SUPERHERO
Wszyscy zapewne pamiętają świetny skądinąd zeszłoroczny film M. Nighta Shyamalana "Szósty zmysł". Był to bardzo udany obraz, z wyśmienicie podawaną dawką strachu, z gęstym klimatem zagrożenia. Film zdobył 6 nominacji do Oscara, w tym te najważniejsze: za sam film, reżyserię, scenariusz oryginalny. I oczywiście wszyscy pamiętają rolę małego Joela Haleya Osmenta. Po "Szóstym zmyśle" nie mogłem zasnąc chyba przez tydzień czasu, taki sugestywne było dzieło hinduskiego reżysera.

Nie bez podstaw więc można twierdzić, że Shyamalan jest jednym z najbardziej utalentowanych i wielce obiecujących twórców. Obecnie spadło na niego jażmo spełnienia oczekiwań. Bo jeśli miało sie tak znakomity poprzedni film, jasne jest, że presja jest ogromna. Czy Shyamalanowi udało się "udobruchać" publiczność (a i jednocześnie krytyków)? Wedle mojego uznania, choć to stwierdzam z bólem, ale nie. Tym razem nie wyszło, coś nie dopisało, czegoś zabrakło... Ale na tym skupię się póĽniej.
O czym jest film?
David Dunn jest łysiejącym facetem... lecz nie jest to ważne. Wraca właśnie z Nowego Jorku do Filadelfii pociągiem. Wydarza sie katastrofa... Wszyscy pasażerowie giną... Wszyscy oprócz jednego - właśnie Davida. Nie ma on nawet jednej ranki, żadnego złamania, kompletnie nic. Niczym cud. Wraca do domu oszołomiony. Dlaczego tak sie stało? O co chodzi? On jeden spośród 131 osób. Przypadek? Zbieg okoliczności? Szczęście? Jeden wielki mętlik w głowie.

Poznajemy też drugą postać tej opowieści, Elijaha Price, który cierpi od początku życia na nieuleczalną chorobę. Chodzi o podatność na złamania, Elijaha w młodości nazywano nawet Panem Szklanką. Dedukując doszedł on do wniosku, że skoro istnieją tacy ludzie jak on (czyli nieszczęśnicy, podatni na choroby na przykład) na drugim biegunie musi być ktoś, kto jest jego własnie przeciwieństwem (czyli osoba niezniszczalna, nie do złamania). Osobą taką jest mężczyzna ocalały jako jedyny z katastrofy. Elijah odnajduje Davida i próbuje mu wyjaśnić zagadkę jego ocalenia.
David nie traktuje tego poważnie, lecz jednak z czasem przypomina sobie swoją przeszłość: on rzeczywiście nigdy ani nie chorował, ani nie miał złamania, ani nic. Nie doznał nigdy żadnego uszczerbku na zdrowiu. Niczym niezniszczalny. Tajemniczy Elijah sugeruje Davidowi, że ten ma jakąś nadzwyczajną moc, może nie nieśmiertelność, ale jest on niczym te postacie z komiksów, ci wielcy herosi, tacy niezniszczalni. Absurd? A i owszem, bo jak można traktować coś takiego poważnie. Jednak Elijah uważa, że poznanie prawdy wyzwoli go od niepewności, od kłopotów. David więc może być superhero?

