|
Trailery, zwiastuny, zapowiedzi - jak zwał tak zwał - potrafią zepsuć seans.
Ale jednak filmiki reklamowe, mające zachęcić potencjalnego widza do pójścia do
kina na ten, a nie inny obraz, niejednokrotnie spełniają swoje zadanie, będąc
tym samym miniaturową sztuką samą w sobie. Już dawno twórcy trailerów odżegnali
się od starej szkoły, polegającej na skróceniu całego filmu do trzech minut
opatrzonych komentarzem z offu. Mimo wszystko, nawet w XXI wieku, kiedy to
specjalne ekipy montażystów zatrudniane są przy realizacji zwiastuna, intelekt
nie idzie w parze z rozmachem. W przypadku „Udręczonych” mamy do czynienia z
zapowiedzią, która zdradza nam istotne elementy fabuły i odkrywa tajemnice,
które bohaterowie mozolnie i stopniowo rozwiązują przez półtorej godziny trwania
seansu. Pomijając jednak zwiastunowe ujęcia, pozostałe minuty filmu również
warte są zobaczenia. Co jednak może zaintrygować widza w produkcji, która wydaje
się być kolejną kalką „Amityville” przemieszaną z kilkoma innymi ghost stories?
Oprócz zwiastuna, zachęcić do obejrzenia opisywanego filmu ma dopisek znajdujący
się na materiałach promocyjnych: „oparte na prawdziwych wydarzeniach”. Kolejny
punkt wspólny z cieszącym się niezasłużoną estymą „Amityville” i, niestety, nie
ostatni. Ile jest jednak prawdy w tym filmie? Cóż, tak jak w przypadku rodziny
Lutzów, ktoś być może coś widział, coś być może tam było, być może coś się
wydarzyło. Żadna z relacji nie została nigdy potwierdzona przez ekspertów a
przedstawione w niej wydarzenia uznane za autentyczne. Materiał na horror jest?
Jest. Czemu więc go nie wykorzystać? Historia tytułowych „Udręczonych” nie jest
ani skomplikowana, ani nieprzewidywalna. Rodzina Campbellów przenosi się do
Connecticuit z uwagi na bliskość tamtejszego szpitala, w którym leczony jest ich
chory na raka syn, główna postać opowieści. Wymarzony dom okazuje się byłym
zakładem pogrzebowym, dziwne wizje nawiedzają cierpiącego Matta, klamki u drzwi
nagrzewają się do czerwoności, a jedzenie psuje w lodówce. Było? A jakże.
Wiadomo jednak z góry, że konwencja opowieści o duchach wymaga zastosowania
wspomnianych chwytów, pytanie, więc nie brzmi, „jakie” środki straszące zostały
wykorzystane, lecz „jak”.
Nieprzypadkowo nazwa „Amityville” pojawia się w każdym akapicie tego tekstu,
gdyż „Udręczeni” czerpią garściami może nawet nie tyle z samego filmu Stuarta
Rosenberga, lecz z całej otoczki, jaką ten tytuł obok siebie zbudował. Będąc w
gruncie rzeczy obrazem wydumanym i nudnym, „Amityville” stało się przez lata
synonimem opowieści o nawiedzonym domu. Z tej tradycji czerpie Peter Cornwell,
reżyser ”Udręczonych”. Pomiędzy oboma tytułami można wyszukać paralele,
sięgające od samej fabuły do środków obliczonych na wywołanie u widza
przerażenia - i tu niespodzianka: „Udręczeni” radzą sobie o wiele lepiej niż ich
protoplasta, kopia przerosła oryginał. Dzieje się tak z kilku powodów. Cornwell
korzysta nie tylko z Rosenberga i innych klasycznych amerykańskich ghost stories,
lecz także z literatury, między innymi z twórczości Clive’a Barkera. Szkielet
fabularny z „Amityville” (z finałem nieco zaprawionym Kojim Suzukim), zjawy
niczym z „Księgi krwi” brytyjskiego pisarza, straszenie jak w dziesiątkach
innych amerykańskich produkcji – czemu ta mieszanka nadal jest zjadliwa?
„Udręczeni” pomimo swojej ewidentnej wtórności i przejrzystych rozwiązań
fabularnych łapią widza za kołnierz i brutalnie wciągają do swojego świata. U
Cornwella nie ma miejsca na przestoje akcji, od samego początku ekran nawiedzają
majaczące postaci, lustrzane widziadła, koszmary senne. Siedząc w kinowym fotelu
nie musimy czekać długo na kolejne straszydło, czai się ono w każdym kącie domu
czekając, by wyskoczyć w najmniej spodziewanym momencie. Strategia przyjęta
przez twórców naprawdę działa, nie pozwalając na chwilę wytchnienia i odpoczynek
od upiornych mieszkańców „wymarzonego” domu w Connecticuit. Doskonałym
rozwiązaniem formalnym zastosowanym przez Cornwella było nałożenie na siebie
dwóch płaszczyzn czasowych, przeszłości i teraźniejszości przeżywanej przez
Matta jednocześnie w jego wizjach. Sceny, gdy chłopak gorączkowo próbuje
odróżnić rzeczywistość od majaków należą do najlepszych w filmie, udanie budując
klimat opowieści.
Pomimo, że „Udręczeni” nie pozostaną na długo w zbiorowej świadomości kinomanów
i nie mają szans powtórzenia sukcesu „Amityville”, warci są poświęcenia im
dziewięćdziesięciu kilku minut życia. Ot, taki sobie przyzwoity horror.
Niestety, nic więcej. Wydaje się, że formuła ghost story na przestrzeni lat
wyczerpała się i twórcy nie mają nam do zaoferowania nic więcej, niż miało to
miejsce w przypadku tego, co już widzieliśmy. Co jakiś czas zdarzają się próby
odświeżenia konwencji i przypomnienia światu, że opowieści o duchach, mimo
wszystko, nadal mogą postraszyć. Chociaż przez dziewięćdziesiąt minut. | |
 |
rok produkcji - 2009
reżyseria - Peter Cornwell scenariusz - Tim Metcalfe, Adam
Simon
kostiumy - Meg McMillan zdjęcia - Adam Swica czas
projekcji - 102 minuty
|
AKTORZY
Virginia Madsen Elias Koteas Martin Donovan Kyle Gallner Amanda
Crew |
|
|
Autor recenzji:
Bartosz Czartoryski - KEDDIE |
Klub Miłośników Filmu, 22 czerwiec 2009
STRONA GŁÓWNA |
RECENZJE KMF |
NAPISZ DO AUTORA
| |