Strona główna KMF
        

Czy można być urodzonym mordercą? Czy można być z gruntu złym, urodzić się z pierwiastkiem zła duszy i umysłu, który wykiełkuje i rozwinie się w późniejszym życiu, wydając na świat seryjnego eksterminatora prawa, ładu i dobra? Niepożądany czynnik społeczny, defekt genetyki i natury? Tytuł filmu Olivera Stone'a zdaje się mówić, że tak, ale wraz z poznaniem głównych bohaterów, przekonujemy się, że początkowo to całkiem normalni, przeciętni ludzie, a tytuł ów z czasem nabiera nowego, równie strasznego wymiaru. Świat, w którym funkcjonują Mickey i Mallory rysuje się jako całkowicie zdegenerowany, wypłukany ze wszelkich ludzkich odruchów i uczuć. To świat konsumpcji i prymitywów, wyzuty z miłości, duszy, moralności. Podobnie wyglądają sylwetki rodziców głównych bohaterów - pełne znieczulicy, swoistej nienawiści, obojętności, pastwiące się nad swoimi dziećmi, postacie groteskowe i wręcz makabryczne. Sekwencje ukazujące dom rodzinny Mallory przedstawione zostają w konwencji sitcomu, z rodzicami dziewczyny w rolach głównych. W podkładzie dźwiękowym słychać sardoniczny śmiech, ktoś ma ubaw po pachy, ktoś oklaskuje zaistniałą sytuację. To co widzimy na ekranie nie daje nam jednak powodów do śmiechu. Dialogi są prymitywne i poniżające odbiorcę, sposób zachowania ohydny, relacje między członkami rodziny niezdrowe, wręcz chore. To wszystko dziwnie nam się z czymś kojarzy. Codziennie możemy zobaczyć w telewizji podobne zachowania, podobnych bohaterów, może nie tak karykaturalnie hiperbolizowanych, ale odziaływujących na widza na podobnych zasadach. Pożywka dla mas, posuwająca się coraz dalej w prezentowaniu kontrowersji na coraz niższych szczeblach poczucia smaku i moralności. Do czego zmierzają media, zdaje się pytać twórca? Do czego zdolne są się posunąć? Tania sensacja, popkulturowy chłam zapychający nasze konformistyczne mózgi, szukanie odrealnionego świata, syntetycznego i mdłego, w celu zabicia poczucia swojej własnej niestrawnej rzeczywistości, prymitywna rozrywka, bazująca na krwi, perwersji, poniżaniu i dehumanizacji. Wszystko dla mas, wszystko dla nas. A najlepsze jest to, że wszyscy się na to godzą. W dobie groteskowych mediów, reżyser rysuje satyrę na amerykańskie społeczeństwo, zapatrzone w medialny absolut, dopatrujące się w nim sposobu na życie. A wokół pozostają zgliszcza człowieczeństwa, masy drapieżców i ich konsumpcyjnych ofiar, które dostały zadyszki w tym nieustającym biegu i zasiadły przed ekran, żeby móc to wszystko obejrzeć w zaciszu własnej nory. Tak właśnie wygląda świat, w którym żyją Mickey i Mallory, tak wygląda Ameryka, czy tak wygląda też nasze podwórko? Stone