Co się pierwsze rzuca w oczy, to spokój. Spokój opowieści. Obserwacja bohaterów. Z podobnym zabiegiem mieliśmy doczynienia w "Szóstym zmyśle". Kamera wolno się porusza, idzie za bohaterami, obserwuje ich twarze, reakcje, próbuje odczytać ich myśli. Nie ma pośpiechu. Może to sie wydawać dla niektórych nudne. Jest to jednak pewnien styl, jakże oryginalny Shyamalana. Ja to bardzo doceniam. Shyamalan jest bardzo utalentowany. To bardzo dobry reżyser.
Ale mam parę "ale". Po pierwsze, choć nie najważniejsze: Bruce Willis. Zagrał tutaj naprawdę bardzo dobrze. Jednak jest aktorem zbyt statycznym, takim "powierzchownym", z którego trudno odczytać emocje, to co się dzieje wewnątrz człowieka. Do tej roli nadawałby się ktoś, kto potrafi oddać ten tragizm, wewnętrzny ból, walkę (na przykład Kevin Spacey jest za takowego aktora uważany).
Po drugie, już ważniejsze: scenariusz. Nie chodzi o to, że jest pełen dziur, nielogiczności. Nie. Jest logiczny. Jednak sam pomysł, jak i rozwinięcie motywu niezniszczalnego SuperHero (w filmie nie jest to tak bzdurne jak to teraz brzmi) jest trochę jeśli nie niedokończone, to niedopracowane.

Po co skupiać się na motywie "komiksowych bohaterów" skoro można było przedstawić całą historię jako dramat tego "jedynego" ocalałego z katastrofy. Niestety to sie w pewnym momencie trywializuje. Niestety. Nie mamy żadnej bzdury, ale jednak prosi się o coś innego, nie jakiegoś głębszego "udramatyzowania", ale o trzymanie się powiedzmy, że racjonalności. Ten film byłby bardzo, bardzo dobry gdyby właśnie na racjonalność postawiono. A tak mamy "Siódmy zmysł".
Pamiętam świetny film Petera Weira "Bez lęku" ("Fearless") gdzie bohater jako jedyny ocalał z katastrofy lotniczej. To był powód do zmiany życia, zastanowienia się od nowa nad Wszystkim dosłownie. To było bardzo ludzkie. W "Niezniszczalnym" tego brakuje. Pierwiastka ludzkiego dramatu. Przybiera on jedynie postać zbyt powierzchowną (kto oglądał, dodam jeszcze, że zbyt komiksową w pewnym momencie), abym się zachwyacał pod niebiosa.

Jednak kto obejrzy ten film do samego końca, zauważy jednak ten pierwiastek ludzki (końcowe napisy). To się chwali.
Myślę, że ten film może wielu ludzi rozczarować. Nie straszy jak "Szósty zmysł", nie jest prawdziwym dramatem jak "Bez lęku" Weira. Nie jest też komedią, ani filmem akcji, ni thrillerem. Lecz ma w sobie coś niezwykłego. Może ta obserwacja i ten spokój? Może ta niejasność, ten klimat? Mi się nowy film Shyamalana podobał, ale nie zachwycił...
Na swoją obronę mogę tylko dodać, że "Unbreakable" zafascynuje wielbicieli komiksów. Padały głosy, że struktura filmu i budowa postaci bazują na schematach, które zauważyć można w komiksach. Ten Zły i ten Dobry, Zdolności i Umiejętności postawione na przeciw Zwykłości i Przeciętności. A dzieło Shyamalana opowiada o tworzeniu komiksu, powolnym tkaniu złożonej (w swej prostocie) historii o superbohaterze. Przyznam, że za wiele komiksów nie czytałem, jestem daleki do fascynacji opowiastkami obrazkowymi i takimi jak "Niezniszczalny" komiksami w konwencji dramatu.
NIEZNISZCZALNY (Unbreakable)
premiera: 9.02.2001
premiera w USA: 22.11.2000
czas: 107 min.
reżyseria: M. Night Shyamalan
scenariusz: M. Night Shyamalan
muzyka: James Newton Howard
zdjęcia: Eduardo Serra
kostiumy: Joanna Johnston
montaż: Dylan Tichenor
obsada:
Bruce Willis jako David Dunne
Samuel L. Jackson jako Elijah Price
Spencer Treat Clark jako Joseph Dunne
Robin Wright Penn jako Megan Dunne
Greg Korin
Natalie Hultman
John Patrick Amedori
Mark Barnish
Joey Perillo
Sean Oliver
AUTOR RECENZJI:
Rafał Oświeciński - DESJUDI
