Na początku chciałbym zaznaczyć, że nie jestem spokrewniony z Romanem Gutkiem ani z żadnym z organizatorów Ery Nowe Horyzonty (o ile wiem). Dyrektora festiwalu poznałem osobiście jakieś dwa tygodnie temu, podczas krótkiego wywiadu, jakiego zgodził się udzielić film.org.pl, a który będzie można niedługo przeczytać w tworzonej relacji z Nowych Horyzontów. Piszę to ze względu na tych, którzy z miejsca będą mi chcieli zarzucić wystawianie laurek Nowym Horyzontom i podlizywanie się ich dyrektorowi. Choć jeśli ktoś zechce przypisać mi taką etykietkę, to i tak to zrobi. Do napisania tego tekstu skłonił mnie krytyczny felieton Łukasza Maciejewskiego opublikowany na Filmwebie. Jego autor stwierdza, że dziennikarze padają przed Romanem Gutkiem na kolana, że festiwal jest niemal zagłaskiwany na śmierć, że to snobistyczna impreza, na którą jeździ się, aby poczuć się ważniejszym niż się w istocie jest i że coraz mniej ma to wspólnego z tzw. 'świętem kina'. Nie jest moją intencją polemizowanie z tekstem pana Maciejewskiego, bowiem jest on pisany przekornie, a poza tym szanuję autorską wypowiedź jego twórcy. Posłużył mi jednak za inspirację do pewnego rodzaju jednostronnej polemiki z krytykami ENH, których rokrocznie przybywa - i w moim mniemaniu to właśnie krytykowanie wrocławskiego festiwalu stało się ostatnio modne. Stąd może trochę próżna decyzja o podzieleniu się moimi refleksjami publicznie. Wszelkie uwagi mile widziane, i nie piszę tego z czystej kurtuazji - mój adres mailowy jest zamieszczony pod tekstem.
Jedziemy!
Od razu wyjaśniam, że nie jestem 'z cieszyńskiego naboru', swoją przygodę z Nowymi Horyzontami zacząłem dopiero rok temu, a więc od drugiego sezonu bytności Festiwalu we Wrocławiu. Ma to swoje plusy i minusy. Za minus uznaję to, że nie doświadczyłem specyficznego klimatu święta kina, który opisują wszyscy znajomi, którzy Cieszyn 'zaliczyli'. Plusa natomiast upatruję w tym, że dzięki znajomości wyłącznie wrocławskiej strony festiwalu potrafię spojrzeć na samą imprezę świeżym okiem. Sam tytuł, "W obronie ENH", miał być w założeniu trochę przewrotny, gdyż oczywiście zauważam wady Nowych Horyzontów i daleko mi do ich bronienia, tym bardziej jakichś bałwochwalczych, rozentuzjazmowanych zachwytów. Tak jak wielu widzów irytują mnie godzinne kolejki, niektóre reakcje publiczności i inne tego typu kwestie, które są efektem rozrośnięcia się festiwalu - w tym roku przykładowo szlag mnie trafiał, kiedy na nocnym seansie dokumentu Herzoga pół sali wyło ze śmiechu w momentach, które nie były aż tak zabawne albo wręcz nie powinny takiego efektu wcale wywierać, a syk otwieranych puszek piwa oraz widok podawanych piersiówek bynajmniej nie należał do rzadkości. Jednak staram się przyjmować takie wypadki z humorem (choć czasami bywa ciężko) i nie przeszkadza mi to zachwycać się całą resztą tego, co impreza Romana Gutka oferuje. Właśnie tego chcę bronić - ogólnego wrażenia ENH, nie poszczególnych detali.
