Czasy świetności Jean-Claude Van Damme'a należą już chyba do zamierzchłej przeszłości. Wielu z rozrzewnieniem wspomina jednak przełom lat 80. i 90., kiedy to muskularny Belg brylował jako jedna z najjaśniejszych gwiazd kina akcji. Znaczna część jego filmów nie przetrwała próby czasu, momentami rażą mizernym poziomem realizacji i niewyszukaną choreografią scen walk. Nie można jednak odmówić wspaniałej motoryki i finezji w poruszaniu się, jaką Van Damme prezentował. Fantastyczne techniki nożne, dzięki którym kładł tabuny przeciwników mogą podobać się po dziś dzień. Trenujący sztuki walki doceniają ogrom pracy jaki trzeba włożyć, by osiągnąć jego ówczesną sprawność fizyczną.

Nieubłagane prawa rynku i zmieniające się gusta publiczności sprawiły, że po latach Van Damme znalazł się w piekle filmów direct-to-DVD. Nieunikniona w tym wypadku wegetacja, oznaczająca oczywistą dla każdego aktora degradację w statusie zawodowym, obrodziła niespodziewanie, nadzwyczaj dorodnym owocem. W 2004 r. J.C.V. Damme zagrał bowiem główną rolę w „Wake of Death” w reżyserii Philippe Martineza, przetłumaczonym przez polskiego dystrybutora z wielkim „wyczuciem” smaku na „Mściciela”.

Pierwszy (a nawet drugi i trzeci) rzut oka na fabułę nie nastraja przesadnym optymizmem. Van Damme wciela się w Bena Archera, rezydującego w Los Angeles właściciela nocnych klubów, mającego niejasne powiązania z francuską mafią. Zmęczony dotychczasową egzystencją w cieniu szemranego towarzystwa, postanawia odmienić swoje życie, poświęcić się żonie i synowi. Los ma jednak wobec niego zgoła odmienne plany. Wszystko komplikuje się, gdy jego partnerka życiowa, pracownica biura imigracyjnego bierze pod swoją opiekę małoletnią azjatkę o imieniu Kim. Okazuje się, że w rodzimych Chinach dziewczynka była świadkiem morderstwa własnej matki. Sprawca zabójstwa, Boss Triady wraz ze swoją świtą podąża jej tropem. Przypadkową ofiarą okazuje się żona Archera, on sam poprzysięga zemstę...

Scenariusz zalatuje więc sztampą, czy jest nią w rzeczywistości? W znacznej mierze tak. Dla ludzi interesujących się kinem akcji, szczególnie w najczystszej jego postaci, logiczną konkluzją wydaje się, że w wypadku tego gatunku forma często jest o wiele ważniejsza od przekazywanej treści. Nie oszukujmy się, nie dotyczy to jedynie kina sensacyjnego. Wystarczy przyjrzeć się filmom Science-Fiction z ostatniej dekady. Większość z nich okaże się wydmuszką opakowaną w błyszczący papierek.

W „Wake of Death” przepych wizualny z nawiązką rekompensuje wszelkie braki oryginalności w przedstawionej historii. Sceny walk, pościgi, strzelaniny, wszystko to pomysłowością wybija się ponad bezpłciową przeciętność, którą obserwujemy we współczesnych średniobudżetowych kinowych filmach akcji, nie wspominając już o tym, że bije na głowę wszystkie filmy wyprodukowane na potrzeby kina domowego.

Niezwykle sugestywne, niecodzienne ujęcia kamery, dla niektórych mogą trącić pretensjonalnością, ale dla mnie świetnie wkomponowują się w mroczny klimat filmu. Twórcy nie ukrywają, że ich obraz ma być efekciarski, ale umiejętnie balansując na granicy pomiędzy atrakcją i przesytem, nie zamieniają swojego widowiska w męczący teledysk. Film jest bardzo brutalny, ale przemoc którą obserwujemy ma w sobie coś pociągającego, nie jest to tanie epatowanie okrucieństwem, ale ma w sobie nutkę wirtuozerii. O muzyce mogę powiedzieć jedynie tyle, ze świetnie współgra z obrazem dopełniając całości.

Śmiem twierdzić, że gdyby Martinez dysponował porównywalnym budżetem i komfortem pracy, co Pierre Morrel, przy głośnej w pewnych kręgach „Uprowadzonej”, to wyczyny Van Damme'a w „Mścicielu” zostawiłyby daleko w tyle krucjatę Liama Neesona.

Najważniejszym jednak wyróżnikiem „Wake of Death” wśród setek podobnych tytułów jest główny bohater. Jean-Claude Van Damme nie tylko zagrał główną rolę, on przede wszystkim stworzył aktorską kreację w pełnym tego słowa znaczeniu. Wspiął się na wyżyny swoich umiejętności i widać, że nawet w nim drzemią pewne artystyczne ambicje. Oczywiście na tyle na ile pozwalają ograniczone ramy gatunku filmu akcji.

Ben Archer jest tak wyrazisty, jak to tylko możliwe. Największą bolączką współczesnych filmów sensacyjnych jest miałkość głównych bohaterów. Zepchnięci na bok przez komputerowe sztuczki, stali się jedynie dodatkiem do widowisk w których uczestniczą. Van Damme w „Wake of Death” nie jest dodatkiem, jest głównym rozgrywającym. Pokazuje niezwykłą charyzmę, zawłaszczając właściwie każdą scenę w której jest widoczny, a nie było to normą nawet w najlepszym okresie jego kariery. Lata wzlotów i upadków zarówno w życiu osobistym jak i na polu zawodowym, odcisnęły fizyczne piętno na wyglądzie aktora, dając dodatkowy dramatyczny rys postaci, którą stworzył. Van Damme ze zmęczoną pooraną zmarszczkami twarzą świetnie odnajduje się w roli faceta, któremu odebrano tak wiele. To już nie ten człowiek z pierwszej połowy lat 90. Chłopięcy, lekko infantylny wizerunek, zastąpiła surowa aparycja mężczyzny po przejściach.

Archer nie tylko z całą bezwzględnością ściga tych, którzy odważyli się podnieść rękę na jego rodzinę, ale nie boi się również w normalnej ludzkiej bezradności usiąść i rozpłakać. Van Damme przez cały film imponuje. Zdawał się być aktorem o bardzo ograniczonych formach ekspresji. Dzięki występowi w „Mścicielu”, zadaje kłam temu twierdzeniu.

Proszę mnie nie zrozumieć źle. Nie chcę imputować, że „Wake of Death” to wiekopomne dzieło. Van Damme nigdy też nie będzie drugim De Niro. To w dalszym ciągu jedynie oparty na prostym schemacie, niewymagający specjalnej atencji od widza podczas seansu film akcji, z zemstą jako motywem przewodnim. Brutalny, męski, służący rozrywce i przeznaczony głównie dla fanów gatunku. Jednakże dla wielbicieli tegoż gatunku jest to rzecz w pewnym stopniu nietuzinkowa, posiadająca swój unikalny charakter, zdecydowanie warta polecenia. Co też niniejszym tekstem, mam nadzieję, że uczyniłem.


         



Autor tekstu: Bogusz Dawidowicz [e-mail]  Klub Miłośników Filmu, 13 listopada 2010
Oprawa html: Filip Jalowski - FIDEL [e-mail]

STRONA GŁÓWNA KMF