym okiem widać, że podczas zdjęć wszyscy mieli świetną zabawę, która w wielu momentach przełożyła się na pozytywny odbiór "Ucznia..." przez widzów.


"Uczeń Czarnoksiężnika" nie jest oczywiście filmem bez wad. Do największych należy prolog, w którym po raz setny słyszymy podobne wprowadzenie do opowieści. Znowu jacyś źli ludzie (w tym przypadku czarodzieje) zostali gdzieś tam zamknięci na wieki, a po ich uwolnieniu świat przestanie istnieć, bo do życia zostanie powołana armia umarłych, a wszystkich uratować może (nie, nie armia Stanów Zjednoczonych) oczywiście, wybraniec! Czy nie wydaje się Wam ten motyw aż zanadto znajomy i oklepany z każdej strony? Pomijając scenariuszowy szablon, w którym od początku do końca wiemy, co się wydarzy i jak potoczą się losy wybrańca, film stanowi doskonałą rozrywkę na letni wieczór w klimatyzowanym kinie. Akcja toczy się wartko, dłużyzny występują w ilościach śladowych, efekty specjalne stoją na najwyższym poziomie, a nad całością unosi się wpadająca w ucho piosenka "Secrets" zespołu OneRepublic. Czarodziejska dyskoteka z użyciem obwodów Tesli w rytm tego niewątpliwego hitu jest nie do zapomnienia. Sympatycznie wypada też nawiązanie do disneyowskiej "Fantazji", segmentu "Uczeń Czarnoksiężika", w którym Dave na podobieństwo Myszki Mickey, przy pomocy czarów wyręcza się miotłami przy sprzątaniu.

Choć nie znajdziemy w "Uczniu Czarnoksiężnika" żadnych drastycznych scen, krwi, strzelanin ani przekleństw to, na szczęście, filmowi Turteltauba zdecydowanie bliżej do stylistyki Bruckeimera niż Disneya, pod których szyldami powstał. Co bardziej spostrzegawczy widzowie zauważą bez trudu ujęcie/nawiązanie, na którym Nicolas Cage filmowany nieco od dołu odwraca się w zwolnionym tempie niczym chłopaki z "Bad Boys" i innych produkcji Bruckeimera. Reasumując, jeśli ktoś ma ochotę na czystą rozrywkę skąpaną w efektach specjalnych i nie ma nic przeciwko klimatom fantasy osadzonym jak najbardziej współcześnie w na wskroś nowoczesnym Nowym Jorku, będzie bawił się doskonale.

7/10

* - tekst pochodzi z "Nagiej Broni"





wytwórnia - Walt Disney, Jerry Bruckheimer, 2010
reżyseria - Jon Turteltaub
scenariusz - Matt Lopez, Doug Miro, Carlo Bernard
produkcja - Jerry Bruckheimer, Nicolas Cage, Chad Oman
muzyka - Trevor Rabin
zdjęcia - Bojan Bazelli
scenografia - Naomi Shohan
montaż - William Goldenberg
efekty specjalne - Jeppe N. Christensen, Phil Brennan
czas projekcji - 111 minut

wystąpili

Nicolas Cage
Jay Baruchel
Alfred Molina
Teresa Palmer
Toby Kebbell
Omar Benson Miller
Monica Bellucci
Alice Krige

(Balthazar Blake)
(Dave)
(Maxim Horvath)
(Becky Barnes)
(Drake Stone)
(Bennet)
(Veronica)
(Morgana le Fay)

Autor recenzji: Rafal Donica - DUX [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 3 sierpnia 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF