Strona główna KMF

   
 

    

     Czytane tu i ówdzie recenzje czy streszczenia przygotowują przyszłego widza "Uśmiechu Mony Lizy" na feministyczną wariację na temat "Stowarzyszenia Umarłych Poetów" Petera Weira. Powiedzmy to na samym początku: jakość filmu Newella ma się tak do dzieła Weira, jak nie przymierzając, poezja Michała Wiśniewskiego do dokonań Zbigniewa Herberta. To, co otrzymujemy od twórcy "Czterech wesel i pogrzebu", to nie głęboko przemyślany traktat o budzącym się w młodych kobietach poczuciu piękna i własnej wartości, ale niewiele więcej niż przeciętny hollywoodzki produkcyjniak podfastrygowany na potrzeby przygasającej gwiazdy Julii Roberts. Nie powiem, ogląda się go bez wstrętu i z pewnością nie budzi ochoty przedterminowego opuszczenia kinowej sali, jednak próba porównania go do świetnego kina Weira jest z pewnością sporym nadużyciem.

Jest rok 1953, absolwentka UCLA, Katherine Watson, w nowym roku akademickim zdobywa niezwykle wymagającą posadę wykładowcy historii sztuki w konserwatywnym Wellesley College - elitarnej szkole dla dziewcząt. Nie bez znaczenia jest fakt, że rzecz ma miejsce w najbardziej konserwatywnym z konserwatywnych stanów USA, Massachusetts - ojczyźnie Harvardu i MIT. Pierwsze zajęcia z dziewczętami okazują się wcale niełatwe, a Katherine jest zmuszona znaleźć sposób, dzięki któremu nie tylko zdoła przekazać swoją wiedzę, ale również, a może przede wszystkim dotrzeć do ich wnętrza i zaskarbić sobie ich szacunek.

A jednak. Prolog do złudzenia przypomina "Stowarzyszenie ...", nieprawdaż? Na tym niestety podobieństwo się kończy, bo już bodaj w pierwszej minucie mamy niemały zgrzyt. Narratorka. To, czego chcielibyśmy dowiedzieć się w trakcie oglądania filmu, zostaje nam powiedziane w pierwszych scenach głosem Kirsten Dunst z offu. Ot i cała różnica między filmem dobrym a zaledwie przeciętnym. Narracja spoza kadru okazała się pomysłem całkowicie chybionym, który i tak nazbyt łopatologiczną fabułę (o czym później) przytłoczył dodatkowym jarzmem dosłowności. Okazało się, że był to pierwszy z wielu grzechów, na jakie pozwolili sobie twórcy "Mony Lizy". Kirsten Dunst, która odtwarza rolę Betty - czołowej antagonistki naszej bohaterki, to postać, w której rysunku popełniono bodaj najwięcej błędów. Betty jest bez wątpienia osobą zdolną, redaktorką szkolnego "organu prasowego" i utalentowaną dziennikarką, której felietony zdradzą lekkie pióro i skłonność do daleko posuniętej ironii. Dziewczyna jest niepokorna i nie ma sobie równych w manipulowaniu koleżankami, a i "ciało pedagogiczne" nie pozostaje obojętne na jej szczególne zdolności. Tym bardziej w jej zachowaniu dziwi przypisany przez scenarzystów konformizm, uległość wobec matki i skrajny konserwatyzm. Zwyczajnie niewiarygodnym wydaje się, że jedynym marzeniem osoby tak inteligentnej i utalentowanej jest przygotowywanie mężusiowi obiadków i cerowanie skarpetek. Odniosłem wrażenie, że to Joan (bohaterka zagrana przez Julię Stiles) - druga z wyeksponowanych postaci, powinna była zostać wyposażona w te właśnie cechy. I to ona, zarysowana zdecydowanie delikatniejszą kreską, bardziej wyciszona i skupiona jest postacią zdecydowanie ciekawszą i chyba jednak lepiej zagraną. Oczywiście postawienie w opozycji postaci Betty i Joan ma służyć jednemu - zaskoczeniu widza mentalną przemianą jaką przejdą. Rzecz w tym, że przynajmniej w przypadku Betty wolta jest tak przewidywalna, że aż się słabo robi. Wydaje się, że główną wadą scenariusza obok pozostawiającego wiele do życzenia wizerunku niektórych przynajmniej postaci, są próby dopowiedzenia wszystkiego do końca bez pozostawiania czegokolwiek interpretacji oglądającego, co zapoczątkowane przez voice-over w pierwszych minutach trwa niemal do napisów końcowych. Zdaje się to potwierdzać niezbyt wygórowane mniemanie twórców o inteligencji widza, niestety. Wiele do życzenia pozostawia również tło historii, którym jest życie w campusie. Rozumiem, że celem twórców było pokazanie zakłamania i hipokryzji purytańskiej Nowej Anglii lat 50-tych, ale mimo to swobodne przejście "ciała pedagogicznego" do porządku dziennego nad stosunkami (również tymi fizycznymi) wykładowcy ze studentkami czy homoseksualizmem miejscowej pielęgniarki razi sztucznością. Objawy dulszczyzny znamy przecież i z naszej rzeczywistości, ale mimo wszystko siedząc na widowni odniosłem wrażenie sporego dysonansu, jakby scenarzysta przesadził (ponownie) z nadmierną ekspozycją tych wątków i nie pofatygował się z ich sprawnym zakończeniem czy wyjaśnieniem. Na moment wrócę jeszcze do aktorek, bo warto wspomnieć o jednej, dla której zdecydowanie trzeba "Usmiech Mony Lizy" obejrzeć. Może rozczaruję coraz już mniej licznych wielbicieli, ale nie jest to Julia Roberts, która nie pokazała niczego nowego, a wymierzona w nagrody rola okazała się po prostu zwyczajna. Mam na myśli zjawisko, któremu na imię Maggie Gyllenhaal. Jej Giselle Levy to emanująca kobiecością prowokatorka, a jednocześnie poszukujące ciepła, spragnione miłości dziecko, które za swoją pewnością siebie i wyemancypowanym sposobem bycia ukrywa prawdziwą wrażliwość. Oczu nie można od niej oderwać.

Mimo tego, co napisałem powyżej, "Uśmiech Mony Lizy" nie jest obrazem do końca zepsutym. Można mieć pretensje do sposobu konstrukcji postaci czy gry aktorskiej, ale mimo to pozostaje on filmem dosyć ciepłym i miłym dla oka. Wprawdzie od "Stowarzyszenia Umarłych Poetów" dzieli go różnica co najmniej klasy, ale wielu widzom, a szczególnie piękniejszej częsci publiczności, przyniesie z pewnością wiele satysfakcji.









Autor recenzji: KELLEY

kelley@poczta.onet.pl

Autor html: Maciek

maciek.xx@interia.pl


"MONA LISA SMILE (Uśmiech Mony Lizy) "| Reżyseria: Mike Newell| Scenariusz: Lawrence Konner| Zdjęcia: Anastas Michos| Muzyka: Rachel Portman| Występują: Julia Roberts, Kirsten Dunst, Maggie Gyllenhaal, Julia Stiles, Topher Grace, Ginnifer Goodwin| Czas: 119 min