Festiwalowy przybytek
Wydaje mi się, że Nowe Horyzonty prezentują się bardzo dobrze na mapie polskich festiwali filmowych, które z roku na rok coraz bardziej stanowią o kolorycie naszego kraju (szczególnie w lecie). Festiwale te posiadają ogromną wartość, ponieważ pokazują rzeczy, które w innym wypadku ciężko byłoby obejrzeć, szerzą szeroko pojmowaną kulturę, nie tylko filmową (nawet jeśli czasem to nie wychodzi) oraz, jakkolwiek patetycznie to zabrzmi - myślenie; w założeniu otwierają na nowość i inność, pozwalając oceniać je z bezpiecznej wysokości fotela kinowego (operowego czy każdego innego), wielokrotnie skłaniając do dyskusji. I promują Polskę oraz jej konkretne regiony. Wrocławski ENH, warszawskie WFF oraz Lato Filmów, krakowski KFF, łódzki Camerimage, kazimiersko-janowskie Dwa Brzegi, LAF w Zwierzyńcu itd. Każdy z tych festiwali ma swoją specyficzną atmosferę, publiczność i konkretne cele. Era Nowe Horyzonty wyróżnia się wielkością, ilością oraz międzynarodowym posmakiem. Nie widzę w tym nic złego, nie jest to może klimatyczny i spokojny Zwierzyniec, gdzie przy piwku można się oddać kontemplacji filmu na łonie natury, ale wartości i możliwości jakie za sobą ENH niesie są nie do przecenienia. Wydaje mi się, że trzeba jedynie chcieć je zauważyć, a nie oddawać się błogiej kontestacji, tylko dlatego, że od momentu przeprowadzki do Wrocławia Nowe Horyzonty stały się masowe. Gdzie indziej można uciąć sobie w multipleksie pogawędkę z Vincentem Wardem, porozmawiać z Halem Hartleyem o niezależnym kinie amerykańskim oraz pójść na herbatkę z Tomem Jeffreyem czy Terence'em Daviesem? I niech mi nikt nie napisze, że to jakieś zachłyśnięcie się fałszywym blichtrem promowanym przez wrocławską imprezę, bo będę gryzł. ENH prezentuje ogromne możliwości, tylko należy nauczyć się z nich korzystać.
Możliwości
Zewsząd słyszę, że program jest słabszy, że nie ma filmów, które poruszają, szokują, o których można dyskutować, które prowokują do myślenia. Częściowo wypada mi się z tym zgodzić, gdyż rzeczywiście w tym roku sam odniosłem podobne wrażenie; mało filmów wyzwoliło we mnie wielkie emocje (gdy teraz policzyłem, to jedynie pięć czy sześć obrazów mogę do tej grupy zakwalifikować). Niemniej nie oznacza to wcale, że reszta filmów była niestrawna - poziom tegorocznego programu, a przynajmniej tych filmów, które widziałem we Wrocławiu i tych, które udało mi się zobaczyć wcześniej, był po prostu równy i dobry (widziałem jedynie dwa gnioty i dwa filmy słabe, i szczerze przyznaję, iż nie uważam tego czasu za stracony). Może to i lepiej, może gorzej, ale rozumiem też Romana Gutka, który twierdzi, że takie jest współczesne kino - bowiem takie właśnie jest. Okres szokowania formą i szukania środków wyrazu ma już raczej za sobą, a ci którzy prowokowali do myślenia robią to dalej, tyle że w inny sposób - jakieś zmiany muszą zachodzić, by kino nie uległo stagnacji. Nowa warta pojawi się niedługo - w sumie już nadchodzi - a to, jaką formę ekspresji wybiorą jej przedstawiciele, zależy tylko od nich. Zastanawiam się, w jakim stopniu sentyment za cieszyńską, znacznie mniejszą imprezą ma wpływ na całą sprawę? Nie ma w tym oczywiście nic złego, rozumiem takie sentymenty, tym bardziej jeżeli wielu zaczynało tam swoje przygody z kinem. Gorzej z widzami, którzy ich nie mają, a i tak program krytykują. Tak szczerze, kto przy takiej różnorodności filmowej potrafiłby powiedzieć mi, czy w tym wypadku nawet Romanowi Gutkowi, że program jest słaby? - nikt nie jest w stanie przecież obejrzeć wszystkich filmów! Dojście do pięćdziesięciu graniczy z prawdziwym hardcore'em, a przecież jest ponad dwieście fabuł, nie wspominając o krótkich metrażach i innych wydarzeniach festiwalowych. Jak więc można krytykować poziom programu?
Teoria względności
To kolejny zarzut wystawiany przeciwko ENH do ringu - wszystkiego jest za dużo, nie da się tego objąć i nie wiadomo, co wybrać. No cóż, jeśli to, że czegoś jest dużo oznacza, że jest źle, to chyba urodziłem się za późno albo pewnych kwestii nie rozumiem. Nowe Horyzonty wymagają podjęcia decyzji, pójścia na kompromis i dokonania wyboru, co ciągnie za sobą odrzucenie czegoś. Ale co w tym złego? Lepiej jest mieć do wyboru trzy filmy, które chce się obejrzeć, czy wymuszony jeden? To już w sumie nawet nie kwestia sugerowanej manii wielkości Romana Gutka, a czasów, w jakich żyjemy. Skoro na festiwal zjeżdżają się tysiące ludzi z całej Polski (i nie tylko), to program musi obejmować sporo zagadnień i stanowić różnorodny wachlarz tytułów oraz stylistyk, z którego widz wybierze dla siebie to, co mu będzie odpowiadać (chociażby jedynie w teorii). A że czasami się nie trafia - cóż, nie można mieć wszystkiego. Nie ma się co obrażać. Znajdzie się ktoś, kto powie, że takie "RR", "Empire 2" czy "Dusza Demona" są na festiwalu niepotrzebne? Z pewnością. A przecież komuś się te obrazy podobają, ktoś zauważa w nich coś, czego nie widzą inni - i dla tej osoby obcowanie z ujęciami kilkudziesięciu pociągów jest tym, po co do Wrocławia przyjechała. Nie ma i nigdy nie będzie festiwalowego filmu, który by się wszystkim jednogłośnie spodobał lub takiego, który by wszyscy określili mianem niestrawnej, celuloidowej kupy. I nie ma w tym nic złego, a wręcz więcej dobrego, bowiem nie ma nic gorszego i bardziej nudnego od takich samych opinii o filmie. Jest to największy możliwy banał, ale wyraźnie część uczestników ENH o tym zapomina. Narzekanie na wybór jest moim zdaniem typowo malkontenckim przejawem tej negatywnej strony polskości, od której powinniśmy raczej uciekać, chociażby widząc niemal codzienną jej prezentację na naszej scenie politycznej.
Filmowa turystyka
Podobnie jest z narzekaniem na prezentację kinematografii narodowych, które przykładowo Łukasz Maciejewski przyrównał sarkastycznie do wypisów z filmowego foldera podróżnego. Tak, wiem, miałem nie polemizować z jego felietonem, ale akurat argument ten uważam za mocno chybiony, bowiem nie widzę nic złego w pokazywaniu przekroju danej kinematografii. Więcej, dostrzegam w tym zdecydowaną przewagę plusów. Gdyby nie pewien kontekst filmowy, operujący konwencjami, stylistykami i technikami realizacyjnymi, wiele nowozelandzkich filmów byłoby mało strawnych. Pokazywane na tle całej kinematografii obrazy jedynie zyskują przy odbiorze. Dzięki temu widać również, jak bardzo Peter Jackson odcisnął swoje piętno na kiwi-kinematografii (czy to dobrze, czy źle, to już inna kwestia), jak wiele przekazał jej Vincent Ward czy Peter Wells. Obserwując filmy nowozelandzkie na przełomie dekad, można zauważyć, jak twórcy się rozwijali, skąd czerpali pomysły, czym się inspirowali, gdzie stawiali pierwsze kroki. Wątpię, aby większość Polaków wiedziała o Nowej Zelandii tyle, ile można było wynieść oglądając jedynie filmy tam wyprodukowane. A przecież były jeszcze zapowiedzi i rozmowy z krytykami, którzy w końcu po to zostali do Wrocławia ściągnięci: Ian Conrich & Co. przechadzali się codziennie po wrocławskim Heliosie i bardzo chętnie dyskutowali. Wiedza ta może nie jest wielce przydatna w życiu, ale stanowi znakomity bonus historyczno-geograficzno-filmowy. A dokładnie taka sama sytuacja była rok temu w przypadku kinematografii australijskiej, tyle że budżet nie pozwolił ekipie ENH zaprosić aż tylu gości z kraju kangurów. I idę o zakład, że przegląd kinematografii kanadyjskiej, który za rok będzie można oglądać na 9. ENH, będzie co najmniej równie fascynujący i edukacyjny, jak tegoroczna Nowa Zelandia.
