Rosyjska Arka

"2000 aktorów, 300 lat historii Rosji, 33 pomieszczenia Muzeum Ermitaż, 3 orkiestry na żywo, 1 ujęcie." - tak reklamuje się film Aleksandra Sokurowa, który - jeśli wierzyć twórcom, jest precedensem w historii kina. Oto przed nami ponad 90 minut ciągłego, perfekcyjnego ujęcia, gdzie ani kamera, ani aktorzy, ni setki statystów, nie popełnili niemal żadnego błędu. Niemal, gdyż dwa razy zdarzyło się, że ktoś spojrzał wprost w kamerę (subiektywne spojrzenie niewidocznego bohatera) - raz jest to dziecko, drugim razem niejaki Książę Khozrev. Całość filmu została nakręcona w High Definition za pomocą kamery Sony HDW - F900 (takim samym sprzętem George Lucas nakręcił swój "Atak Klonów"), a w postprodukcji materiał był obrabiany w komputerze, na nieskompresowanych plikach, czyli bez żadnej utraty jakości. Film ujrzał celuloid dopiero w momencie, gdy były przygotowywane kopie kinowe. "Rosyjska Arka" kręcona była steadicamem przez niemieckiego operatora Tilmana Buttnera, który pracował także na planie "Biegnij Lola, biegnij" i "Upadku" (oczywiście jako operator steadicamu). "Rosyjska Arka" jest pierwszym obrazem, w którym Buttner w całości odpowiedzialny był za zdjęcia. Presja pod jaką działał, była ogromna, nie mógł bowiem zepsuć gigantycznego, logistycznie skomplikowanego przedsięwzięcia żadnym potknięciem, żadnym fałszywym ruchem kamery, złym kadrowaniem, czy nieostrym ujęciem, a finalne dzieło jakiego dokonał naprawdę zasługuje na uznanie, gdyż zdjęcia są przepiękne, a operator nie uciekał nawet przed tak skomplikowanymi zabiegami jak jednoczesny zooming (zbliżenie) do przodu i tracking (odjazd) do tyłu (co stwarzało wrażenie pogłębiania kadru - takie sztuczki widzieliśmy chociażby w "Vertigo" Hitchcocka - efekt lęku wysokości, nazwany zresztą 'vertigo-effect'). Cały film kręcony był przy naturalnym oświetleniu, choć wizualnym pięknem nie przebiło dzieło Sokurowa genialnego "Barry Lyndona" Kubricka, także filmowanego przy naturalnym oświetleniu (przy pomocy obiektywów stosowanych przez NASA). Za Buttnerem nie było żadnej ekipy filmowej, dźwiękowców, oświetleniowców itp. gdyż kamera stale była w ruchu, robiła obroty, nawroty, panoramy, najazdy i odjazdy - więc ktokolwiek za plecami operatora, mógł zepsuć pieczołowicie rozplanowane ujęcia, po prostu dostając się nieostrożnie pod oko kamery. Zdjęcia kręcone były w Muzeum Ermitaż w Sankt Petersburgu (w filmie pojawia się nawet prawdziwy dyrektor tego przybytku ;), które to muzeum miało być wkrótce zamknięte, przez co ekipa filmowa miała na nakręcenie filmu dokładnie 1 dzień! Według tego co mówią sami twórcy, 3 pierwsze podejścia nie udały się ze względów technicznych, a całość została nakręcona dopiero za czwartym, w pełni udanym podejściem. 70% 'akcji' "Rosyjskiej Arki" rozgrywa się w żółwim tempie - powolne spacery po kolejnych komnatach i spotkania z historycznymi osobami, tudzież ze współczesnymi ludźmi zwiedzającymi muzeum, krótkie rozmowy i stała narracja zza subiektywnego oka kamery i opowieści snute przez 'nieznajomego'. Dzięki tej powolności i spokojnej narracji, możliwość popełnienia przez aktorów czy kamerzystę jakiegoś błędu, została zmniejszona do minimum. Nie ma bowiem w "Rosyjskiej Arce" dynamicznych scen, skomplikowanych, emocjonalnych dialogów, czy zaawansowanej dramaturgicznie gry aktorskiej. Przez to też, film Sokurowa ogląda się niestety jak ciekawostkę, lśniącą błyskotkę, choć pełną przepychu, to nieco bezpłciową, bo pozbawioną jakiegokolwiek rozwoju akcji czy bohaterów, nie mówiąc już o jakichkolwiek emocjach. Oczywiście robi wrażenie to, że w każdej komnacie są ludzie, aktorzy, statyści, że wszystko jest dopięte na ostatni guzik, ale dzieło rosyjskiego reżysera ogląda się 'na śpiocha', bo jeśli ktoś nie jest fascynatem historii Rosji, to w końcu i piękne pomieszczenia i wspaniałe obrazy na ścianach go znudzą.