znacznie przerysowuje i wyolbrzymia zaobserwowany świat i społeczeństwo, demonizuje stan społeczny, ale my czujemy, wiemy, że to prawda, w ujęciu satyrycznym i groteskowym ale prawda. To właśnie świat spładza morderców, rodzi ich w łonie zgnilizny i dehumanizacji. Urodzeni aby zabijać? Urodzeni aby żyć. Aby funkcjonować jako ludzie, aby kochać. Jest wiele form buntu, ucieczki od świata-molocha, który nas osacza, przenika do każdego trybu i pierwiastka naszego życia, mutując go do postaci biologicznej papki. To przede wszystkim anarchia, ale tę uprawiają jedynie silne jednostki. Świat nie daje szans Mickey'mu i Mallory. Ich życie determinuje w nich poczucie bezsensu, alienacji, apatii i zobojętnienia wobec tej całej makabry rozgrywającej na ich oczach. Chcą być normalni, indywidualni i wolni. Bunt przybiera formę adekwatną do świata, wobec którego zostaje wysunięty, Mallory morduje swoich rodziców, a następnie oboje uciekają, po drodze zbierając srogi plon zadośćuczynienia. Nieokiełznani, wyzwoleni i kochający. Każdy kolejny mord umacnia ich uczucie, stają się seryjnymi mordercami, a my obserwujemy ich każde następne posunięcie. Do cholery! Dlaczego nie czujemy do nich takiej samej odrazy i pogardy jak do przedstawionego świata, jak do naszego świata?! Dlaczego czujemy do nich sympatię, dlaczego chcemy żeby im się udało? Dlaczego chcą tego wszyscy widzowie, którzy w swoim konsumpcyjnym akcie, śledzą poczynania Mickey i Mallory, wynosząc ich do rangi ikony pop-kultury? Dlaczego? My jesteśmy widzami obiektywnymi, wiemy, że to film, fikcyjni bohaterowie, wiemy, że to satyra, zmuszająca do refleksji, do socjologicznego i psychologicznego poznania społeczeństwa przedstawionego jak i samego siebie. Nasze chłodne oceny to osąd zarówno Mickey i Mallory jak i społeczeństwa amerykańskiego (czy też uniwersalnego). Co widzą telewidzowie? Dlaczego kibicują mordercom i się z nimi utożsamiają? To o wiele bardziej ekscytujące, opowiadać się po stronie buntu, niekonwencjonalności w toku płaskiego życia, po stronie bohaterów nieokiełznanych, będących ponad wszystkim, nieograniczonych prawem, normami, moralnością, będących bogami swojego świata. To kolejna wielka gra, "igrzyska dla mas", przedstawiciele prawa jako jednostki podporządkowane, postępujące zgodnie z konwencją, nieatrakcyjne, których wygrana nie wzbudzi większych emocji - kontra seryjni mordercy, bez żadnych oporów, niebezpiecznie zbliżających się do rekordu bandy Mansona... Ich wygrana będzie spektakularna. W końcu to telewizja, co nas obchodzą trupy, liczy się adrenalina. I znowu zabrzmi sardoniczny nieludzki śmiech... Po czole spłynie kropla sadystycznej ekstazy...


  

  


Co jednak widzimy my czego nie widzą telewidzowie, śliniący się z prymitywnej ekscytacji na widok seryjnych morderców? To przede wszystkim miłość... Miłość tak właściwa kinu Quentina Tarantino, podana jednak w paranoidalnym pandemonium Stone'a. To miłość wzniesiona na totalnym anihiliźmie uczuć, na świecie zdegradowanym i odczłowieczonym. Najczystsze uczucie zrodzone na brudzie, grzechu, całkowitej anomalii! Tak było w "True Romace", tak jest i tu. Odczuwamy ten dysonans, gdyż to naprawdę szczery absurd. Ludzie seryjnie zabijający w imię miłości, mordujący bez mrugnięcia okiem, czy ktoś wyzbyty moralności, może kochać i to tak szczerze, szlachetnie? Nie mam pojęcia. Zrodzony absurd uwypukla jednak to wielkie uczucie, wręcz gloryfikuje je. Bo oto dzieci zdegradowanego świata, wykazują najczystsze z uczuć, którego nigdzie indziej zaobserwować nie możemy. Więc może to także jest oznaką buntu, wobec ludzi którzy nie potrafią kochać? Społeczeństwo, świat nie pozwala im jednak na czysto ludzką miłość, opartą na racjonalnym humaniźmie. Może to ich tak wkurza, to że są upadli, że nie mogą funkcjonować po ludzku. Że ich miłość to wybryk i to specyficznie makabryczny. Może seryjne mordy to akt zemsty nad światem, może oni próbują zamordować cały ten świat... Miłość ich eksplikuje, oczywiście nie do końca. To dalej potwory, mordercy bez uczuć, ale to najbardziej ludzkie potwory występujące w tym filmie... To właśnie czyni z Mickey i Mallory bohaterów, którzy zaskarbiają naszą przychylność. W bagnie przedstawionym cały świat jest po prostu bardziej zdegradowany niż ukazani nam seryjni mordercy, którzy przynajmniej mają wolę oddychania powietrzem autentycznego życia. Postacie przewijające się przez cały film wzbudzają w nas coraz mocniej zakorzenioną ohydę. Psychopatyczny komisarz Scagnetti, lubujący się w perwersyjnych zabawach, szukający możliwości, aby się wybić. Poluje na Mickey i Mallory, bo wie, że tak okrzyczana zwierzyna będzie wielce gratyfikującym trofeum. Z drugiej strony fanatyczny dziennikarz, produkujący konsumpcyjną pożywkę, napędzany żądzą kariery, nie potrafiący już normalnie żyć. Rzuca się na najchwytliwsze tematy, bazując na najniższych instynktach odbiorców, demonizuje postępowanie Mickey i Mallory, tworzy ich przerysowany wizerunek medialny. Kreuje ich na nowych idoli. Na idoli, którzy są niezbędni całej medialnej strukturze. Takich postaci jest więcej, choćby rodzice głównych bohaterów, wszyscy oni składają się na niemalże apokaliptyczny wizerunek norm i zachowań panujących w świecie. Zależność drapieżnik - ofiara, niczym w łańcuchu pokarmowym. Wielki wyścig szczurów, można by się zapytać ku czemu? Ale czy świat daje nam jakąś alternatywę - jeżeli nie zaczniesz biec, automatycznie zostaniesz ofiarą, pożartą przez drapieżcę. Na samej górze drapieżcy walczą między sobą o prymat, po trupach i w skrajnej znieczulicy, przepychają się do padliny - władzy, pieniędzy, pozycji i kariery. Mickey i Mallory tworzą coś na kształt alternatywnych drapieżników. Pragną pożreć, unicestwić wszystkich innych rywali, także po trupach, w tym wypadku jednak dosłownie. Zbyt dosłownie... Jedyną pozytywną jednostką okazuje się być stary Indianin. Z chwilą, gdy Mickey i Mallory zawitają do jego chaty, rozpoznaje w nich demony. "Za dużo telewizji" - mówi. Odwołując się do mistycyzmu i przyrody, sił w tym filmie nieogarniętych, anonimowych, czystych i zapomnianych, w kilku kluczowych momentach także sprawczych, Indianin przeprowadza egzorcyzmy, chce wypędzić z nich demony zrodzone ze zdehumanizowanej materii. Nie udaje mu się, bo to nie są demony w pojęciu złego ducha, to po prostu urodzeni mordercy...



URODZENI MORDERCY

Tytuł oryginalny: Natrual Born Killers
Rok produkcji: 1994, USA
Czas trwania: 122 min.

Reżyseria: Oliver Stone
Scenariusz: O. Stone, Q. Tarantino, D. Veloz, R. Rutkowski
Muzyka: Peter Gabriel, Brent Lewis, Trent Reznor
Montaż: Brian Berdan, Hank Corwin
Zdjęcia: Robert Richardson

Występują:

Woody Harrelson (jako Mickey)
Juliette Lewis (jako Mallory)
O-Lan Jones (jako Mabel)
Lanny Flaherty (jako Earl)
Rodney Dangerfield (jako ojciec Mallory)
Edie McClurg (jako matka Mallory)
Sean Stone (jako Kevin)
Robert Downey Jr. (jako Wayne Gale)


e-mail
 Autor recenzji: Rafał Grynasz - Vincent VEGA