Diabeł tkwi w szczegółach
Nowe Horyzonty wymagają również uważnego czytania katalogu, co słusznie zauważył jeden ze znajomych. Czyli w dużym skrócie: pewnej wiedzy o tym, na co się idzie. Tutaj prawdopodobnie odzywa się moja liberalna dusza, ale nigdy nie narzekam na film, na którym byłem, bowiem zawsze staram się wiedzieć, na co się wybieram. A nawet jeżeli zdarza mi się pójść na coś spontanicznie, to zawsze daje filmowi szansę. Oczywiście nie generalizuję, lecz jestem pewny, że (jakaś) część zawodów spowodowana była niedokładnym doborem projekcji. Nie mówię tu o zagłębianiu się w czeluście katalogowych opisów, czasem wystarczy jakieś nazwisko czy zdanie w katalogowym opisie. Jasne, że są one pisane często na wyrost i można się ładnie naciąć, ale jeśli w streszczeniu występuje słowo 'kontemplacyjny', 'surrealizm' lub chociażby 'camp', to chyba mniej więcej wiadomo, czego można się będzie spodziewać, prawda? A zresztą, to są NOWE HORYZONTY, na które, a przynajmniej ja zawsze wychodziłem z takiego założenia (i zakładam, że 'cieszyńscy widzowie' również), jedzie się nie tylko po to, żeby się bezpiecznie rozerwać, ale też - a może przede wszystkim - po to, żeby doświadczyć czegoś nowego, żeby coś wynieść, żeby zaryzykować krawędź filmowej przepaści dla szansy na odnalezienie festiwalowego czempiona. Idąc tym tokiem rozumowania, nie uważam brazylijskiego surrealizmu odzianego w historyczne szaty portugalskiej rodziny królewskiej za czas stracony, a to właśnie w dużym skrócie proponuje film "Carlota Joaquina", który uważam za jeden z najgorszych, jakie w tym roku widziałem. Co wyniosłem z tego gniota? A chociażby krótką lekcję historii i to, że jeśli zobaczę jeszcze raz w jednym zdaniu słowa 'brazylijski' i 'surrealizm', to będę wiedział, że to nie dla mnie. Co nie oznacza, że ktoś tego nie uzna za festiwalowe odkrycie. I dobrze, i super, chętnie z taką osobą podyskutuje. Pamiętajmy, że nie ma nic gorszego od podobnych opinii względem filmu. Tym są dla mnie Nowe Horyzonty - doświadczeniem tego, czego nie mam na co dzień.
Hail to the Chief!
Więcej, uważam ENH za skuteczną odtrutkę przeciwko amerykanizacji panującej w naszych kinach, na ekranach telewizorów oraz w umysłach, amerykanizacji, której nikt nie może zaprzeczyć, a jeśli ktoś się na to porwie, to nazwę go oderwanym od rzeczywistości. Sam jestem zamerykanizowany, jako facet, widz i miłośnik kina, lecz w moim przypadku stało się to za moją zgodą - z wykształcenia jestem anglistą, z pasji i zamiłowania amerykanistą, rozkochanym w latach trzydziestych, czterdziestych i pięćdziesiątych - czyli złotych latach Hollywood - i zauważającym wiele wyjątków od maksymalnie łopatologicznego i dziecinnego kina made by Hollywood (którego kilka filmów również uwielbiam). Nie przeszkadza mi to jednak docenić wrocławskiej imprezy, gdyż z obejrzanych przeze mnie w tym roku 32 filmów jedynie jeden powstał w Stanach, i na dodatek był to dość realistyczny dramat społeczny, który średnio przypadł mi do gustu. Nie żałuję festiwalowych wyborów, choć ominąłem kilka produkcji, które chciałem zobaczyć, bowiem dzięki tak dużemu wyborowi zdecydowanie poszerzyłem swoje filmowe horyzonty.
Inny PRL...
Kolejny argument, to ta szeroko dyskutowana masowość festiwalu, która objawia się między innymi osławionymi (dla niektórych kultowymi) gigantycznymi kolejkami, które niektórych dyskryminują. Sam nie wiem, nigdy nie miałem z tym problemu, cenię sobie nowohoryzontowy program właśnie za to, że nawet jeśli nie uda mi się wejść na jeden film, to idę na kolejny, gdyż przeważnie znajduję w programie coś, co mnie zachęca albo daję szansę czemuś, czego nie znam. Takie nastawienie wielokrotnie już przyniosło mi pozytywne niespodzianki - powiem więcej, na jakieś 3/4 moich festiwalowych faworytów załapałem się przypadkiem! Rozumiem oczywiście ludzi sfrustrowanych staniem w godzinnych kolejkach i tych, którzy nie dostali się na film, który bardzo chcieli obejrzeć - ale to po prostu pewne prawo (nazwijmy to ładnie i wzniośle) liberalnego rynku, którego nośnikiem są również Nowe Horyzonty. Właśnie w tym celu godziny seansów zostały rozciągnięte, a większość filmów puszczana jest trzy razy - żeby każdy miał chociaż cień szansy dostać się na dany film, wyrobić sobie o nim opinię i ewentualnie porozmawiać o nim później w grupie znajomych.
Dyskusja
No właśnie - dyskusja. Czyli coś, czego podobno coraz mniej na wrocławskiej imprezie. Jak pisałem wcześniej, porównania z Cieszynem nie mam, ale nie wydaje mi się, ażeby mało było dyskutowania o filmach na tegorocznym (czy zeszłorocznym) ENH. Fakt, że nie ma jakiejś ogólnej dyskusji, która może by dała pewne miarodajne wyniki, wypada skierować ostrzem miecza przeciwko organizatorom, i tutaj przyłączam się do grona osób, które takiej dyskusji pragną. Ale to nieprawda, że dyskusji nie ma wcale lub jest mała i niknie gdzieś po drodze. Wręcz przeciwnie, wszyscy o kinie rozmawiają, w mniejszym czy większym stopniu. Robią to po prostu w mniejszych grupkach, wśród znajomych. Może powodem tego jest jakieś onieśmielenie wielkością Nowych Horyzontów, może widzowie po prostu nie chcą wychodzić ze swoimi opiniami poza własne kręgi, a może rzeczywiście należałoby wprowadzić obszerne dyskusje prowadzone przez krytyków. Tylko niech mi ktoś wyjaśni, dlaczego, gdy takie dyskusje miały miejsce w Cafe Nowa Zelandia na tyłach Teatru Lalek, widzowie woleli raczej biec na kolejny seans z Heliosa do Capitolu czy Warszawy, żeby zaliczyć jak najwięcej filmów?
Moja Era
Nikogo nie oskarżam, sam do pewnego stopnia chcę jak najbardziej skorzystać z oferty programowej i na dyskusjach w Cafe Nowa Zelandia byłem dwóch. I to dwóch ostatnich - sobotniego spotkania 'mętrakowców' z widzami oraz niedzielnej konferencji podsumowującej festiwal, której w sumie dyskusją nazwać nie można, gdyż prawie nikt z nielicznych obecnych głosu nie zabrał. Ktoś się oburzy, że na pozostałe, może bardziej atrakcyjne dyskusje przychodziły tłumy - otóż wiem, że ludzi było więcej, lecz na pewno nie można było ich nazwać tłumem. Jeśli więc nie chodzimy na takie dyskusje, nie krytykujmy, że ich nie ma; jeśli narzekamy na program, starajmy się go staranniej dobierać lub po prostu otworzyć na szeroko pojmowaną 'nowość' wpisaną w idee festiwalu, a jeśli narzekamy na to, że nie da się wszystkiego zobaczyć, to może pewnym wyjściem jest odpuszczenie jednego seansu i wyluzowanie się na świeżym powietrzu? Nie można mieć wszystkiego, nie bądźmy chciwi, ale można załapać się na coś więcej niż kilkanaście/dziesiąt seansów. ENH to doświadczenie wielowymiarowe, ponieważ nie chodzi w nim jedynie o filmy, choć stanowią one jakby oś, wokół której wszystko się toczy i powinno się toczyć. ENH to dla mnie również spotkania z ludźmi, tak ze znajomymi, jak i z osobami, które poznaję (np. w kolejkach do sal); ENH to chodzenie do klubu festiwalowego na piwko (albo na imprezy, jak kto woli); ENH to mozaika atrakcji, z których każdy może uszczknąć coś dla siebie. Nie każę nikomu zachwycać się każdym możliwym aspektem festiwalu, broń Boże!, moim zamiarem jest jedynie uświadomić teoretyczne możliwości, jakie wrocławski festiwal oferuje właśnie przez swoją wielkość. Nie trzeba z nich korzystać, ale po co od razu krytykować? Wydaje mi się, że my, Polacy, jesteśmy jeszcze zbyt sztywni, mamy zbyt poważne podejście do pewnych kwestii, stąd taki a nie inny stosunek m.in. do opisywanych przeze mnie 'problemów'. Stąd polski reżyser zapowiadając swój film podaje od razu jego interpretację, a na premierze animowanej bajki w Cannes Jack Black rozbawia wszystkich swoim dużym brzuchem.
