Strona główna KMF



      



    Filmy tego pochodzącego z Holandii reżysera, można najkrócej określić dwoma słowami: Sex i Przemoc. Te dwa nierozerwalnie połączone składniki stanowią rozpoznawalny na odległość styl reżysera. Jeżeli wybieramy się do kina na nowy film Paula Verhoevena, możemy być pewni, że na ekranie z całą pewnością nie zabraknie kobiecych obnażonych biustów, balansujących na granicy pornografii scen miłosnych, odważnych i wojowniczych kobiet, ani twardych mężczyzn, zbrojnie przedzierających się przez zastępy przeciwników. Wszystko to będzie zapewne skąpane w hektolitrach krwi, a fantazyjnym sposobom uśmiercania wrogów nie będzie końca. Urywane kończyny, sex zakończony śmiercią, czy padający jak domino zabici ludzie (także przypadkowi przechodnie), to normalka w filmach Verhoevena. Reżyser znany jest ze swojego dość niekonwencjonalnego zachowania na planie filmowym; krzyczy, wymachuje rękoma i gestykuluje, udając wroga którego nie widać w kadrze; wczuwa się w bohaterów swoich filmów, udzielając w ten sposób specyficznych wskazówek aktorom i pobudzając ich do bardziej ekspresyjnej gry. Reżyser rozpoczynał swoją karierę w Holandii, często angażując do swoich filmów mało znanego wówczas aktora, Rutgera Hauera. U Verhoevena pierwsze kroki operatorskie stawiał Jan De Bont (późniejszy reżyser "Speed"), a muzykę często komponował Basil Poledouris. Filmy Verhoevena nie starają się być niczym więcej, jak dobrym, męskim kinem akcji. Zawsze jednak jego kino znajduje swoich zagorzałych fanów, choć zdarzały się również w karierze reżysera filmy przyjęte chłodno zarówno przez krytykę (która i tak nie ma najlepszego zdania o kinie uprawianym przez Verhoevena) jak i widzów. Jako ciekawostkę dodam, że zauważyć można, że Paul Verhoeven ma swoistego rodzaju świra na punkcie kobiecych piersi, co bez trudu udowodnię na przykładzie każdego z jego filmów, o czym możecie przeczytać w Strefie bez cenzury ;)

W poniższej filmografii pomijam wszystkie tytuły których nie widziałem i pisanie o których byłoby czystą improwizacją.
Oczywiście począwszy od roku 1985 i filmu "Flesh & Blood", opisane zostaną już wszystkie filmy.



Hagedis teveel, Een (1960) (krótki metraż - 35 minut)
Niets bijzonders (1961) (krótki metraż - 9 minut)
Lifters, De (1962) (krótki metraż)
Feest (1963) (krótki metraż - 28 minut)
Korps Mariniers, Het (1965) (krótki metraż - 23 minuty)
Portret van Anton Adriaan Mussert (1968) (produkcja TV)
"Floris" (1969) (Serial TV, 12 odcinków, w roli głównej Rutger Hauer!)
Worstelaar, De (1970) (krótki metraż - 20 minut, zdjęcia Jan De Bont!)
Wat zien ik? (1971) (zdjęcia Jan De Bont)


Turkish Delight (1973)
       To jedyny film Verhoevena sprzed roku 1985, z którym miałem możliwość się zapoznać. Rolę główną zagrał tu młodziutki wówczas Rutger Hauer, który jak można się przekonać oglądając "Turkish delight", grywał dobre role jeszcze przed występami w "Autostopowiczu" i "Blade Runner". "Turkish delight" to opowieść o obsesyjnym uczuciu, jakim Eric (Hauer) daży Olgę (Monique van de Ven) i dramacie jaki z tego wynika. Od razu zaznaczam, że nie jest to żadne mdłe love story, ani też stricte sexualna Odyseja a'la "Gorzkie gody" - choć wiele podobieństw do tychże, znaleźć w filmie Verhoevena można. "Turkish delight" jest jednak mieszaniną wielu skrajnie odmiennych gatunków filmowych. Reżyser łączy w tym filmie drastyczne morderstwo z cudowną historią miłosną, sceny wyjęte żywcem z "Martwicy mózgu" z przejmującym dramatem bohaterów, a wstrząsający początek filmu zestawia z zaskakującym zakończeniem w klimatach "Fight Club". Verhoeven sprawnie żongluje gatunkami i choć pozornie zdaje się to być karkołomnym wyczynem, to film jako całość sprawia bardzo dobre wrażenie. Warto może wspomnieć, że Rutger Hauer przez kilka ładnych minut chodzi po ekranie zupełnie nagi (i nie mówię tu bynajmniej o ukazaniu jego pośladków) a jeśli ktoś uważa, że numer z 'przycięciem w rozporku nabiału i kiełbasy' to wymysł scenarzystów "Sposobu na blondynkę" to grubo się myli; "Turkish delight" bowiem, to również w wielu miejscach komedia. Reasumując, tak ciekawego połączenia wielu gatunków w jednym filmie, nie widziałem chyba nigdy. A jeśli widziałem, to nie były to połączenia udane, gdyż sprawiały wrażenie raczej niezdecydowania reżysera, niż świadomego obrania takiej konwencji. W przypadku "Turkish delight" wszystko zagrało jednak jak należy, a dodatkową rekomendacją dla filmu są bardzo dobre zdjęcia Jana De Bonta i sympatyczna muzyka Basila Poledourisa.


Keetje Tippel (1975) (w roli głównej Rutger Hauer, zdjęia Jan De Bont)
Soldaat van Oranje (1977) (w roli głównej Rutger Hauer, zdjęcia Jost Vacano)
Voorbij, voorbij (1979) (produkcja TV)
Spetters (1980) (zdjęcia Jost Vacano)
Vierde man, De (1983) (zdjęcia Jan De Bont)
"Hitchhiker, The" (1983) (Serial TV, Verhoeven reżyserował kilka z 85 odcinków)


Flesh & Blood (1985)
       Kolejny poważny film z Rutgerem Hauerem w roli głównej. Nie tylko zresztą Hauer jest głośnym nazwiskiem w obsadzie "Flesh & Blood"; na liście płac znajdziemy też Jennifer Jason Leight i Briona Jamesa. Głównym bohaterem filmu jest Martin (Rutger Hauer) średniowieczny, zawadiacki, twardy i pewny siebie wojownik. Martin wraz ze swoją kompanią zostaje oszukany przez pewnego szlachcica, który zamiast zapłacić naszemu bohaterowi za wykonane zadanie (walka z wrogiem) postanawia go przegonić gdzie pieprz rośnie. W akcie zemsty, Martin porywa narzeczoną syna owego szlachcica (w tej roli Jennifer Jason Leight) i wraz z kompanią chroni się w potężnej twierdzy. Jest w filmie sporo ciekawych akcji i ponurej atmosfery średniowiecza. Jest też romans w swoistym trójkącie, a także walka z zarazą która dziesiątkuje siły po obu walczących stronach. Niepotrzebnie jednak Verhoeven wprowadza w końcówce filmu gadżety rodem z "Drużyny A", w postaci skomplikowanej machiny oblężniczej, zbudowanej (w co mamy uwierzyć) w ciągu kilku godzin z okolicznych drzew, a przypominającej skomplikowanym mechanizmem, projekty Lenarda Da Vinci. Ten super-fantastyczny element nie przystaje zupełnie do mrocznego i realistycznego klimatu filmu, choć "Flesh & Blood" nawet z tym dużym minusem, jest filmem udanym. Na planie ponownie Verhoeven współpracował z Janem De Bontem i Basilem Poledourisem.


Robocop (1987)
       Doszliśmy do obrazu, który pozwolił Verhoevenowi, z wielkim hukiem przebić się do reżyserskiej pierwszej ligi. "Robocop" był pierwszym, wyprodukowanym w USA filmem reżysera ("Flesh & Blood" było koprodukcją amerykańsko/hiszpańską!) i to właśnie "Robocop" sprecyzował w pełni styl wizualno narratorski Verhoevena; rozszarpywane i rozstrzelane ciała, drażniące cenzorów sceny śmierci i trup ścielący się gęsto wśród dymu z luf, wystrzelonych pocisków i huku eksplozji. "Robocop" jest historią policjanta - Alex Murphy (zdecydowanie życiowa rola Petera Wellera) - zastrzelonego przez bandytów, który okuty w stalowy pancerz powraca na ulicę jako 'Robocop'. Targany wspomnieniami, nasz bohater powoli odkrywa kim był i jak zginął... Fabuła naciągana, ale sprawna realizacja filmu, futurystyczna otoczka, oraz rewelacyjne efekty dźwiękowe i animatroniczne sprawiły, że "Robocop" do dziś stanowi sztandarowy przykład porządnie skręconego kina akcji lat 80-tych. Powstały jeszcze dwie części "Robocopa" i choć jedną z nich wyreżyserował sam Irvin Kerschner (reżyser "Imperium kontratakuje"), żadna z nich nie dorównała jakością części pierwszej.


Total Recall (1990)
       Po wielkim sukcesie "Robocopa", Verhoeven mógł już sobie pozwolić na zatrudnienie do swojego nowego filmu, megagwiazdy - Arnolda Schwarzeneggera. "Pamięć absolutna" powstała na podstawie książki Phillipa K. Dicka "Przypomnimy to Panu hurtowo" i jest wariacją na temat ingerowania we wspomnienia. Douglas Quaid (Schwarzenegger) który czuje w sobie dziwną tęsnkotę za Marsem, udaje się pewnego dnia do firmy "Recall" i dokonuje 'zakupu' wspomnień z eskapady na Marsa, gdzie miałby być tajnym Agentem, poznać 'cycatą' brunetkę i wraz z nią uratować planetę. Gdy Quaid budzi się podczas wszczepiania wspomnień doznawszy ataku, pracownicy "Recall" ładują go do taksówki i nieprzytomnego odsyłają do domu. Od tej pory, dziwnym trafem, wszystkie wydarzenia przebiegają dokładnie tak, jak zażyczył sobie Quaid podczas implementowania mu do umysłu 'zamówionych' wspomnień. Choć "Pamięć absolutna" to rasowy film akcji osadzony w niesamowitej scenerii czerwonej planety, a trup ściele się tak gęsto, że dzieło Verhoevena zostało okrzyknięte 'najbardziej krwawym filmem wszechczasów', nie można podczas seansu nie zastanowić się, czy to co widzimy przydarza się Quaidowi naprawdę, czy też siedzi on wciąż na fotelu w firmie "Recall" i śni. To pytanie pozostaje bez odpowiedzi do końca filmu, choć widzimy Quaida ratującego planetę, a przy jego boku 'cycatą' brunetkę którą sobie 'zażyczył'. Nie widzimy jednak, żeby Quaid na końcu budził się na fotelu w "Recall", zatem być może to, że wydarzenia potoczyły się zgodnie z jego 'widzimisię', było tylko fantastycznym zbiegiem okoliczności. Ta właśnie niewiadoma czyni z "Pamięci absolutnej" dość oryginalne kino SF. Film stał się wielkim sukcesem kasowym i potwierdził, że Verhoeven doskonale radzi sobie w mocnym kinie akcji. "Pamięć absolutna" nominowana była do Oscara w kategorii efektów wizualnych. Za znakomite zdjęcia odpowiedzialny był Jost Vacano (autor zdjęć do "Das Boot") z którym Verhoeven rozpoczął współpracę przy realizacji "Robocopa". W "Pamięci absolutnej" pojawiła się w jednej z ról Sharon Stone, o której świat miał jednak dopiero usłyszeć - również za sprawą Verhoevena!


