Pozory mylą. Patrząc na Jana Jakuba Kolskiego trudno dostrzec w nim największego wrażliwca polskiego kina. Spracowana, nieogolona twarz, postura niedźwiedzia i ramię sztangisty. Ale w środku - cała masa ciepła. Najnowszy film Kolskiego, "Wenecja", to kolejny dowód świadczący o wyjątkowej wrażliwości tego reżysera. Znów bawi się w magika - jednak warto podkreślić, że to nie żadne czary-mary, triki i sztuczki. To zwykły talent. Talent do przedstawiania rzeczywistości w barwach innych niż te, które widzimy na co dzień. W chwili rozpoczęcia seansu Kolski nakłada nam na oczy specjalne soczewki - niby znamy już to, co widzimy na ekranie, ale z jakiegoś powodu nie wygląda to już tak, jak przedtem. Jeśli reżyser takie soczewki nosi "na stałe", nie pozostaje nic innego, jak tylko zazdrościć. Bo świat w filmach Kolskiego jest po prostu piękny. Nie idealny, nie sielankowy, ale "piękny" - to najtrafniejsze określenie. Tematy poruszane u autora "Jańcio Wodnika" są bowiem różne, a wśród nich nawet te najbardziej tragiczne. Jednak w jakiś sposób te cudowne soczewki pozwalają nam spojrzeć na nie inaczej. "Wenecja" zresztą jest tego świetnym przykładem.

Początek historii to rok 1939 - mały chłopiec zamiast na wymarzoną podróż, udaje się do babcinego dworku, gdzie ma przeczekać wojnę. Ale jej końca nie widać, a pozornie bezpieczne schronienie nie będzie wcale odizolowane od wojennej traumy. Odciśnie ona swoje piętno zarówno na Marku, jak i pozostałych mieszkańcach domu. Choć Kolski nie ucieka od trudnych scen, nie jest to oczywiście żadna martyrologiczna produkcja. To przede wszystkim piękna przypowieść o dorastaniu - zarówno tych najmłodszych, jak i ich rodziców. A całość podana w sosie własnym a'la Kolski.


Typowy dla Kolskiego poetycki klimat polskiej prowincji również w "Wenecji" odgrywa bardzo istotną rolę. Może i najważniejszą. Ale coś sprawia, że tym razem nabiera on szczególnego wymiaru. Coś, a właściwie "ktoś". Tym kimś jest Artur Reinhart. Choć współpraca na linii reżyser-operator w filmach Kolskiego układała się zawsze dobrze, Reinhart to autor zdjęć o szczególnej wrażliwości, który pasował do "Wenecji" jak ulał. Jego praca, nagrodzona zresztą na festiwalu w Gdyni, to nie tylko część składowa filmu, część, bez której żaden film nie może się obyć, ale najistotniejszy element. Nie ujmując niczego Kolskiemu, bez Reinharta ten film z pewnością nie wyglądałby tak, jak wygląda (zarówno w sensie dosłownym, jak i przenośni). Bo, powiedzmy sobie szczerze, fabuła w tym filmie po prostu "jest". Posuwa się naprzód niespiesznie, raz po raz ukazując nam sceny świadczące o tym czy tamtym. Nie ma tu wyraźnego punktu kulminacyjnego. Właściwie przez cały czas trwania "Wenecji" mamy wrażenie, że do czegoś zmierzamy, a gdy następuje koniec, nie bardzo wiemy, czy do tego miejsca rzeczywiście dotarliśmy, czy może po drodze zboczyliśmy z trasy. Istotą tego filmu jest jego klimat, symbolika, piękno obrazów zahaczających już o tę "wyższą" sztukę. Dzięki zdjęciom Reinharta klimat ten udało się uzyskać w najlepszym możliwym wydaniu.

Zdjęcia w tym filmie wykonane są na naprawdę najwyższym światowym poziomie. Przyrównałbym je do tych z filmu "Bardzo długie zaręczyny" autorstwa Bruno Delbonnela. Nie dość, że są piękne same w sobie, to idealnie wpasowują się w koncepcję realizmu magicznego prezentową w obydwu filmach. Bez nich spojrzenie na opowiadaną historię mogłoby być zupełnie inne. Szkoda, że Reinhart niezbyt zainteresowany jest karierą w Hollywood. Mimo pracy (udanej zresztą) przy "Tristanie i Izoldzie" z 2006 roku, twierdzi, że nie ciągnie go do robienia filmów w wielkich studiach. A śmiało mógłby dołączyć do grona naszych eksportowych operatorów. Tym bardziej, że ostatnio jakby mniej o nich słychać...


Światowy poziom przejawia się zresztą w "Wenecji" nie tylko w postaci zdjęć. Oglądając tę produkcję, naprawdę nie widać różnicy w stosunku do tego, co prezentuje nam kino amerykańskie. Zaliczając kolejne tytuły podczas Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni, wniosek nasuwa się jeden. Polskiemu kinu brak czasu i pieniędzy (a jedno i drugie jest ze sobą bezsprzecznie związane). Wśród 20-kilku filmów wyświetlanych podczas festiwalu tylko nieliczne można by nazwać kompletnymi klapami. Reszta to naprawdę udane produkcje - ale zawsze coś jest z nimi nie tak. Od razu widać, że temu panu zabrakło kilku dni zdjęciowych, tamtemu dodatkowych metrów taśmy, jeszcze innemu pieniędzy na lepsze kostiumy albo czasu, by móc wyszukać inne lokalizacje. "Wenecja" jednak jest tego zaprzeczeniem. Tutaj wszystko jest wymierzone co do milimetra - każdy szczegół wydaje się być idealnie dopracowany i widać to gołym okiem. Oczywiście, Kolski, tak jak i jego koledzy, mógł mieć problemy z budżetem albo zbyt krótkim okresem zdjęciowym - chodzi jednak o to, by umieć to zamaskować. Jemu udało się to w stu procentach. W "Wenecji" nawet sceny batalistyczne wyglądają dużo lepiej niż w jakimkolwiek innym polskim filmie. Choć stanowią one w tym przypadku niewielki epizod, źle wykonane mogłyby rażąco wpłynąć na odbiór całości i narazić tę piękną przypowieść na śmieszność (pamiętacie smoka z "Wiedźmina"..?). Tak się jednak nie dzieje.

Skoro już była mowa o "Bardzo długich zaręczynach", pozostańmy przy tym porównaniu. W tamtym filmie fabuła prowadzona była z punktu A do B, z B do C, z C do D itd. aż do wielkiego finału spinającego, niczym klamra, wszystkie poprzednie wątki. W "Wenecji" przechodzenia z punktu do punktu nie ma. Oczywiście, wraz z kolejnymi miesiącami wojny sprawy przybierają coraz dramatyczniejszy obrót, ale to raczej wciąż zlepek jakoś tam ze sobą powiązanych scen, a nie przemyślana konstrukcja fabularna. Wszystko to można wytłumaczyć tym, że film miał ukazywać pewien proces, dojrzewanie poszczególnych osób w ciężkich czasach wojny. Trudno jednak ukryć fakt, że do drugiej części "Wenecji" po prostu wkrada się nuda. Zaczynamy zastanawiać się, dokąd zmierza ta historia albo czy w ogóle dokądś zmierza. I mimo że to największy zarzut w stosunku do Kolskiego, reżyser skutecznie się broni. Wspomnianym już przeze mnie klimatem, cudownymi, artystycznie wykreowanymi obrazami (Wenecja w zalanej piwnicy, karteczki z życzeniami do Boga), zapadającymi w pamięć pojedynczymi scenami czy wreszcie całą galerią różnorodnych postaci. Bo dom służący jako azyl podczas wojny zamieszkuje wiele osób. I właściwie każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa. Nieważne czy jest to ciotka tęskniąca za wielkomiejskimi rautami czy dziewczynka czekająca na swój pierwszy pocałunek - każda z nich jest interesująca i odgrywa ważną rolę w tej historii. A relacje między wszystkimi oddane zostały wprost znakomicie.


Duża w tym zasługa aktorów. Nie ma tu właściwie żadnego słabego punktu. Magdalena Cielecka wcielająca się w rolę matki Marka śwetnie ukazuje niedojrzałość tej postaci. Grażyna Błęcka-Kolska w roli sympatycznej dziwaczki pokazała trochę inne oblicze niż w dotychczasowych filmach męża. A dziewczynki grające Zuzię i Karolinę, choć miały do zagrania naprawdę trudne sceny, poradziły sobie z tym jak profesjonalistki. Mówiąc o aktorach, nie można nie wspomnieć Marcina Walewskiego, filmowego Marka. Warto zapamiętać to nazwisko, bo jeśli tylko ten chłopak będzie chciał się skupić na aktorstwie (a będzie chciał - odbierając nagrodę w Gdyni za debiut aktorski powiedział "Dziękuję reżyserowi za tę szansę. Myślę, że ją wykorzystałem" ;), czeka go wspaniała kariera. Dawno nie widziałem tak dobrze grającego dziecka, i to w tak wymagającej roli. Choćby dla niego warto zobaczyć ten film - bo moim zdaniem to debiut na miarę Marka Kondrata i jego "Historii żółtej ciżemki". Jednak powodów, by wybrać się do kina jest oczywiście znacznie więcej. Czarodziej Kolski, jak go niektórzy nazywają, być może nie zaczaruje wszystkich. Ale nawet ci odporni na jego urok będą musieli przyznać, że "Wenecja" to film pełen czaru. Trzeba tylko chcieć go dostrzec.


7,5/10



WENECJA

wytwórnia - Akson Studio, 2010
scenariusz i reżyseria - Jan Jakub Kolski
produkcja - Michał Kwieciński, Wiesław Łysakowski
zdjęcia - Artur Reinhart
muzyka - Dariusz Górniok
montaż - Witold Chomiński
scenografia - Joanna Macha
kostiumy - Małgorzata Zacharska
czas projekcji - 110 minut


wystąpili

Marcin Walewski
Magdalena Cielecka
Agnieszka Grochowska
Grażyna Błęcka-Kolska
Julia Kijowska
Julia Chatys
Hanna Kuźmińska
Teresa Budzisz-Krzyżanowska
Weronika Asińska
Mariusz Bonaszewski
Dana Batulkowa
Filip Piotrowicz
Franciszek Serwa
Henryk Niebudek
Piotr Siwkiewicz

(Marek)
(Joanna, matka Marka)
(Barbara)
(Weronika)
(Klaudyna)
(Karolina)
(Zuzia)
(babcia Marka)
(służąca Frosia)
(ojciec Marka)
(nauczycielka Karoliny)
(Wiktor, brat Marka)
Naumek Perlman)
(służący Seweryn)
(doktor Kazimierz Zaruba)

Autor recenzji: Karol Barzowski - THE TALENTED MR. RIPLEY [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 16 czerwca 2010
Oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]

RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF