Reglamentowana Rewolucja, Czyli "V jak Vendetta"
Na mniej lub bardziej drobne odstępstwa od komiksowego pierwowzoru,
mające złagodzić wymowę historii opowiedzianej pierwotnie przez Alana
Moore’a i narysowanej przez Davida Lloyda, powinna była mnie przygotować
już otwierająca film ni to wizja, ni to retrospekcja. Jest 5 listopada
1605, pochwycenie Guya Fawkesa udaremnia próbę wysadzenia brytyjskiego
Parlamentu. Spiskowiec zostaje stracony, jednakże idea obywatelskiego
nieposłuszeństwa, którą uosabiał, nie zostanie zapomniana. W wiele lat
po egzekucji na ulicach Londynu pojawi się tajemniczy człowiek w masce,
który odziany w pelerynę i uzbrojony po zęby stanie się nowym spiskowcem
walczącym z autorytarnym brytyjskim reżimem. W początkowej sekwencji
filmu Fawkes zostaje powieszony, umiera szybko i w sumie bezboleśnie.
Tymczasem każde angielskie dziecko, które rodzice przyprowadzili kiedyś
do Muzeum Figur Woskowych Madame Tussaud, pamięta zapewne postać Guya
Fawkesa, spływającego krwią i powieszonego na haku. O ile oczywiście
rodzice pozwolili swojej pociesze zajrzeć do Komnaty Okropieństw. Twórcy
"V jak Vendetta" podjęli się wobec widzów roli takich właśnie,
nadopiekuńczych rodziców. Postanowili zmienić wydźwięk całości, to i owo
przeinaczyć tworząc w efekcie film, który kokietuje co nieco
"nieprawomyślnością", nie posuwa się jednakże poza bezpieczne granice
wyznaczone dla filmowej rozrywki.
Jak słusznie zauważył autor strony
poświęconej Alanowi Moore’owi (http://www.alanmoorefansite.com),
zasadnicza różnica między komiksem a filmem dotyczy przesłania. O ile w
obrazkowej opowieści tajemniczy V był siewcą anarchii hamowanej jedynie
przez silne wewnętrzne przekonania o słuszności własnego postępowania, o
tyle w wersji ekranowej jego działania służą zaprowadzeniu prawdziwych
rządów ludu w miejsce władzy zbrodniczej junty. Obraz Anglii pod rządami
zamordystów został znacząco złagodzony. U Moore’a ludzie przymierali
głodem. Główna bohaterka wychodziła na ulicę, żeby handlować własnym
ciałem. W filmie spieszy się jedynie na potajemną randkę po godzinie
policyjnej. Rządząca klika też nie jest specjalnie przerażająca. Stojący
na czele reżimu Sutler przypomina bardziej chaplinowskiego Adenoida
Hynkela niż opętanego żądzą władzy, bezwzględnego dyktatora. Jego
podwładni wprawdzie biją, a nawet mordują, wyglądają jednak raczej jak
nienagannie ubrani adwersarze Bonda, niż trawiona chorobliwymi ambicjami
sfora sadystów i dewiantów, sportretowana w komiksowym pierwowzorze.
Film broni się jednak kilkoma mocnymi punktami. Po pierwsze, dobrą rolą
Natalie Portman. Udaje jej się tchnąć życie nawet w co bardziej
pretensjonalne kwestie. Postać Evey, podopiecznej zamaskowanego
burzyciela starego ładu, wypada na ekranie przekonująco. Dziewczyna
przechodzi metamorfozę niemal żywcem wyjętą z podręcznika dla
scenarzystów - od miotanego sprzecznymi uczuciami podlotka, który
wypiera bolesne wspomnienia o rodzicach zamordowanych za sprzeciwianie
się władzom, do w pełni świadomej swojej siły młodej kobiety. Portman
pozostaje jednak w tym wszystkim wiarygodna. Dzięki bogatemu
repertuarowi środków wyrazu i dyskretnej ironii podtrzymuje
zainteresowanie widzów swoją postacią. Na wysokości zadania staje też
Stephen Rea jako policjant balansujący pomiędzy uległością wobec
zwierzchników a próbami dotarcia do prawdy. Na uwagę zasługuje również
dobrze dobrana muzyka. Na przykład nieco ckliwej scenie tańca Evey z jej
obrońcą i nauczycielem nie towarzyszy jakaś cukierkowa melodyjka, tylko
przejmująca pieśń grupy Antony and the Johnsons – muzyka, której raczej
nie uświadczymy w radiowych zestawieniach.
Za "V jak Vendetta" stoi myśl będąca czymś
więcej niż mechanicznym powtarzaniem truizmów, tym niemniej autorzy
zdecydowali się pozostać na bezpiecznym gruncie prawd powszechnie
akceptowanych przez w istocie dość zachowawczy amerykański przemysł
filmowy. Gdzieniegdzie – w miejscach, gdy pozostają wierni pierwowzorowi
– udaje im się nieco wyściubić nosa poza te ramy, jednak ekranizacji
daleko do prawdziwie wywrotowego manifestu, jakim był komiks. Zapewne
jednak widzowie, którzy nie znają obrazkowej opowieści, spojrzą na film
nieco łaskawszym okiem.
Niezależnie jednak od tego, z jakimi uczuciami wyjdziemy z kina, "V jak
Vendetta" skłania do pytań o kondycję twórczą braci Wachowskich –
producentów i autorów scenariusza. Postępujący spadek formy reżyserskiej
i coraz bardziej widoczny brak pomysłów przy kolejnych częściach "Matrixa"
można było zrozumieć. Niełatwo stworzyć w stosunkowo krótkim czasie
kontynuację filmu tak naładowanego pomysłami rodzącymi się zapewne przez
długie lata. Jednakże w przypadku "V jak Vendetta" Wachowscy dysponowali
pierwszorzędnym materiałem wyjściowym o sile rażenia dynamitu, który to
materiał poddali ugrzeczniającym zabiegom. Możliwe, że zrobili to pod
presją studia. Tak czy inaczej udowodnili jednak, iż nadane im po
sukcesie "Matrixa" miano wizjonerów staje się coraz mniej zasłużone. Nic
dziwnego, że Alan Moore postanowił trzymać się od filmu z daleka i
zażądał usunięcia swojego nazwiska zarówno z napisów, jak i z wszelkich
materiałów promocyjnych.
 |
V jak Vendetta
(V for Vendetta)
Reżyseria: James McTeigue
Scenariusz: Andy i Larry Wachowski
Na podstawie komiksu Alana Moore’a i Davida Lloyda
Zdjęcia: Adrian Biddle
Montaż: Martin Walsh
Muzyka: Dario Marianelli
USA/Niemcy, 2005
Występują:
Hugo Weaving
jako V
Natalie Portman
jako Evey
Stephen Rea
jako Finch
John Hurt
jako Adam Sutler
Roger Allam
jako Lewis Prothero
Stephen Fry
jako Deitrich
I inni
Klub
Miłośników Filmu | 27 III 2006 |
|
| Autor recenzji:
Paweł "ShandoR" Marczewski -
ShandoR |