Basic Instinct (1992)
       "Nagi instynkt" to kolejny wielki przebój ze stajni Verhoevena. Tym razem do męskiej roli głównej zaangażował Michaela Douglasa, który już wcześniej próbował wojaczki z płcią piękną; "Fatalne zauroczenie" czy "Wojna Państwa Rose". Do roli kobiecej Verhoeven (co było strzałem w dziesiątkę!) zaangażował Sharon Stone, która słynnym ukazaniem 'łona' podczas przesłuchania na posterunku, przebojem zdobyła sobie miejsce w historii kina popularnego. A o czym jest sam film? Wszystko opiera się na policyjnym śledztwie w sprawie morderstw z udziałem szpikulca do lodu, które to morderstwa są niejako żywcem wyjęte z książki autorstwa Catherine Tramell (Sharon Stone). Czy zatem autorka może być morderczynią, a książka jej alibi? Sprawą zajmuje się Detektyw Nick Curran (Douglas), pozwalając ponętnej pisarce wodzić się za nos... i na pokuszenie. Czy Detektyw wyjdzie z tego niebezpiecznego romansu cało? Ostatnia scena filmu nie daje na to jasnej odpowiedzi... "Nagi instynkt" jest naładowany niebezpiecznym i nieokiełznanym erotyzmem. Tu morderstwo jest substytutem orgazmu, lub jego dopełnieniem, a porządanie zdaje się przysłaniać zdrowy rozsądek. Ten niezwykły film spotkał się z doskonałym przyjęciem przez widzów i ostrym potraktowaniem przez nożyce cenzorskie; niektóre stacje telewizyjne do dziś wycinają scenę morderstwa szpikulcem do lodu, a inne próbują zataić istnienie niezwykle odważnej sceny na posterunku. Do swojego mrocznego thrillera erotycznego, Verhoeven zangażował operatora kamery Jana De Bonta, który tylko ten jeden raz zastępił etatowego już operatora Verhoevena - Josta Vacano. Od "Nagiego instynktu" rozpoczęła się wielka kariera Sharon Stone, a dla Verhoevena czas na zastanowienie się, w jakim kierunku iść dalej. Czy zrobić jeszcze krwawszą kosmiczną rozwałkę, czy pójść całkiem w klimaty niebezpiecznej erotyki? Odpowiedzią na ten dylemat miał być najgorszy film w dorobku reżysera; "Showgirls".


Showgirls (1995)
        Młoda, zgrabna i powabna Nomi (Elizabeth Berkley), żądna kariery scenicznej, przyjeżdża 'stopem' do Las Vegas. Próbuje tu zrealizować swój własny 'American Dream'. Szybko się jednak przekona, że aby zaistnieć na scenie, trzeba ciężko pracować, a o zasadach moralnych można śmiało zapomnieć. Wiele złego i krytycznego można powiedzieć o "Showgirls", ale na pewno nie to, że film załużył na 13 nominacji i w efekcie 7 Złotych Malin. Owszem, film jest najsłabszy w dorobku reżysera, ale poza wadami w postaci nazbyt rozwlekłej fabuły, miernego scenariusza, oraz średniego aktorstwa, ma też niezaprzeczalne plusy; piękne panie obecne na ekranie przez niemal cały film i całkiem niezłe zakończenie całej historii. Gdyby jednak nie namiastka scenariusza i dialogi, możnaby "Showgirls" puścić po północy w telewizji jako odcinek "Różowej landrynki". W sumie zatem "Showgirls" obejrzeć można, pod warunkiem że mamy akurat 2 godziny wolnego czasu i żadnego lepszego filmu pod ręką. Ciekawostką jest fakt, że Paul Verhoeven osobiście odebrał "Złotą malinę" na rozdaniu tych nagród, co jest swoistym precedensem. Widać zatem, że ten reżyser tak samo potrafi przyjąć nagrody i pochawły, jak naganę i krytykę - za co należą mu się wielkie brawa! Klask, Klask i przechodzimy do kolejnego filmu...


