![]() |
|
Wraz z ogromnymi nagrodami wyznaczanymi za ich głowy pojawia się nowy rodzaj myśliwych: Łowcy Nagród. Jeden z Łowców jest inny niż reszta. To Dunpeal - pół człowiek, pół wampir." Tak oto rozpoczyna się jedna z najwspanialszych opowieści o tych którzy zostali skazani na wieczne życie, a także jedno z najbardziej udanych anime, jakie przyjemność miałam oglądać. Pierwsze co ukazuje się naszym oczom to jasny księżyc. Słyszymy dźwięk rozcinanego powietrza, ujadanie psa, które przechodzi w skamlenie... i stukot kół karety. Widzimy też pokój, w nim kobietę, oczekującą w dużym napięciu na coś, co zaraz się wydarzy. Wtem otwiera się okno jej pokoju, więdną kwiaty, a lustro pęka. Ukazuje się mężczyzna, który unosi ją z łóżka, otulając swym płaszczem. Po tym wstępie sceneria ulega zmianie. Nastaje dzień, a w kadrze widzimy dłoń nerwowo zaciskającą palce na karabinie, obok kolejne postaci, mierzące w stronę leniwie zbliżającego się punktu. Mężczyzna w długim, czarnym płaszczu i szerokim kapeluszu zsiada z konia, podchodząc do dwójki ludzi wyjaśniających po co został wezwany. Ma odnaleźć córkę starszego z nich, a siostrę młodszego, porwaną przez wampira. Po zażądaniu znacznie wyższej ceny niż ustalona, udaje się w pościg, nie wiedząc jeszcze o tym, iż kobieta uciekła z własnej woli...
Początek fabuły całkiem zgrabny, aczkolwiek sama historia daje szansę na popadnięcie w sentymentalizm i wiele uproszczeń. Kto oglądał "Vampire Hunter D" z roku 1985 może uważać że będzie dominowało to co i tam - zatem klimat wyłącznie, uzupełniony perfekcyjnie skomponowaną muzyką. Na szczęście o kontynuację pokusił się pan Yoshiaki Kawajiri, którego to filmy charakteryzują się dobrze utrzymanym tempem, takimi rysunkami i zgrabnie opowiedzianą historią. Po "Wywiadzie z wampirem" nie było właściwie filmu, gdzie wampiry budziłyby uczucie współczucia skierowane w innym kierunku, niż ku ich twórcom. Liryczna historia o samotności, wiecznym zawieszeniu między życiem a śmiercią, została bowiem znacznie uproszczona. Wampiry odrażają więc samym swym wyglądem, albo też ukazują biel kiełków niczym z reklamy pasty do zębów. Tutaj, z tego zakorzenionego już schematu, wyłamał się pan Kawajirii, dodatkowo czyniąc także pewne zmiany w samej postaci Dunpeala. W wersji z roku 1985 nasz bohater jest niepokonany, a do tego najszlachetniejszy z rodu - błękitna krew w żyłach dość ciekawego herosa. Niestraszny mu nawet wiekowy hrabia o niezmierzonej mocy. Nie potrzebuje od nikogo wsparcia. Tłumi uczucia, a jednak kilkakrotnie obserwujemy jego przemianę w wampira. Jak śpiewa Nick Cave : "He's a god, he's a man, he's a ghost, he's a guru". W "Żądzy krwi" nie jest już tym pół-bogiem... To co w nim dominuje to ogrom zawzięcia, choć przeważnie jest krok za innymi łowcami.
Jeden raz możemy obserwować dosłowne zmierzenie się ze swą słabością, z tym co tak w sobie chce tłumić i wciąż unicestwiać, walka z przeznaczeniem pokazana zostaje podczas przemiany w wampira. Dunpeal stara się zapanować nad swym instynktem. Tego aspektu wyraźnie brakowało w pierwszej części, gdzie D. pozwalał folgować swej naturze, o ile było to przydatne w danej sytuacji. Nie było punktu ciężkości położonego na walkę z nią. Opowieść jednak stawiała na efektowność, nie poddając się pokusie obarczenia bohatera złożoną, wiarygodną osobowością. Sama narracja koncentrowała się też na jego postaci, podczas gdy tym razem wprowadzona zostaje wielowątkowość. Poznajemy dobrze historie czterech osób. Łączy je samotność, dokonana z wyboru, czy- jak w przypadku D. i wampira Maiera - skazanie na nią, przez fakt kim są. D. prowadzi również własną krucjatę - jego upór w pościgu za parą kochanków nie wynika z żądzy pieniędzy, jego strach ujmuje zdanie iż boi się, że wampir i śmiertelna kobieta dadzą życie kolejnemu stworzeniu, takiemu jak on sam. Postać zyskuje znacznie głębszy rys psychologiczny, aniżeli wcześniejsza. W zestawieniu z częścią pierwszą, kontynuacja ta wychodzi zatem obronną ręką. Nie ma co porównywać samego wykonania, albowiem "Bloodlust" jest na tej płaszczyźnie bezbłędne, natomiast i sama fabuła oraz postaci są dużo ciekawsze. Więcej punktów stycznych "Vampire Hunter D: Bloodlust" posiada z innym wyśmienitym dziełem japońskiego reżysera: "Ninja Scrool", aniżeli z poprzednim filmem o przygodach szlacheckiego potomka.
