John Carpenter uznawany jest za kultowego i najbardziej stylowego twórcę kina klasy B. A raczej był uważany za takiego, co ze smutkiem przyznają jego fani oraz krytycy. Patrząc na ostatnie dokonania Carpentera, nie sposób nie przyznać, że reżyser systematycznie zjada własny ogon i trwoni własną, budowaną przez lata legendę. Opinię taką przypięto Carpenterowi już znacznie wcześniej, gdy po niskobudżetowych horrorach "Halloween" i "Mgła", zaczął szaleć za duże pieniądze przy "The Thing". Lecz o ile zarzuty w stosunku do tego filmu, negatywnie zweryfikowały kolejne lata, pełne zachwytów pokolenia videomanów, o tyle ostatnie produkcje Johna Carpentera wzbudzają zainteresowanie tylko jego najwierniejszych fanów. Twórcze wypalenie? Wiele na to wskazuje, choć w latach 80-tych narzekano na coś innego, mianowicie pieniądze.
Olbrzymią siłą kina Carpentera jest kameralność. Ciasna, duszna, klaustrofobiczna atmosfera, w której "dobrzy" są przeciwstawieni "złym", w brutalnym, precyzyjnie skonstruowanym i wirtuozersko napiętym do granic możliwości spektaklu. Ten prosty schemat Carpenter doprowadził do perfekcji już w "Ataku na posterunek 13" (1976) i twórczo wykorzystał w kolejnych horrorach. "Coś" (1982), zbudowane na tych samych, szargających nerwy rozwiązaniach dramaturgicznych, przyniosło nową jakość, w postaci wysokobudżetowych, niezwykle widowiskowych efektów specjalnych, co zrazu przysposobiło Carpenterowi więcej przeciwników niż zwolenników. Zarzucano mu skupienie się na wydawaniu sporego, jak na owe czasy budżetu (15 mln $), na animatroniczne cuda Roba Bottina, które jakoby przesłoniły fabułę i relacje między bohaterami. Odpowiedzią Johna Carpentera był powrót do skromnej formuły niskobudżetowego horroru w "Christine" (1983), choć z pewnością więcej miały tu do powiedzenia mierne wyniki kasowe "The Thing", pierwszego filmu jaki reżyser zrealizował dla wielkiej wytwórni. Rok później fani z zaskoczeniem obejrzeli "Gwiezdnego przybysza", kosmicznej love-story, podpisanej przez Carpentera. Po tym filmie reżyser znowu dał się skusić wielkimi pieniędzmi. Trafił do niego scenariusz "Buckaroo Banzai vs. The World Crime League", będący sequelem wczesnego filmu Tima Burtona "The Buckaroo Banzai Across the 8th Dimension" (1984). Do realizacji nigdy jednak nie doszło, natomiast znacznie przerobiony skrypt przemianowano na "Wielką drakę w chińskiej dzielnicy".
Jack Burton (Kurt Russell), to nie przejmujący się niczym kierowca ciężarówki, którego kolejny transport zawiódł wprost do chińskiej dzielnicy San Francisco. Po nocy, spędzonej na ulicznym hazardzie, Jack i jego skośnooki przyjaciel Wang (Dennis Dun), jadą na lotnisko, aby odebrać narzeczoną Wanga, piękną zielonooką Miao Yin. Niestety, członkowie chińskiej mafii porywają Miao Yin do siedziby Davida Lo Pana (James Hong), legendarnego szefa przestępczego podziemia Chinatown. Jack i Wang, wspólnie z obrończynią praw chińskich imigrantów Gracie Law (Kim Cattrall), nawiedzoną dziennikarką Margo, oraz chińskimi przyjaciółmi Eddiem i Egg Shenem, podejemują walkę z Lo Panem i strzegącą go armią. Dodatowych kłopotów przysparza fakt, że Lo Pan jest demonem, od tysiącleci szukającym zielonookiej piękności, zdolnej przywrócić mu cielesność. A pomagają mu Trzy Burze, niezniszczalni wojownicy w słomkowych kapeluszach Grom, Deszcz i Błyskawica.
No, wystarczy tego streszczenia, przypominającego fabuły chińskich i okolicznych dokonań, podbijających polskie magnetowidy w latach 80-tych. Na fali egzotycznych widowisk spod znaku Allana Quatermaina i Indiany Jonesa (szczególnie drugiej części), wytwórnia 20th Century Fox wyłożyła 25 mln $ na komediowo-sensacyjną przygodówkę, której akcja dzieje się w umownym świecie chińskiej czarnej magii, uprawianej na amerykańskiej ziemi. Ciekawe, co też zaciekawiło w tej opowieści Johna Carpentera, który objął reżyserię? Czyżby tylko możliwość ponownego zatrudnienia swego przyjaciela Kurta Russella? Oponenci twierdzą, że po prostu sposobność zrobienia filmu za duże pieniądze, skłoniła mistrza niskobudżetowych, klimatycznych horrorów, do przyjęcia propozycji wyreżyserowania "Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy". Filmu, który na pierwszy rzut oka plasuje się jak najdalej od scenerii dotychczasowych filmów Carpentera, twórcy na tyle jednak świadomego własnego stylu, by odnaleźć go choćby częściowo w gatunku przygodowym.
Wbrew pozorom to rozbuchane widowisko, wyglądające jak zaprzeczenie klasycznych, carpenterowskich horrorów, zachowało mnóstwo cech swego twórcy, czasami niestety bezlitośnie (choć celowo) przefiltrowanych przez schematy naiwnego kina kopanego. Przede wszytkim słychać go w muzyce, elektronicznym soundtracku, skomponowanym przez Carpentera i zagranym przez Alana Howartha. Mniej tu co prawda ponurych, molowych pulsacji, wypełniających "Mgłę" i "Ucieczkę z Nowego Jorku"; charakterystyczna carpenterowska melodyka doczekała się bardziej neutralnego klimatycznie brzmienia, dryfującego w kierunku standardowej, klawiszowej ilustracji kina akcji, bardzo efektownie skąpanej w popularnym wyobrażeniu o "muzycznej chińszczyźnie". Ale wróćmy do obrazu. Jego autorem był (po raz ostatni zresztą u Carpentera) Dean Cundey, współpracujący z reżyserem już od czasu "Halloween" (oprócz "Christine"). "Wielka draka...", to do tamtego czasu najlepiej, wręcz rozrzutnie oświetlony film Carpentera. Jego poprzednie dzieła tonęły w mroku, podkreślając rzetelnie horrorowy klimat, stanowiący najprawdziwszy wizualny wzór shockera. "Wielka draka..." to bajecznie kolorowe widowisko, gdzie gra światłocienia jest tylko jednym z efektownych dodatków.
Mamy tutaj znowu garstkę bohaterów pozytywnych, walczących z przeważającymi siłami przeciwnika, dysponującego niepojętą i momentami irracjonalną siłą. Zło z "Halloween", "Mgły" czy "Coś", było personifikacją ciemnej strony duszy człowieka, uosobieniem mrocznego, uśpionego wnętrza, o którym nie mamy pojęcia, a któremu w bardzo niesprzyjających okolicznościach musimy stawić czoła. Czarna magia z "Wielkiej draki w chińskiej dzielnicy", jest już tylko groteskowa. Jedynie w kilku scenach z udziałem bezcielesnego Lo Pana, nachylonego nad śpiącą Miao Yin, można poczuć prawdziwą ekranową magię. Cały nadęty, cyrkowy spektakl, pełen rytuałów mających na celu przywrócenie Lo Panowi cielesnej postaci, jest już ewidentną parodią gatunku. Choć w wielu momentach można odnieść wrażenie, że Carpenter inscenizuje te bzdury z namaszczoną powagą, co kłóci się z luzackim, celowo przesadzonym stylem gry Kurta Russella, radośnie powtórzonym przez aktora w kuriozalnym "Tango & Cash". Nieco śmiesznie wypada nikczemnej postury aktor James Hong ("Tango & Cash", "Świat Wayne'a 2"), wcielający się w dwumetrowego Lo Pana. Natomiast na drugim planie pałęta się strasznie denerwująca aktorską manierą Kim Cattrall.
