Strona główna KMF



[UWAGA! TEKST ZDRADZA ELEMENTY FABUŁY FILMU!]


     Rozruszać słońce ...czyli z motyką na widza     


Niejaki Sacha Baron Cohen jako Ali G, w swoim telewizyjnym show wciela się w całkowitego dyletanta w każdej dziedzinie wiedzy, co nie przeszkadza mu w prowadzeniu "poważnych" dyskusji z ludźmi wysoko kwalifikowanymi w swoich dziedzinach. I tak Ali G zaprosił raz na rozmowę specjalistę z NASA i zadał mu pytanie: "Czy można polecieć na słońce". W odpowiedzi usłyszał, że jest to niemożliwe, bo natychmiast by się spalił. Ali G jednak nie dawał za wygraną i zachowując kamienną twarz, zadał kolejne infantylne pytanie: "A gdybym poleciał w zimie?"


To co dla Sachy Barona Cohena było irracjonalnym wymysłem, mającym ukazać jego intelektualną pustkę i niewiedzę, dla scenarzysty "W stronę słońca" stało się podstawą thrillera psychologicznego z akcją głęboko osadzoną w kosmosie. Nie akcyjniaka SF, tylko filmu jak najbardziej serio. I gdzie u Cohena kończył się wywiad z ekspertem z NASA - bo na ostatnie pytanie odpowiedzi nie otrzymał, tam u Danny'ego Boyle'a zaczyna się akcja jego superprodukcji. Słońce zdaje się nieco przygasać, na Ziemi nastaje globalne oziębienie, więc w stronę najjaśniejszej z gwiazd wyrusza ośmiu śmiałków, z misją ratowania świata. Film w ambitnym założeniu miał być traktatem filozoficznym, przedstawiającym i analizującym zachowania ludzi w bezmiarze kosmosu. Miał też "W stronę słońca" być bliższy "science" niż "fiction", NASA niż "Star Wars". A wyszedł zlepek "Jądra Ziemi", "Armageddonu" i "Dnia zagłady", czyli nic dobrego. Już w "Jądrze Ziemi" irytował punkt wyjścia - wyprawa do wnętrza naszej planety, w celu rozbudzenia jej jądra bombą atomową. Później "Armageddon" i "Dzień zagłady" - bomba do likwidacji asteroidy. Teraz to samo, tylko cieplej i w rozmiarze XXXL - bo wnętrze słońca i bomba wielkości Manhattanu. Wygląda na to, że Amerykanie traktują bombę atomową jako lekarstwo na wszelkie dolegliwości. Nam Polakom, muszą na razie wystarczyć porady Goździkowej. Wracajmy jednak do tematu. Z filmu Boyle'a wynika, że im bliżej słońca... tym głośniej, bo wszelkie eksplozje, trzaski i huki jakich doświadczają nasze uszy podczas seansu, zdają się przesłaniać całe gorąco jakie emituje nasza rozgrzana gwiazda. Owszem, kilka rzeczy staje w płomieniach, trochę sprzętu, ludzi - i to całkiem widowiskowo. Ale twórcy filmu, w pressbooku przygotowywali nas przecież na coś znacznie większego. Twierdzą bowiem, że "gdybyśmy wzięli jedną łyżeczkę materii ze słońca i położyli na szczycie katedry Świętego Pawła w Londynie, to cała Anglia wyparowałaby". Tymczasem kosmiczny pojazd naszych bohaterów: "Icarus II" (tak, prawie jak węgierski autobus) i jego tarcza ochronna, wykonane zostały chyba z innych materiałów niż Anglia, bo nawet w bliskim kontakcie ze słońcem, nic wielkiego się z tarczą nie dzieje, a w środku wielkiej bomby można śmiało dolecieć do samego jądra naszego przygasającego słońca. I to wszystko, zachowując kamienną twarz, starają nam się sprzedać twórcy "W stronę słońca".




Poza statkiem kosmicznym, wykonanym chyba z "metalu, który nie istniał", bohaterowie do dyspozycji mają niesamowicie nowoczesne skafandry, służące do ochrony przed promieniowaniem kosmicznym i promieniami słonecznymi. Danny Boyle projektując ów supernowoczesny skafander kosmiczny, inspirował się ubiorami Samurajów i średniowiecznymi zbrojami. Miał z tego wyjść ubiór praktyczny a nie "na pokaz". Zastanawiające jest więc, dlaczego bohaterowie w tych "mało widowiskowych" skafandrach wyglądają jak przybysze z Matplanety. Albo dlaczego Cillian Murphy ubrany w jeden z tych "praktycznych" skafandrów, potyka się o próg, zwala z nóg i przez 40 minut podnosi się do pionu. Niedorzeczności ciąg dalszy: Capa (Cillian Murphy) jest najlepiej wykształconym członkiem załogi: Fizykiem-geniuszem, odpowiedzialnym za zbudowanie bomby wielkości Manhattanu i człowiekiem, który ma się zając jej odpaleniem. Dlaczego więc ów Capa, w momencie awarii "Icarusa II" zostaje wysłany w przestrzeń kosmiczną jak zwykły robol, aby dokonać napraw? Nie można było (na przykład) na pokład wziąć mechaników? Czy naprawdę do naprawy poszycia należało ryzykować życie Fizyka-geniusza? I to w misji, która co chwilę nazywana jest ostatnią szansą ludzkości! Film miał mieć poważny wydźwięk. Ale już sam niedorzeczny motyw lotu do wnętrza słońca psuje wszystko na dzień dobry i nie pozwala bezboleśnie, bez zażenowania śledzić losów bohaterów. W dodatku wrzucono do "Sunshine" wszystkie elementy filmów z cyklu "Ratujemy świat, ale jesteśmy fajni!", niekoniecznie w dobrych proporcjach i dobrych momentach. Element melancholii: Capa wysyła na Ziemię ostatni list, w którym mówi do swoich bliskich, że gdy słońce znów rozbłyśnie pełnym blaskiem, to znaczy, że im się udało. Element konfliktu: Capa bije się z Mace'em niemal na śmierć i życie, a poszło o to, że ten pierwszy za długo wysyłał swoją wiadomość na Ziemię i dla tego drugiego zabrakło już czasu. Później element filozoficzno-religijny lub jak kto woli bełkotkiwie-wysilony: "Co też zobaczymy jak wejrzymy w słońce z bliska?". Moim zdaniem, przeraźliwie jasną jasność, na którą nijak nie będzie można patrzeć, ale widać, bohaterowie spodziewali się ujrzeć co najmniej odpowiedź na odwieczne pytanie: "Dlaczego?". I wreszcie element psychologiczny: "Czy pośwęcić życie 1. członka załogi (który sfiksował) dla ratowania miliardów istnień na Ziemi?". Bohaterowie długo się nad tym zastanawiają. Widocznie biorą pod uwagę powrót z nieudanej misji ratowania słońca, na planetę-lodowisko, za to z żywym czlonkiem załogi, świrem, którego pokażą milardom Ziemian jako żywy dowód na humanitaryzm w kosmosie.




Ale już największą bolączką filmu skądinąd niezłego reżysera, jest nagłe skręcenie w połowie "W stronę słońca", w stronę slasher-movie(!). I to w bardzo nieładnym stylu, bo ściągnięto tu pomysły z dwóch innych filmów. Załoga "Icarusa II" natyka się na wrak "Icarusa I", który zaginął 7 lat wcześniej. Podobny punkt wyjścia zaserwował nam Paul W. Anderson w "Event Horizon". Na plus dla "W stronę słońca" przemawia fakt, że jest filmem zdecydowanie lepszym od "Event Horizon". Ale bądźmy szczerzy - trzeba by mieć ogromny talent, żeby zrobić film gorszy. Jest natomiast "W stronę słońca" zdecydowanie gorszy od "Alien" Ridleya Scotta, drugiego filmu z którego - być może nieświadomie - zaczerpnął pomysł Danny Boyle. Wszak na pokład "Icarusa II" też dostaje się niechciany pasażer. I właśnie tu zaczyna się slasher-movie dla ubogich. W pierwszej połowie, film Boyle'a miał tzw. klimat: zapadająca w pamięć scena obserwowania Merkurego na tle słońca, ciekawe efekty wizualno-dżwiękowe i świetna muzyka (zdecydowanie najmocniejszy element filmu!) budująca tajemniczą atmosferę - zapowiadały obraz przynajmniej dobry, może nawet wart zapamiętania. Niestety, druga połowa to nieoczekiwane, krwawe polowanie na członków załogi "Icarusa II", w wykonaniu istoty podobnej do "Maniac-Copa". Istoty zbudowanej - w dużym skrócie - z promieni, czy też poparzeń słonecznych. Dobrze, że nie z łez i gliny, w końcu to ponoć Bóg, czy też posłaniec Boży. A filmowany kamerą tak rozedrganą i chaotyczną, jakby szarpało ją stado małp. Ciężko było coś sensownego wywnioskować z pospiesznych dialogów, mało emocjonujących gonitw po pokładzie i wreszcie z zabójstw dokonywanych jakimś śrubokrętem. Pod koniec filmu, już nie tylko to "coś" ściga i dziesiątkuje załogę. Tu głupota goni głupotę i morduje oczekiwania widza. Szkoda, bo film mimo naiwnego punktu wyjścia, miał spory potencjał dramaturgiczno widowiskowy. Wszystko to jednak gdzieś znikło, jak łzy w promieniach słońca. Nawet postaci nie postępowały racjonalnie - a miał to być taki poważny filozoficzny traktat, trzymający się naukowych realiów. Szkoda, że scenarzyści nie dopilnowali w niektórych momentach ani logiki wydarzeń, ani psychologii postaci. Gdy na przykład zapada decyzja, że trzeba zabić jednego członka załogi (tego z załamaniem nerwowym), nikt nie wpada na pomysł wstrzyknięcia mu śmiertelnej dawki leków uspokajających (takimi lekami był już dla uspokojenia naszprycowany), tylko jeden z załogantów bierze w garść zwykły kuchenny nóż i wyrusza przed siebie z zamiarem zaciukania kolegi. A już całość dobija zakończenie, w którym scenarzysta całkowicie zignorował inteligencję widza. Oto pierwszy raz w filmie pokazana jest skuta lodem Ziemia. Słońce zaczyna jaśniej świecić. Każdy widz rozumie, że oto spełniają się słowa Capy z początku filmu. I nagle spoza kadru mówi Capa, przypominając widzom, że skoro słońce rozbłysło, to im się udało. Różne łopatologie w filmach widywałem, ale w rozmiarach porównywalnych do Billboardu, nigdy. Przy permanentnym wystawianiu cierpliwości i wyrozumiałości widza na coraz cięższe próby, scenarzyści zapomnieli dodać do scenariusza choćby odrobiny emocji. Nawet w takim przesadzonym i pompatycznym "Armageddonie", gdy ginął główny bohater, zostało to rozpisane i zmontowane w taki sposób, że ze wzruszenia widzom łzy ciekły po plecach. Gdy zaś w "W stronę słońca" ginie Capa, scenarzyści wcinają w jego śmierć jakieś motywy metafizyczne, zapominając, że bomba to bomba. Bach! i po sprawie, bohater nie żyje. Ale nie, trzeba było pokazać, że Capa jednoczy się ze swoją bombą, czy też ze słońcem - nie wiem, było tak jasno, że nie widziałem dokładnie. Cóż, widocznie Danny Boyle uznał, że bez wizualizacji powtarzanego przez cały film hasła: "Z prochu powstałeś, w proch się obrócisz" się nie obejdzie. Pseudoreligijna wstawka dla ubogich.


Film mnie absolutnie zawiódł, zirytował, momentami wynudził i zmęczył powtarzaniem utartych schematów. Gdy bohaterowie sprawdzali wnętrze "Icarusa I" i nie mogąc znaleźć zwłok załogi, wpadli na tętniącą życiem dżunglę, nie musiałem wielce wysilać mojego złośliwego poczucia humoru, żeby wyobrazić sobie, że w tej dżungli siedzi sobie Predator, odpowiedzialny za ich śmierć. Zresztą jak pokazała dalsza część filmu, nie pomyliłem się za bardzo. Bo monstrum było, tylko poparzone i bez dredów.







Tytuł polski: W stronę słońca
Rok produkcji: 2007
Kraj: Wielka Brytania
Czas trwania: 107 minut

Reżyseria: Danny Boyle
Scenariusz: Alex Garland
Zdjęcia: Alwin H. Kuchler
Muzyka: K. Hyde, J. Murphy, R. Smith

Obsada:
Rose Byrne, Cliff Curtis, Chris Evans, Troy Garity, Cillian Murphy, Hiroyuki Sanada, Mark Strong, Benedict Wong, Michelle Yeoh


Wyślij e-mail Autor recenzji:
Rafał Donica - DUX
Klub Miłośników Filmu
11.04.2007