Wszystko zmienia się po upływie pierwszej godziny, gdy wraz z subiektywną kamerą i 'nieznajomym' trafiamy w sam środek historycznego wydarzenia, jakim jest przyjęcie przez Mikołaja I emisariuszy perskich. Tu cała sala wypełniona jest po brzegi (kamerzysta nie idzie na łatwiznę i wpycha się pomiędzy najciaśniejszy rząd statystów) żołnierzami i politykami. To właśnie tu niejaki Książe Khozrev spogląda wprost w kamerę, choć za chwilę 'nieznajomy' przypomina, że bohatera-obserwatora nikt nie może zobaczyć ;). Uroczystość jest przygotowana i przebiega z ogromnym pietyzmem i dbałością o każdy detal takiego spotkania na wysokim szczeblu. Punktem kulminacyjnym "Rosyjskiej Arki" jest jednak dopiero wielki bal, który rozpoczyna się w 1 godzinie i 14 minucie filmu. Śledzimy tu najpierw szarpane skrawki rozmów zaproszonych na wielką salę gości (a są ich setki!), by po chwili kamera zaczęła krążyć wśród dziesiątek tańczących par, w rytm muzyki granej na żywo przez prawdziwą orkiestrę - to najbardziej dynamiczne i żywe momenty "Arki". Operator nawet na sekundę nie gubi ostrości, nie zbliża się też do aktorów (ani oni do kamery) na tyle blisko, aby ktoś mógł wpaść na niego i zepsuć ponad godzinę już wykonanej, koszmarnie trudnej operatorsko / aktorskiej pracy. Aż trudno uwierzyć, że ten zorganizowany chaos udało się poprowadzić reżyserowi w tak perfekcyjny sposób, że nikt ani nic nie sprawia wrażenia, że coś poszło lub mogło pójść nie tak. Aktorzy na balu spisali się na 5+, są naturalni i uśmiechnięci choć wiadomo jak musieli się czuć, gdy pomyśleli tylko o tym, co by było gdyby w jakiś sposób któryś z nich zepsuł ujęcie. Nikt nie spogląda w kamerę, każdy jak w zegarku zna swoje miejsce i czas, choć po nikim nie widać zdenerwowania, wymuszonych bądź zbędnych gestów. Gdy kończy się bal, wszyscy biją brawo i choć statyści grają tak naturalnie, jakby naprawdę wśród nich nie było kamery, to czuć (bo to już końcówka filmu) że to brawa skierowane nie tylko do filmowej orkiestry, a do wszystkich aktorów i statystów właśnie, a przede wszystkim dla żelaźnie opanowanego Tilmana Buttnera, który doprowadza dzieło do końca. W 1 godzinie i 25 minucie filmu, cały tłum zaczyna opuszczać salę i dopiero teraz widzimy prawdziwy ogrom przedsięwzięcia, gdy przez korytarze pałacu, wychodzą setki (być może nawet więcej niż tysiąc!) statystów, rozmawiając, śmiejąc się, a między nimi wciąż przemyka bezbłędnie prowadzony steadicam. Ujęciem kończącym "Rosyjską Arkę" jest jazda steadicamu do tyłu, kiedy tłum rozstępuje się, a następnie wraca na miejsce przed oko kamery. Jeśli faktycznie dokonano tego wszystkiego przy pomocy jednego tylko, trwającego 90 minut ujęcia, to należy filmowi Sokurowa oddać głęboki pokłon, gdyż film choć nudny, z powodu tego technicznego wyczynu ogląda się nieźle, z niekłamanym zachwytem i... ciekawością, czy przypadkiem twórcy nie zrobili tu i ówdzie montażowych cięć. Trudno wszak uwierzyć w tak perfekcyjne, nienaganne zgranie wszystkich elementów, a dodając do tego fakt, że całość została nagrana w ciągu jednego dnia - naprawdę można zacząć powątpiewać w wersję 'jednego ujęcia'. Przyglądając się zatem "Rosyjskiej Arce" bardziej krytycznym i wnikliwym okiem, można zauważyć kilka miejsc, w których cięcia mogły mieć miejsce. Wymienię kilka takich miejsc, choć nie twierdzę, że cięcia tam były, lecz że być mogły. Nie ma bowiem w żadnym z tych momentów czegoś, co w 100% zdradzałoby, że jest tam ukryte łączenie ujęć. Są to w większości przypadków najazdy na ciemne zakamarki, zaciemnione kolumny zasłaniające na chwilę wszystko inne, zbliżenia detali na obrazach - z chwilowym zatrzymaniem ujęcia itp. itd. I tak jak można założyć, że cięcie tam było, tak samo szybko można dowieść, że żadnego cięcia tam nie było - bo nie widać przeskoku obrazu, zmiany oświetlenia, drgnięcia kadru itd. Pierwsze takie nieco podejrzane miejsce to 5 minuta i 45 sekunda, gdy kamera przejeżdża w bardzo bliskiej odległości kolumny, aż ekran wypełnia całkowita czerń. 9 minuta i 45 sekunda - aktorzy idą zaciemnionymi schodami, robi się tak ciemno, że przez ułamek sekundy nic nie widać. Minuta 28 i 26 sekunda, dziwne rozmazanie kadru podczas najazdu na obraz. 38 minuta i 36 sekunda to najbardziej podejrzany o cięcie moment, gdy podczas filmowania obrazu jest odczuwalny niewielki, odrobinę nienaturalny ruch kamery. Jest jeszcze kilka takich miejsc, ale pisanie o nich mija się z celem, gdyż są to tylko nieśmiałe domysły, których nijak udowodnić się nie da, a którymi nie chcę na siłę podważać prawdomówności twórców. Pewne jest jednak, że trwająca ponad 15 minut, pełna rozmachu sekwencja balu, została skręcona w 100% na jednym ujęciu, gdyż na takim tłumie ludzi każda ingerencja monterskich nożyc byłaby idealnie widoczna i niemożliwa do zamaskowania, nawet przy pomocy komputera. Tak więc z braku dowodów muszę w tym momencie zarzucić moje śledztwo mające na celu wytropienie cięć - i ze spuszczoną głową przyznaję "Rosyjskiej Arce" pierwsze miejsce wśród Najdłuższych ujęć w historii kina. Wielkie brawa!!!