Starship Troopers (1997)
       "Showgirls" było dość dużym potknięciem Paula Verhoevena i trzeba było zrobić film, który zatrze to niezbyt dobre wrażenie. Wybór padł na ekranizację książki "Żołnierze kosmosu", dzieła wyśmiewającego politykę wojen, motyw wysyłania młodych ludzi na pola bitwy, gdzie czekała ich rzeź. Film przedstawiał skrupulatnie i spektakularnie to, co książka tylko opisywała; młodzi ludzie z uśmiechem na ustach wstępują do armii, w zamian za nadanie im obywatelstwa. Przechodzą ciężkie szkolenie i ruszają do boju. Giną podczas walki z przeważającymi siłami wroga, rozrywani na kawałki, paleni, miażdżeni, tracąc albo całe głowy, albo mózgi - choć w sumie na jedno wychodzi, bo po co komu pusta głowa? ;) Fabuła obraca się wobec związku Johnny'ego Ricco (nawet niezły w tej roli Casper Van Dien) z dwiema paniami: Dizzy i Ibanez - piękne i ponętne Dina Meyer i Dennise Richards. Ponadto film usłany jest efektami specjalnymi, które nawet dziś zapierają dech w piersiach. Armie robali robią autentyczne wrażenie, a wystrzelonych nabojów i zabitych ludzi jest chyba jeszcze więcej niż w poprzednich filmach Verhoevena. Genialną i niezapomnianą muzykę do "Żołnierzy kosmosu" skomponował Basil Poledouris, a za zdjęcia odpowiedzialny był oczywiście Jost Vacano. W jednej z ról wystąpił Michael Ironside, którego mogliśmy oglądać także w "Pamięci absolutnej". Dziełko SF "Żołnierze kosmosu" stało się udanym powrotem Verhoevena do wysokiego poziomu, choć sam film jest oczywiście tylko czystą rozrywką pompującą adrenalinę do żył.


Hollow Man (2000)
       Niektórzy uważają "Człowieka widmo" za film nieudany, albo co najwyżej średni. Pojawiły się pretensje o to, że główny bohater - Sebastian (Kevin Bacon) - jest postacią niewiarygodną, gdyż nie mając ku temu skłonności, zaczął krwawo rozprawiać sie ze swoimi przyjaciółmi. Były też uwagi co do niskiego poziomu merytorycznego filmu, gdyż Sebastian miał nie mieć wyrzutów sumienia, przestając widzieć swoje lustrzane odbicie. Dziwne zarzuty jak na film stricte rozrywkowy, a nie naukowy, który motyw niewidzialności traktował pretekstowo, aby zaczarować widza niesamowitymi efektami wizualnymi. Warto w tym miejscu wspomnieć oryginalnego "Niewidzialnego człowieka", który przecież gdy stał się niewidzialny, od razu został opętany myślą o panowaniu nad światem i mordował każdego kto stanął mu na drodze. W filmie Verhoevena głównym wątkiem (i nieco bardziej realnym) jest walka Sebastiana o swój eksperyment. Najpierw przetrzymuje w podziemnym laboratorium, a później kolejno morduje swoich współpracowników. A czyni to (jak na kino Verhoevena przystało) w bardzo widowiskowy i brutalny sposób - krew jest idealnie czerwona, lepka i gęsta. "Człowiek widmo", choć bogaty w doskonałe efekty specjalne, odniósł umiarkowany sukces. Nie można jednak mówić o zaniku formy Verhoevena, lecz najwyżej o pewnej stagnacji. Musimy poczekać na kolejny film reżysera, aby wydać dokładniejszy osąd o jego reżyserskiej kondycji.



FILMOGRAFIĘ SPORZĄDZIŁ:
Rafał Donica - DUX
      dux@film.org.pl