Aż się chciało wyjść z kina…
Cytowany do znudzenia Hitchcock mawiał, że dobry film powinien rozpoczynać
się trzęsieniem ziemi, a później napięcie powinno rosnąć. Cezary Pazura swój
film rozpoczął od nieśmiesznego pierdnięcia w windzie, a później było coraz gorzej. Początkowe 15 minut debiutanckiego projektu
aktora-komika-celebryty, pod tytułem „Weekend” okazało się prawdziwą drogą
przez mękę. Pierwsze dialogi z bluzgami (z przewagą bluzgów) i pierwsza,
przeestetyzowana do granic możliwości strzelanina, przypominały
niezamierzoną karykaturę filmu akcji. Trudno ocenić, czy nadęcie i sztywność oraz efekciarskie zwolnione tempo,
które towarzyszyły rozwałce w windzie to mrugnięcie okiem do widza, czy też
najzwyczajniej w świecie wynik kręcenia tej sceny z kijem w tyłku. Czarę (Cezarę?) goryczy przelał
ostatni strzał z pistoletu, który przepołowił jednego z
kolesi na pół. Widocznie mała kulka sfilmowana w odpowiednio zwolnionym tempie jest w stanie przeciąć człowieka na pół - nie mam jak
tego sprawdzić, więc się nie czepiam. Po tym zabójczym strzale reżyser pokazuje na zbliżeniu kupkę flaków, zakrwawiony korpus
ofiary i jej dupę z nogami, leżące dwa metry dalej. Ta obrzydliwa i
nadzwyczaj nieoczekiwana scena gore, pasująca znakomicie do dzieł wytwórni
Troma lub wczesnego Petera Jacksona, w „Weekendzie” - komedii gangsterskiej,
mi zdecydowania zgrzytała. Zrozumiałbym jeszcze zamysł zamieszczenia takiej
krwawej wstawki, gdyby w dalszej części filmu Pazura konsekwentnie szedł tak
obraną drogą i zafundował nam jazdę gore bez trzymanki, jednak nic takiego się nie
dzieje, a kolejne trupy padają już, że tak powiem, po bożemu.
Na szczęście „Weekend” rozkręca się jak drużyna Brazylii podczas Mundialu, i z każdą minutą debiut Pazury coraz bardziej przypomina
projekt przemyślany i sprawnie wyreżyserowany. Dużym plusem filmu jest jego
strona techniczna: zdjęcia, montaż i udźwiękowienie. Nakręcone w
efektownym slow motion sceny akcji, choć wykonane w, już raczej niemodnym,
stylu „Matrixa” (choć może to już styl „watchmenowy”?), stoją na naprawdę
wysokim poziomie. Ponadto krew zdrowo tryska z ran postrzałowych, a ofiary
po otrzymaniu kulki latają naprawdę wysoko i daleko, a co za tym idzie –
efektownie. Gorzej jest z finałowym pościgiem samochodowym i jazdą pod prąd,
które nie niosą za sobą żadnych emocji ani atrakcji wizualnych.
|
|
Niemal na każdym kroku widać wyraźne inspiracje filmami pokroju
„Porachunków” czy „Pulp Fiction”. I ten zachwyt nad dokonaniami kultowych
twórców chwilami gubi Cezarego Pazurę, który na siłę próbuje z każdego
tekstu zrobić tekst kultowy. Przez to usiłowanie strona dialogowa „Weekendu”
jest bardzo nierówna. Jedna wymiana zdań wypada naturalnie i naprawdę „cool”,
podczas gdy inna przyprawia widzów o zażenowanie. Zupełnie niepotrzebnie
wprowadzono dowcipy/teksty znane wszystkim od lat (niechlubny trend
rozpoczęty przez „Job” i kontynuowany przez „Ciacho”), przerabiając je na
dialogi lub mini-scenki. Owszem, zabawnie brzmi „hokus-pokus” wypowiedziane
przez gliniarza zabierającego samochód przypadkowemu kierowcy, ale już to,
że ów zastraszony pistoletem kierowca sili się na żart w stylu „a magiczne
słowo?” – wypowiedziane do gliniarza, jest niewiarygodne i widać, że włożone
zostało w jego usta na siłę i tylko po to, by gliniarz mógł mu zabawnie
odpowiedzieć. Na szczęście takich kwiatków jest stosunkowo mało, a
teksty w stylu „Wygrałeś talon na kurwę i balon” stoją
już, jeśli można tak powiedzieć, na wysokim poziomie i rekompensują słaby
poziom innych „żartów” słownych zawierających brzydkie wyrazy. Dziełko Pazury, jak już zapewne
zauważyliście, przekleństwami stoi. Bluzgów z ekranu sypie się nie mniej niż
karabinowych kul, jednak nie zawsze znajdują się one tam, gdzie powinny,
przez co raz śmieszą, a raz każą się zastanowić, po co tyle chamstwa i
prostactwa wrzucono w jedno zdanie.
„Weekend” jest interesującym przykładem filmu, który nie daje się łatwo
zaklasyfikować. Jest debiut Pazury po części kinem gangsterskim na poważnie,
jest po części komedią, sensacją, abstrakcją, wreszcie pastiszem i hołdem
dla dzieł Tarantino i Ritchiego. Nie jest pocieszny jak „Chłopaki nie
płaczą”, ale nie jest też kolejnymi „Psami”. Humoru jest tu niby sporo, jest
on jednak w większości przypadków czarny jak smoła, nieraz
przyciężkawy, a czasem zabawny inaczej. Dużo ryzykował Cezary Cezary
decydując się na zrealizowanie filmu trwającego prawie
dwie godziny. O dziwo jednak, udało mu się skupić moją uwagę na losach
bohaterów i walizki, wokół której zbudowano opowieść. Może dlatego, że
reżyser wprowadził na ekran barwną galerię postaci i sporo wątków.
I choć pod koniec wydaje się, że pogubił niektórych bohaterów, ostatecznie
doprowadza wszystkie motywy do końca, a każda z postaci pojawiających się
przed kamerą podczas seansu, okazuje się odgrywać sensowną i dobrze osadzoną
w scenariuszu rolę.
Aktorsko „Weekend” stoi całkiem nieźle, choć nie jest to na pewno zasługą
głównych bohaterów granych przez Małaszyńskiego i Sochę, tylko znakomicie
obsadzonego drugiego planu. Jak dla mnie rządzi Andrzej Andrzejewski w roli
psychopatycznego mordercy Stefana. Równie dobrze wypadł Michał Lewandowski
partnerujący Pawłowi Małaszyńskiemu - grającemu tu na swoim stałym,
małaszyńskim poziomie. Tomasz Tyndyk niezwykle sugestywnie wcielił się w
homoseksualistę, a Piotr Miazga w przywódcę bandy Cyganów (czytelne
nawiązanie do Brada Pitta z „Przekrętu”). Nieźle poradził sobie Jan Frycz w
roli komisarza i partnerujący mu Antoni Królikowski – razem stworzyli
interesujący duet gliniarzy. Zawiódł niestety Paweł Wilczak, któremu nie
pozwolono pokazać niewątpliwego talentu komediowego, tylko kazano biegać z
pistoletem i być groźnym. Obok wyżej wymienionych, przez „Weekend” przewija
się mnóstwo występów gościnnych i epizodycznych (Radosław Pazura, Edyta "nie mam pojęcia o aktorstwie"
Zając, Adrianna Biedrzyńska, Filip Bobek, kabaret Mumio, Nick Sinckler).
Na szczęście Pazura nie zatrudnił nikogo z etatowych w ostatnim czasie
aktorów komediowych: Karolaka, Kota i Adamczyka. Tych panów miałem już dość
po obejrzeniu przed „Weekendem” trailerów kilku nadciągających komedii, a
jakże, romantycznych.
|
|
„Weekend” jest filmem odważnym pod względem formalnym i
fabularnym, ale i obrazem nierównym, z kilkoma „spoko” tekstami i kilkoma
naprawdę niskich lotów. Jest też trochę za długi jak na komedię i nie
rozwala śmiechem, jak obiecywał slogan reklamowy. Mam przez
te ambiwalentne odczucia obiekcje przed rekomendowaniem tego filmu, bo sam miałem
zamiar z niego wyjść po pierwszych piętnastu minutach seansu. Z drugiej strony
patrząc, wraz z rozwojem akcji wszystko się w miarę poukładało i rozkręciło, więc
ostatecznie nie żałuję wizyty w kinie.
Jeśli lubicie gangsterkę w stylu
„Porachunków” (scena ze starym Ruskiem obwieszonym orderami
jest niemal kalką ćpunki strzelającej z karabinu Bren w filmie Ritchiego),
powinniście się na filmie Czarka względnie dobrze bawić. I choć dużo motywów w „Weekendzie” jest
topornych, trochę na siłę lub zupełnie chybionych, jak wspomniane na początku
gore, Pazurze należą się brawa za odwagę w zasiewaniu zachodnich wzorców w
polskim kinie, a przede wszystkim za sprawność w prowadzeniu opowieści i
doskonałą stronę techniczną całego projektu. A że efekt końcowy jest nie do końca udany, to już inna sprawa.
Ocena 5/10
|
|
kraj i rok produkcji - Polska 2010
reżyseria - Cezary Pazura
scenariusz - Lesław Kaźmierczak
zdjęcia - Grzegorz Kuczeriszka
muzyka - Filip Siejka
kostiumy - Ewa Kania
czas projekcji - 105 minut
|
 |