Podobieństwa z "Ninja Scroll" występują w obrębie sposobu snucia opowieści, w sposobie traktowania bohaterów, czy też w sposobie przedstawiania przeciwników D. Natomiast on sam znacznie różni się od bohatera tamtej historii - Jubeia. D. odpowiada monosylabami i za każdym razem podkreśla swe odizolowanie. O ile Jubei był narwany i posiadał znaczną dawkę humoru, ten jest ostatnim aspektem, jakiego można uświadczyć u upartego łowcy. Trudno było oczekiwać, aby udało się przebić "Ninja Scroll" (warto chyba wspomnieć iż powstało w tym samym roku co kultowy już "Ghost In The Shell"), a jednak udało się! O ile tamto dzieło jest fantastyczne, to znacznie wyżej w swym osobistym rankingu stawiam "Vampire Hunter D: Bloodlust". Tu zrezygnowano ze scen tak mocno wyeksponowanej przemocy, oraz wszelkich scen erotycznych. Chociaż w "Ninja..." były one podane w sposób bardzo dobry i czyniły fabułę tym atrakcyjniejszą, tutaj ich brak nie odbiera filmowi nic z wyrazistości czy też tempa. Zapewne przyczynił się do tego fakt, że zgrabny film wampiryczny nie potrzebuje argumentów, w postaci akcentowania erotyki czy widoku rozrywania żywego ciała ludzkiego.
To co lubię w anime to duże pole do manewru w sposobie ukazania emocji. Nawet najlepszy aktor nie wywiąże się z tego zadania tak jak sprawnie kreśląca je ręka. I tu nie jest inaczej - wyraz twarzy i gesty dopowiadają to, co nie zostało powiedziane słowami. Należy także wspomnieć o tym, co również bardzo ważne, zatem o muzyce autorstwa Marco D' Ambrosio. Idealnie kształtuje napięcie. Wszystkie sceny w zamku, dzięki niej pozwalają się przenieść między zimne mury, gdzie królowa drwi z przybyszów, iluzję przeplatając z rzeczywistością. Niezwykły jest fragment, kiedy w tle słychać kawałek "Vampyra Missa", a płynąca w górę schodów krew dostaje się do trumny odradzającej się Carmilli. Muzyka wspaniale uzupełnia się ze scenami, wchłaniając widza w to co widzi i słyszy, potrafiąc zapewnić przejście dreszczy po ciele. Obok kompozycji mocnych mamy jednak piękne, stonowane i smutne, jak "Charlotte Love", jeżeli wspomnieć tylko jeden utwór. Sam przedsionek zakończenia jest takim, którego w schematycznym ujęciu, nie lubię: wzruszający, spotęgowany jeszcze mocniej wyciskającą łzy muzyką ("A bite of Hope"), sugerującą iż miłość zawsze zwycięży... Co ciekawe tutaj kupuję go w takiej postaci. Jest po prostu piękny, ukazujący potęgę marzeń i może naiwną, ale jakże opłacalną wiarę w nie. Wszelkie elementy są bowiem w obrazie niezwykle wyważone: romantyzm, lojalność, samotność, każde ukazane bez nachalności i pozostawiające empatię dla bohaterów widzowi. Atrakcją są także sceny walki. Od krótkich pojedynków po znacznie dłuższe, często przypominające małe pole bitwy, gdzie latają strzały, słychać szczęk miecza skrzyżowanego z płaszczem, czy też niematerialna istota sieje spustoszenie w miasteczku morderców do wynajęcia. Pod tym względem nie brak atrakcji, a z drugiej strony historia nie sprowadza się do taniej sensacji czy też horroru. Mimo paru krwawych scen i ogólnej wrzawy dużo w niej subtelności i liryzmu.
Nie będę pisała o słabszych elementach, bo te można dostrzec jedynie kiedy zechce się zdystansować od całej historii, jej romantyzmu, magii. Tylko czy to możliwe? Sama sceneria wystarczającym pokarmem dla oczu (i duszy) jest. Ciemne barwy, potężny zamek, a w nim zimne komnaty, wcześniej tajemnicza kareta i horda niezwykłych stworów, wtapiających się w otoczenie, albo też potrafiących uśmiercać przez zabicie cienia ofiary. Jedyny słaby element upatruję w tym iż historia musi kiedyś się zakończyć... jednak jak rzekł Dunpeal: "Nic nie trwa wiecznie". Obraz jest niesamowity i takim pozostaje przy każdym kolejnym ujrzeniu. Temat kończący opowieść, "Do as infinity" nie pozostawia w nastroju melancholii, daje możliwość złapania w końcu oddechu... ustawienia filmu na początek i naciśnięcia "play"... raz kolejny...
|