|
O wartości filmów opartych na faktach stanowi
zazwyczaj sama opowiedziana na ekranie historia. Jeśli jest fascynująca, rolą
twórców i odtwórców jej adaptacji jest jedynie w miarę poprawnie przedstawić ją
odbiorcy. Jeśli historia sama w sobie wzbudza potężne emocje i tylko z tego
tytułu przykuwa widza do fotela na cały czas trwania seansu, reżyser nie musi w
żaden sposób jej uatrakcyjniać (patrz: „Oszukana” C. Eastwooda). Skomplikowane
zabawy formalne zarezerwowane są jedynie dla historii mało frapujących i - tym
samym - niezbyt wciągających, nie będących wartością samą w sobie. Reżyser
bierze na warsztat średnio ciekawy materiał, po czym ładnie go opakowuje, na
etykietce przybijając pieczątkę: „OPARTY NA FAKTACH”. I w tej formie produkt
trafia do sprzedaży, zazwyczaj od razu wzbudzając zainteresowanie potencjalnych
konsumentów…
W przypadku horroru „Udręczeni”, pozornie mamy do czynienia z tą drugą sytuacją.
Pozornie, bo jednak mamy tu coś więcej, niż tylko średnio zajmującą historię.
Tym czymś jest obrazowany przez nią temat, jaki można uznać za fascynujący
(zjawiska paranormalne zawsze wzbudzają duże emocje w niektórych kręgach
odbiorców). Złożoność w.w. potęguje jeszcze kwestia wiarygodności świata
przedstawionego. Są przecież ludzie, dla których sformułowania METAFIZYKA i FAKT
wzajemnie i niejako automatycznie się wykluczają. Dla tej kategorii widzów ten
film będzie więc fikcją i tylko fikcją; magia autentycznego wydarzenia na nich
nie zadziała, co czyni z nich widzów szczególnie wymagających. I właśnie w tym
momencie twórcy mają prawdziwe pole do popisu. Muszą stanąć na głowie, by widz,
który odrzuca etykietę z pieczątką „OPARTY NA FAKTACH”, przynajmniej uległ
złudzeniu, że jest świadkiem czegoś autentycznego. I nie chodzi o to, ze reżyser
swoim dziełem powinien przekonać kogoś do zmiany światopoglądu, że powinien
sprawić, żeby ktoś uwierzył w duchy, zjawy i upiory. Absolutnie nie. Reżyser
powinien jedynie spowodować, by taki wymagający widz uwierzył w prawdę ekranową,
zamkniętą w ramach tego konkretnego świata przedstawionego. Wobec czego stawiam
pytanie: czy mając to wszystko na uwadze, Peterowi Cornwellowi udało się
skutecznie sprzedać swoją średnio atrakcyjną historię widzom a) wierzącym
(umownie) oraz b) niewierzącym (umownie)? Postaram się poniżej udzielić na to
pytanie odpowiedzi…
Genezą filmu są wydarzenia z końca lat osiemdziesiątych, jakie rozegrały się w
Southington, w stanie Connecticut. Przysłowiowa przeciętna amerykańska rodzina
wprowadziła się do opuszczonego domu na Meriden Avenue. Krótko po przeprowadzce
członkowie rodziny odkryli, że dom, w którym zamieszkali, był w przeszłości
zakładem pogrzebowym. Rodzina zaczęła doświadczać zjawisk paranormalnych. Kiedy
sytuacja stała się nie do wytrzymania, rodzina skontaktowała się – jakże by
inaczej – z Edem i Lorraine Warrenami, dyżurnymi amerykańskimi demonologami i
badaczami zjawisk paranormalnych, a także założycielami New England Society for
Psychic Research. Dzięki ich pomocy rodzina mogła odkryć sekrety domu oraz
przeciwstawić się nadprzyrodzonemu…
Jak widać sama historia to czysta sztampa – nawet, jeśli założymy, ze została
napisana przez samo życie. Na jej kanwie powstał film dokumentalny, który
obejrzał w telewizji producent Andrew Trapani. Uznał materiał za na tyle
interesujący, że postanowił odszukać jedną z bohaterek opowieści i z nią
porozmawiać. W efekcie tego ruszyły zdjęcia do „Udręczonych”, filmu, w którym
wydarzenia sprzed dwóch dekad poddane zostały stosownej wizualno-narracyjnej
modyfikacji (czytaj: formalnemu i treściowemu uatrakcyjnieniu). Nasuwa mi się
pytanie: dlaczego Andrew Trapani uznał akurat tę historię za interesującą? Można
tylko domniemywać, że po prostu chciał dać ludziom to, czego nie boją się bać, a
tym samym to, czego sam nie boi się bać. A ludzie lubią poruszać się w
bezpiecznym obszarze świata poznanego, nawet, jeżeli nadprzyrodzonego.
