Strona główna KMF


W pogoni za szczENściem


Tak powinien wyglądać odpowiednio przetłumaczony tytuł filmu, ponieważ w oryginale celowo zrobiony został błąd, który nie jest bez znaczenia dla tego, co się dzieje na ekranie. Czymże więc jest szczENście według Gabriele'a Muccino i Willa Smitha? Jest czymś ulotnym i dosyć subiektywnym, lecz jednocześnie jest uczuciem, do którego każdy ma prawo i, jak się wyraża główny bohater filmu Chris Gardner, każdy choć raz w życiu powinien go zaznać, nawet jeśli następuje to po długiej walce i nie trwa długo. Bo to właśnie pogoń za szczENściem jest tym, co napędza i daje motywację do działania, sam fakt ścigania czegoś, wydawałoby się nieuchwytnego, oznacza ruszenie się z miejsca w kierunku wyznaczonego celu. Bo pogoń za szczENściem oznacza nadzieję, a ta jest przecież najważniejsza, ponieważ to ostatnia bariera chroniąca przed depresją, przed złamaniem w człowieku ducha i woli walki o lepsze jutro. Może za dużo tu tego "oznacza", może zbyt wiele tu wielkich słów i trąci to lekką łopatologią, lecz w filmie absolutnie tego nie widać dzięki znakomitej kreacji Willa Smitha, który, co niewiarygodne, przestał być jednym z najbardziej znanych aktorów na świecie, a zamiast tego stał się szarym człowiekiem, takim jakiego można spotkać na ulicy każdego miasta, borykającego się z problemami codzienności.




Chris Gardner, to postać autentyczna i jego przygody (czy raczej anty-przygody), które widać w filmie, w dużej części pokrywają się z tym, co ten człowiek naprawdę przeżył. "Nie wierzę", odpowie zapewne każdy, bo historia ukazana w filmie jest dosyć nieprawdopodobna i trudno przekonać się, że ktoś naprawdę mógł żyć tak, jak główny bohater. A jednak, pomijając kilka dorzuconych dla uatrakcyjnienia fabuły wątków (jak motyw z układaniem kostki Rubika w taksówce), cała reszta jest oddana mniej więcej tak jak to wyglądało; sam Gardner - teraz multimilioner mający własną, poważaną firmę - czuwał przy projekcie, a i też przez chwilę pokazał się na ekranie (mężczyzna, którego filmowy Chris wraz z synem mijają, idąc ulicą w końcówce filmu). Również epoka, w trakcie której toczą się wydarzenia filmu - czyli początek lat 80-tych - jest oddana znakomicie i z niezwykłym pietyzmem. Gabriele Muccino reżyserem znakomitym nie jest i pewnie nigdy nie będzie, lecz zasługuje na miano dobrego, pomysłowego rzemieślnika - prowadzi opowiadaną historię z konsekwencją i bez wpadania w fałszywy ton. Może trochę za bardzo stara się uwypuklić dramat, jaki przeżywa jego główny bohater i przez to film jest nieco źle wyważony. Również głos Chrisa z offu wydaje się być niepotrzebnym dodatkiem, lecz dzięki świetnie dobranej obsadzie, ze Smithem na czele, reżyser ani na chwilę nie traci zaufania widza co do prawdziwości opowiadanej historii. Największym jednak sukcesem Muccino jest to, że przedstawia Gardnera nie takiego jakiego pragną widzieć widzowie - zawsze wygrywającego, "większego niż życie" herosa - lecz takiego, jakim naprawdę był, co paradoksalnie pod koniec okazuje się tym, co widzowie chcieliby zobaczyć. Bo Chris to przeciętniak, który nigdy się nie poddaje, to ktoś kto spokojnie mógłby mieszkać obok nas, niezauważalny, jak wielu innych sąsiadów. To, co go jednak wyróżnia to hart ducha i odmowa uznania porażki. Tylko tyle i aż tyle.




Wprawdzie "W pogoni za szczęściem", to przede wszystkim słynny "american dream", opowiedziany po raz kolejny i zmodyfikowany pod treść filmu, lecz nie jest to obraz pełen patosu i wielkich słów rzucanych na wiatr, tylko prosta historia z pięknym przesłaniem i happy endem. Dlatego nietrudno porównywać go do klasyki tego typu kina, czyli "Wspaniałego Życia" Franka Capry, który jest wyznacznikiem tzw. "feel-good movies" - obrazów nakręconych w celu przekazania jakichś wartości i poprawienia nastroju. I takie filmy aż chce się oglądać i takie filmy osobiście uwielbiam, ponieważ pokazując trudy i znoje życia, niosą pociechę, a nie rozpacz. "W pogoni za szczęściem", będąc prawdziwym aż do bólu, jednocześnie pociesza i przynosi nadzieję na coś lepszego. Jest jakiś wyraźny cel w przeniesieniu tej historii na duży ekran, cel widoczny i osiągnięty. I nie mogę się oprzeć małej dygresji - dlaczego praktycznie nie ma takich obrazów w polskim kinie? Czy my koniecznie musimy patrzeć tylko i wyłącznie na cierpienie i życiowe porażki? Czy Polska jest jakimś wyjątkowym krajem, który posiadł monopol na smutek? Nie mogę się również powstrzymać od porównania amerykańskiego obrazu z niedawnym polskim, jakże wszędzie wychwalanym "Placem Zbawiciela". Bo kiedy u Amerykanów prawdziwym celem, choćby i ukrytym pod powłoczką czyjejś biografii, jest pokazanie, że jak się naprawdę walczy, to się da wygrać i zawsze może być lepiej, to w polskiej produkcji tego nie ma - jest ból, cierpienie i jeden wielki marazm, który trawi każdego, włącznie z widzem. Różnice kulturowe i możliwości jednostki w każdym z państw odłóżmy na bok, bo nie o to chodzi. A chodzi jedynie o szczerą nadzieję i pokazanie tej pozytywnej strony życia, takiej, która przyniesie choć odrobinę szczENścia i przywoła uśmiech na twarzy, a nie myśli samobójcze. Nieważne czy jest to naprawdę możliwe do spełnienia, ważne są chęci, a tych w polskim "dziele" nie zdołałem zauważyć.




"W pogoni za szczęściem" (czy aż tak trudno było przetłumaczyć z błENdem?), to kawał dobrego kina, może nie tak genialnego jak "Wspaniałe Życie", ale z pewnością wartego zauważenia i bliższego zapoznania się. Szczęście (lub szczENście, jak kto woli) jest na tyle subiektywną oceną, że dla każdego znaczy co innego i dlatego czasem łatwo je przeoczyć. Proszę mi wybaczyć, że się kolejny raz powtarzam, ale po to właśnie powstają filmy takie, jak ten opisywany - aby uświadomić, aby pocieszyć. Niektórych obraz Muccino zirytuje swoim przesłaniem, a niektórych podbuduje; jedni przejdą obok niego obojętnie, a drudzy coś z niego wyniosą, nawet jeśli będzie to tylko chwilowy uśmiech. Kusi mnie, żeby podsumować to wszystko przewrotną historyjką pochodzącą z samego filmu, kiedy synek opowiada Chrisowi o facecie, który tonąc na środku oceanu, napotkał łódkę, lecz na pytanie jej właściciela czy potrzebuje pomocy, odpowiedział, że Bóg go uratuje. Chwilę później sytuacja się powtórzyła i tonący ponownie odrzucił pomoc, twierdząc, że Bóg nie pozwoli mu umrzeć. Facet oczywiście utonął, a kiedy poszedł do Nieba, stanął przed Bogiem i zapytał się czemu ten zignorował jego modlitwy. Na co Bóg odparł: "Przecież wysłałem Ci dwie łódki, baranie"...


Z dedykacjOŁ dla hOPSa.



W POGONI ZA SZCZĘŚCIEM

Tytuł oryginalny: The Pursuit of Happyness
Rok produkcji: 2006
Kraj: USA
Czas trwania: 117 minut

Reżyseria: Gabriele Muccino
Scenariusz: Steven Conrad
Zdjęcia: Phedon Papamichael
Muzyka: Andrea Guerra

Obsada:
Will Smith   .....Chris Gardner
Jaden Smith   .....Christopher
Thandie Newton   .....Linda
Brian Howe   .....Jay Twistle
James Karen   .....Martin Frohm
Dan Castellaneta   .....Alan Frakesh
Kurt Fuller   .....Walter Ribbon


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Dariusz Kuźma - BEOWULF
Klub Miłośników Filmu
15.02.2007