W "The Thing" reżyser mistrzowsko zarysował najdosłowniejszy kryzys tożsamości załogantów stacji antarktycznej. Jennie Hayden musiała przebyć długą drogę, by zakochać się w kosmicznej inkarnacji jej zmarłego męża, pod postacią Gwiezdnego Przybysza. Lecz w "Wielkiej drace w chińskiej dzielnicy" nie ma już miejsca na takie dylematy. Zgodnie z żelazną regułą kina akcji, bohaterów określa wyłącznie ich fizyczne działanie. A na ekranie dzieje się naprawdę sporo. John Carpenter wreszcie mógł sobie poszaleć z dziesiątkami statystów, walczących wszystkimi rodzajami broni. Widać, że reżyser znakomicie odrobił lekcję pt "filmowe chińskie sztuki walki", by następnie z radosnym przytupem zrobić z nich kompletnie odjechany i surrealistyczny spektakl, w stylu "ninja kopnął kamień i poleciał na nim". Carpenter, jak to ma w zwyczaju, także zakończenie filmu wykonał w swoim charakterystycznym stylu (zawieszona w próżni największa zagadka filmu, nagle cięcie do czerni i napisy końcowe), lecz znowu jest to tylko efekciarski i kompletnie nieważny dodatek, funkcjonujący wyłącznie jako mrugnięcie do widza, wiedzącego o co chodzi. Ciekawostka - tytułową piosenkę, rozbrzmiewającą na napisach końcowych firmuje zespół The Coupe de Villes, którego członkami są John Carpenter, Nick Castle i Tommy Lee Wallace. Dwaj ostatni panowie to stali filmowi współpracownicy Johna Carpentera z przełomu lat 70-tych i 80-tych.
Podsumowując, żeby się dobrze bawić na tym celowo niepoważnym i przeszarżowanym filmie, należy wyłączyć wyższe funkcje mózgu i po prostu bezmyślnie wchłonąć "Wielką drakę w chińskiej dzielnicy". W swoim czasie film został bezlitośnie zbluzgany, jako bezsensowny zlepek naiwnych, widowiskowych atrakcji. W kinach poniósł klęskę. Ostatecznie potwierdziła się zasada, że dobry Carpenter to biedny Carpenter, czemu reżyser dał wyraz w kolejnych niskobudżetowych filmach - horrorze "Książę Ciemności" oraz sensacyjnym obrazie SF "Oni żyją". A "Wielka draka w chińskiej dzielnicy" pozostała w jego filmografii jako dość dziwny, choć interesujący po latach przykład próbki oryginalnego, carpenterowskiego stylu, rozcieńczonego wybuchowym, przygodowym kinem akcji.
WIELKA DRAKA W CHIŃSKIEJ DZIELNICY
(Big Trouble in Little China)
 |
wytwórnia - 20th Century Fox, 1986
czas projekcji - 100 minut
reżyseria - John Carpenter
scenariusz - Gary Goldman, David Z. Weinstein,
W.D. Richter
zdjęcia - Dean Cundey
muzyka - John Carpenter, Alan Howarth
montaż - Steve Mirkovich, Mark Warner,
Edward A. Warschilka
scenografia - John J. Lloyd
efekty - Richard Edlund, Steve Johnson
wystąpili:
Kurt Russell
Kim Cattrall
Dennis Dun
James Hong
Victor Wong
Kate Burton
Donald Li
Carter Wong
Peter Kwong
James Pax
Suzee Pai
|
(Jack Burton)
(Gracie Law)
(Wang Chi)
(David Lo Pan)
(Egg Shen)
(Margo)
(Eddie Lee)
(Grom)
(Deszcz)
(Błyskawica)
(Miao Yin)
|
|
 |
|
Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI
|