„Udręczeni” poruszają się właśnie w takiej bezpiecznej strefie koszmaru już
skonsumowanego i oswojonego przez całe pokolenia widzów zarówno kinowych, jak i
telewizyjnych. Wszystko, co zobaczymy w tym filmie, już gdzieś było. Rodzina pod
presją okoliczności zmuszona do zmiany miejsca zamieszkania? To już gdzieś było.
Nawiedzone miejsce? To już gdzieś było. Personalne opętanie? To już gdzieś było.
Dziwne odgłosy, jakieś pojawiające się w tafli luster tajemnicze postaci? To już
gdzieś było. Cmentarz lub dom pogrzebowy w przeszłości – w miejscu aktualnego
zamieszkania bohaterów? To już gdzieś było. Życzliwy duchowny? Proszę bardzo: to
też już gdzieś było.
Oglądając „Udręczonych” czułem się tak, jakbym oglądał pierwszy z brzegu
(właściwie obojętnie który) odcinek fabularyzowanego dokumentu z serii
„Nawiedzone domy”, emitowanego swego czasu przez kanał Discovery (obecnie chyba
przez Zone Reality). Wszystkie historie tam przedstawione były właściwie takie
same, zmianom ulegała tylko scenografia i postacie bohaterów poszczególnych
opowieści. Niemniej sama chronologia wydarzeń zazwyczaj opierała się na
identycznym schemacie, czyli: przeprowadzka, zjawiska paranormalne, zagłębianie
się w historię miejsca, wreszcie pomoc duchownych tudzież demonologów, w taki
czy inny sposób ofiarujących wyzwolenie zarówno rzeczywistym, jak i
nierzeczywistym lokatorom nawiedzonego miejsca. „Udręczeni” wpisują się w ten
schemat znakomicie, co zrozumiałe, zważywszy na powyższe. Niemniej jako film
kinowy (czytaj: dysponujący na etapie produkcji dużym budżetem), oferuje
odbiorcy znacznie więcej pod względem formalnym (większy rozmach inscenizacyjny,
niezłe zdjęcia i montaż). Aktorstwo stoi też tutaj na znacznie wyższym poziomie
niż to znane z telewizyjnych produkcyjniaków. Virginia Madsen jako
zdeterminowana Sara Campbell, Martin Donovan jako głowa rodziny Peter Campbell,
Elias Coteas jako wielebny Nicholas Popescu, czy wreszcie Kyle Gallner jako Matt
Campbell, tworzą galerię wiarygodnych postaci, zresztą już na etapie scenariusza
obdarzonych wyrazistym rysem psychologicznym. Ale co z tego, skoro te dokumenty
z TV były (i są) bardziej… straszne.
Ratunkiem dla produkcji mogłaby być wieloznaczność interpretacyjna. Szkoda, że
reżyser zrezygnował z niej już na samym początku filmu, stawiając na jedyną
słuszną – we własnym mniemaniu – prawdę: wszystkiemu winne są duchy, a nie np.
majaczenia chorego umysłu.
Czy więc, mając to wszystko na uwadze, reżyserowi udało się skutecznie sprzedać
swoją średnio atrakcyjną historię widzom a) wierzącym (umownie) oraz b)
niewierzącym (umownie)? Odpowiem: tym pierwszym tak, tym drugim – nie. Średni
film nie wzmocni silnej wiary, ale też jej nie osłabi. Średni film nie sprawi
też, że niewierzący uwierzy – nawet, jeśli miałby uwierzyć tylko w to, co
zobaczył na ekranie. | |
 |
rok produkcji - 2009
reżyseria - Peter Cornwell scenariusz - Tim Metcalfe, Adam
Simon
kostiumy - Meg McMillan zdjęcia - Adam Swica czas
projekcji - 102 minuty
|
AKTORZY
Virginia Madsen Elias Koteas Martin Donovan Kyle Gallner Amanda
Crew |
|
|
Autor recenzji:
Bolesław Dochuński-Duchoński - BD-D |
Klub Miłośników Filmu, 30 czerwca 2009
STRONA GŁÓWNA |
RECENZJE KMF |
NAPISZ DO AUTORA
| |