Świat u stóp
Konkluzją tego tekstu powinno być więc zachęcenie do zmiany postrzegania wrocławskich Nowych Horyzontów, bowiem wydaje mi się, że w tym tkwi sęk i stąd w większości bierze się krytyka imprezy. To, że Roman Gutek od wielu lat dąży do zrobienia ze swojego dziecka wielkiego festiwalu o randze europejskiej, na którą zjeżdżają goście z całego świata, nie powinno dziwić - powinniśmy być mu za to wdzięczni, gdyż zyskujemy na tym jedynie my, widzowie. Gdzie indziej jeśli nie na festiwalach można zobaczyć "Deszcz dzieci" V. Warda, "Destricted" M.Barneya i reszty, "Człowieka z kamerą" D. Wiertowa z muzyką na żywo czy nawet obejrzeć na dużym ekranie kultowe amerykańskie "Spotkajmy się w St. Louis" (po raz pierwszy zobaczyłem ten obraz właśnie na tegorocznym ENH). Nie oszukujmy się, takie filmy nie trafiają często do kin, czasem wręcz ciężko do nich dotrzeć, bowiem giną gdzieś w natłoku taśmowo wypuszczanych produkcji, a czasem jedynie, patetycznie rzecz ujmując, wystarczy magia kina spływająca z dużego ekranu kinowego. A dzięki pracy Romana Gutka i jego zespołu (bo mam nadzieję, że wszyscy zdają sobie sprawę, że za nazwiskiem Gutek kryje się ileś tam osób harujących w pocie czoła na ogólny wynik festiwalu), my, Polacy, możemy tak naprawdę obcować z wielkim kinem. I to nie tyle w sensie arcygenialności reżyserskich dokonań, co z powodu oglądania na bieżąco tego, co się dzieje w światowym dyskursie filmowym, a nie tylko wyczekiwania, czy kolejny amerykański blockbuster będzie lepszy od poprzedniego i czy będzie kolejnym krokiem w dziedzinie efektów specjalnych. Kinematografia światowa ma do zaoferowania tak wiele, że wypada cieszyć się, że jest możliwość za w miarę niewysoką sumę (piszę o karnetach) się z nią zapoznać, a nie krzyczeć o megalomanii.
Luz blues
Tyle ode mnie. Mam nadzieję, że nikogo nie uraziłem, bowiem moim celem było przede wszystkim przedstawienie maksymalnie osobistego odbioru Nowych Horyzontów i próba przekonania do swoich racji, nawet jeśli miejscami zbyt dygresyjnych. Wydaje mi się, że jedną z idei ENH, zawartą między innymi w samej nazwie, jest otwieranie się na różnego rodzaju rzeczy, i myślę, że otwieranie umysłu na sam festiwal również się w tym mieści. Przyjmując taki punkt widzenia, biorę wrocławski festiwal z całym dobrodziejstwem inwentarza, włączając w to przeklinanie gigantycznych kolejek, niektóre irytujące zachowania publiczności oraz żal, że pewnych tytułów się nie obejrzało. To taki pewnego rodzaju koloryt festiwalowy, który potrafi wkurzyć, ale i rozbawić, co poskutkowało wieloma dowcipami 'kolejkowymi' w gronie KMFowiczów, oraz wieloma, naprawdę wieloma anegdotami festiwalowymi. Przyjęcie go do świadomości jedynie polepszy odbiór ENH. I w tym sensie uważam wrocławską imprezę za prawdziwe nowe horyzonty, z których rzeczywiście można coś wynieść, czegoś doświadczyć, pomimo tego, że w wersji pisanej brzmi to patetycznie i banalnie. Polecam więc chociaż przemyśleć nastawienie do ENH i może za rok podejść do całej imprezy z większą swobodą. Może wtedy zmieni się również postrzeganie programu? Może wtedy, nawiązując raz jeszcze do felietonu Łukasza Maciejewskiego, odnajdzie się w nim duszę, szczerość oraz miejsce na prywatne adresy? Nikomu swojego zdania nie narzucam, daleko mi do tego, ale zastanowić się nad celem przyjazdu do Wrocławia zawsze można.
|