Wypad do kina na komedię, który okazał się koszmarem...


To bardzo zły film. Na tym chciałbym zakończyć recenzję, bo naprawdę twór Cezarego Pazury nie zasługuje na nic więcej. Jeśli przeliczać jakość filmu na konstruktywny opis swoich doświadczeń podczas seansu, to "Weekend" nie jest godny nawet uruchomienia Windowsowego Notatnika, a co dopiero napisania "to bardzo zły film". Z sali kinowej miałem ochotę wyjść już po prologu, ale świadomość, że wybuliłem 36 zł na dwa bilety nie pozwoliła mi na to. "Zapłaciłem to wysiedzę" - pomyślałem. Gdyby ten czyrak potrwał 5 minut dłużej, doznałbym zapewne rozległego krwotoku ze wszystkich otworów w głowie.

Cofnę się jakiś miesiąc-dwa wstecz, kiedy to zostaliśmy zaatakowani żenującymi zwiastunami, zapowiadającymi super-mega-hit-od-pierwszy-raz-w-roli-reżysera, polskiego Jima Carreya, Cezarego Pazury. Najbardziej topowe obecnie nazwiska z głównie amerykańskiej kinematografii krzyczały dumnie z ekranu, że oto nie wystąpią w tym filmie. Żałośnie tania zagrywka, która myli oryginalność i lekkość z czymś, czego nikt nie stosuje, bo jest po prostu głupie oraz żałosne. Zostaliśmy także stosownie poinformowani, że to nie jest ani "Matrix", ani "Pulp Fiction". No, cholera! W życiu bym się nie domyślił! Na wszelki wypadek, gdyby prostackiej zaściankowości w czystej postaci było jeszcze za mało, na końcu pokazywał się człowiek odpowiedzialny za ten bajzel we własnej osobie i namawiał do pójścia do kina, bo on się przecież na tym zna!

Myślałem wtedy, no po prostu denna kampania reklamowa, rzecz naturalna w naszym pięknym kraju. Poza tym Cezary Pazura, jakby nie patrzeć, aktorem jest bardzo dobrym. Świetna kreacja w "Psach", ciekawa żonglerka schematem zadbanego twardziela w "Chłopaki nie płaczą", czy typowa acz sympatyczna niezdara w "Kilerze". No, rzeczywiście się może znać. Przez tyle lat na planie można było podpatrzeć to i owo u Pasikowskiego czy Machulskiego. Cezary Cezary jednak postanowił udzielić paru wywiadów by przybliżyć nam maluczkim kulisy swej superprodukcji. I zaczyna się jazda...


Najpierw niepokojąco często wspominał Clinta Eastwooda przy jakby zestawieniu ze swoją osobą. Potem dowiadujemy się, że Paweł Małaszyński jest naszym polskim Bruce'em Willisem z domieszką Bogusława Lindy. Chciałbym zobaczyć warsztat tego diabolicznego Gepetto, który wyciosał go z kawałka drewna. Tylko, że zamiast podobieństw, wyszła abominacja. Kultowym twardzielem pan "Magda M." nie byłby nawet, gdyby okazał się cyborgiem przysłanym z przyszłości. Wspomnę jeszcze tylko chwalenie się ekipą pirotechników z "Casino Royale" (w zwiastunach słyszymy, że w ogóle film jest twórców najlepszego Bonda! Ciekawe, co na to Martin Campbell?).

Po takich rewelacjach miałem ochotę zakręcić bączkiem, ale Leonardo DiCaprio okazał się nieosiągalny. Więc pozostało mi tylko szpetnie zakląć i dumnie stwierdzić, że moich pieniędzy nie dostaną. Dziś jednak przypomniał mi się ten dowcip o tym, że Boga najlepiej rozśmieszyć swoimi planami. Niby dobrowolnie dokonałem opłaty za bilety (Asiu, wybacz mi te tortury, które na Ciebie sprowadziłem!), ale siedząc teraz w domu po seansie czuję się okradziony. Trudno o inne słowo, skoro dostajemy zapowiedzi typu "najlepsza komedia gangsterska wszech czasów", nawet jeśli nie dawało się im wiary.

Bełkot reżysera reklamującego swoje dzieło swoją drogą, a jaki jest sam "Weekend"? Jakby ktoś wyłożył niemało pieniążków (w dodatku także z budżetu PAŃSTWA!) na to, jak sobie jakiś 5-latek wyobraża kino akcji. Kupy się tu nie trzyma nic. Choć jakby się tak zastanowić, to... do kupy temu "filmowi" najbliżej. Widać inspirowanie się Tarantino i Richie'em, jeśli za "inspirowanie" przyjmiemy bezceremonialne zrzynanie. Subtelnych nawiązań tu nie uświadczymy. Kalki i cytaty wpieprzane jak leci na chybił-trafił z finezją hipopotama bez mózgu. Wszystko w takiej "wdechowej" konwencji komediowej, że człowiek ucieka myślami jak najdalej, rozmyślając o najefektywniejszym sposobie autodestrukcji, jeśli ten koszmar zaraz się nie skończy.

Podobno Cezary Pazura wybrał scenariusz na zasadzie "czytam codziennie do poduszki jeden przed snem, usnę - nie robię, doczytam do końca - robię". Nie usnąć od tych czerstwych dialogów i ciągu przyczynowo-skutkowego rodem z improwizowanej zabawy przedszkolaków można tylko dlatego, że właśnie pobiegło się zwrócić kolację! Serio, scenariusz "Weekendu" to przykład amatorskiego grafomaństwa rodem z produkcji Asylum. Przeklinanie na ekranie to swego rodzaju sztuka, a bluzgi wystrzeliwane z ust bohaterów budzą jedynie obrzydzenie. To samo tyczy się postaci lub historii. Tego się nie da oglądać, a co dopiero czytać przed snem!


Ale skrypt zawsze można poprawić i uratować film świetną reżyserią. Ale nie w tym wypadku. Mógłbym napisać, że takowej po prostu nie ma. Ale jest i to czystym, wcielonym złem. Bo jak inaczej nazwać te wszystkie bezsensowne sceny typu rozwałka z prologu, gdzie nie wiadomo, czy cała ta "matrixowska" otoczka jest parodią (brawo, 12 lat po premierze "Matrixa") czy "klawym" zabiegiem (brawo, sklecona tak idiotycznie i nieumiejętnie, że się płakać chce). Albo zmuszanie postaci do używania broni w tak przestylizowany, prowadzący do mdłości sposób. Ujęcia mające na celu ukazanie, z jaką "gracją" drewniana kukła odchyla płaszcz i sięga po broń. Lub jak ten drugi manekin obchodzi się z bronią. No kto tak strzela? KTO?! Na deser zostaje muzyka nawciskana bez wyczucia, gdzie się tylko da. W momentach, gdzie w tle powinien pobrzękiwać motyw budujący napięcie (dwóch kiziorów idzie spotkać się z wielką szychą), dostajemy jakieś chóry wspomagane elektrycznymi gitarami. No, do cholery, panie Pazura! Ile pan lat robi filmy? I ile w ogóle ma pan lat? Przecież to wszystko wygląda jak erotyczna fantazja nastolatka, który dopiero co dostał na Gwiazdkę DVD!

Ręce się załamują. Wszyscy dołożyliśmy się do realizacji tego gniota. Mało tego, jeszcze doją od nas za bilety, by za rok sfinansować z tego przekrętu kolejną "jeszcze lepszą komedię wszech czasów", tym razem w czyjej reżyserii? Braci Mrok? Pawła Deląga (czy może już... De Longa?)? Chciałbym wszystko spuentować jakimś ciętym tekstem, ale nie mogę. Ogarnął mnie najprawdziwszy żal, bo straciłem bezpowrotnie dwie godziny z życia, prawie 40 zł i wyszedłem z kina z bólem głowy po gwałcie zaserwowanym przez wielki ekran. A teraz zmarnowałem kolejne dwie godziny na opisanie w tylu różnych słowach czegoś, czego definicją jest...

GÓWNO.

Słowo brzydkie i wulgarne, ale tylko takie tu pasuje.


1/10


wytwórnia - Cezar 10, Polsat, ATM Grupa, 2011
reżyseria - Cezary Pazura
scenariusz - Lesław Kaźmierczak
produkcja - Cezary Pazura, Dariusz Żmudziński
zdjęcia - Grzegorz Kuczeriszka
muzyka - Filip Siejka
czas projekcji - 120 minut

wystąpili
Paweł Małaszyński
Małgorzata Socha
Michał Lewandowski
Anna Karczmarczyk
Paweł Wilczak
Jan Frycz
Olaf Lubaszenko
Radosław Pazura
Adrianna Biedrzyńska
Antoni Królikowski
Tomasz Sapryk
Filip Bobek
(Max)
(Maja)
(Gula)
(Młoda)
(Norman)
(komisarz)
(Czeski)
(Borys)
(matka Malinowskiego)
(Malinowski)
(Sasza)
(playboy)

Autor recenzji: Mateusz Sojka - HITCH [e-mail] | Klub Miłośników Filmu, 11 lutego 2011
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF