
Wyobraźcie sobie, że macie możliwość spędzenia weekendu w Starożytnym Rzymie,
na królewskim dworze lub na Dzikim zachodzie. Taka forma spożytkowania wolnego
czasu wydaje się niezwykle atrakcyjna, gdy dodatkowo możliwość wejścia
do jednego z trzech 'światów' jest w 100% bezpieczna, a nietykalność ze strony
mieszkańców - gwarantowana. Jedynym minusem zdaje się być tylko wysoka cena.
Z takiego luksusu mogą zatem korzystać jedynie beztroscy i wciąż szukający nowych
atrakcji bogacze. Co oczywiste, za całym przedsięwzięciem stoi potężna i nieco tajemnicza
korporacja zapewniająca najwymyślniejsze sposoby na dobrą zabawę. W świecie Dzikiego
zachodu (jak i w dwóch pozostałych) najważniejszą rolę odgrywają (poza realistyczną
scenografią) Androidy - zaprogramowane tak, by spełniać wszystkie zachcianki
i zaspokajać wszelkie kaprysy gości. Mamy więc Androidów-barmanów, Androidki-prostytutki, oraz Androida najważniejszego dla rozwoju akcji - Gunslingera - w tej roli Yul Brynner, który jako zbuntowana maszyna, zrywa z wizerunkiem szlachetnego kowboja znanym choćby
z "Siedmiu wspaniałych". Dodać należy, że w "Westworld", Brynner nosi niemal
identyczny kapelusz i ubranie jak w klasycznych "Siedmiu wspaniałych". No dobrze,
mamy park tematyczny, bunt 'parkowych atrakcji', oraz walkę o przeżycie... czy nie przypomina
to nieco fabuły "Parku Jurajskiego"? Ależ oczywiście; wszak autorem książkowych pierwowzorów
obydwu filmów (i reżyserem "Westworld"!) jest Michael Crichton. Niestety, "Świat Dzikiego zachodu" mimo ciekawego
pomysłu (na duże uznanie zasługuje intrygująca i ciekawa ekspozycja - czyli wprowadzenie widza w realia świata
przedstawionego) nie obronił się przed próbą czasu. Bądźmy jednak szczerzy; Crichton znacznie lepiej sprawdza się jako pisarz i scenarzysta, niż jako reżyser - warto w tym miejscu wspomnieć średnio ciekawą "Comę" z Michaelem Douglasem, czy zupełnie chybiony film jakim był "Trzynasty wojownik"(
*) z Antonio Banderasem. Wracajmy jednak do 'pastwienia' się nad "Westworld"; Androidy leżące na stołach operacyjnych to proste manekiny, z których wystają trzy kable na krzyż z dopiętym do
nich układem scalonym wyjętym z pilota od telewizora, a efekt świata widzianego oczami

Androida, to piksele wielkości paznokcia dorosłego człowieka, niczym z gier na Atari XL.
Druga połowa filmu, czyli bunt Androidów to już zupełnie nieciekawa i ciężkostrawna akcja,
która zatracając atmosferę pierwszej połowy filmu, psuje ogólne wrażenie.
Na uwagę zasługują za to fantastyczne sceny strzelanin, sfilmowane
w zwolnionym tempie, które poza niezwykłym występem Yula Brynnera, jako jedyne potrafią na dłużej
zagościć w pamięci widza. Scenariusz należy traktować jako wprawkę Crichtona
przed doskonałym
"Parkiem Jurajskim", a sam film jako straconą szansę na stworzenie
czegoś po prostu lepszego, głębszego w treści i bardziej widowiskowego, gdyż zawiodła dramaturgia,
zagubił się gdzieś sens opowieści, a ciąg przyczynowo skutkowy wziął sobie urlop.
Nie wyjaśniono podstawowej kwestii; skąd brały się awarie, a w efekcie bunt Androidów,
oraz to, skąd w rewolwerze Androida Gunslingera wzięły się nagle ostre naboje.
Widocznie widzowie w roku 1973 kiedy to powstał film, byli mniej wymagający w tych kwestiach, niż dzisiaj.
Dziś są jednak bardziej wymagający niż kiedyś, zdecydowanie.
(*) -
"Trzynasty wojownik" to film na planie którego doszło do sprzeczki między reżyserem Johnem
McTiernanem i autorem noweli Michaelem Crichtonem. W efekcie, to Michael Crichton dokończył ten
nieudany film, a John McTiernan zażądał wycofania swojego nazwiska z czołówki. Mimo tych zawirowań, w filmografiach
obu Panów widnieje "Trzynasty wojownik".
Tytuł oryginalny: WESTWORLD
Tytuł polski: ŚWIAT DZIKIEGO ZACHODU Rok produkcji: 1973, USA ;
Czas trwania:88 min.
|
 |
Reżyseria: Michael Crichton
Scenariusz: Michael Crichton
Zdjęcia: Gene Polito
Montaż: David Bretherton
Muzyka: Fred Karlin
Wystąpili:
Yul Brynner
James Brolin
Richard Benjamin
|
 |
|
Autor recenzji: Rafał Donica - DUX
|