Strona główna KMF


- Może my nie żyjemy?
- Żyjemy, bo kablówka działa!


Kiedy twórca filmowy wypuści w świat dzieło kompletnie nijakie, mówi się, że zrobił film o niczym, albo że z tego filmu nic nie wynika. A co może wyniknąć z filmu dosłownie o niczym? Wbrew pozorom całkiem sporo, choć nie będzie to seans złożony z elementów znanych, znajomych i rozpoznawalnych. Nic - jak to pokazać? Czy nic ma kształt, kolor, zapach, czy przewodzi prąd? Taki na przykład Wszechświat - niby nic, czerń gdzieniegdzie poprzetykana gromadami galaktyk. Naukowcy głowią się nad hipotezą, czy w tym czarnym nic rzeczywiście coś jest i skłaniają się ku rozwiązaniu, że to nic ma w sobie więcej czegoś, niż samo coś. Chodzi o tzw. ciemną materię, której nie widać, a która podobno zawiera więcej całkowitej masy Wszechświata, niż obiekty widzialne. Czyli jednak coś. Gdy w ciemnym pokoju wyłączymy światło, zobaczymy nic. A raczej nie zobaczymy niczego, choć przecież coś tam jest, tyle że nie odbija światła, które zostało wyłączone, by doznać wrażenia NICZEGO. Rozważania równie mętne i abstrakcyjne, jak sama idea NICZEGO. A może nic nie jest czarne, tylko białe? Ale przecież biel to już coś - to światło, które, choć pozornie niematerialne (dualizm korpuskularno-falowy, dwa słowa, jedno mądrzejsze od drugiego), jest widzialne. Ale to właśnie biel była kilka razy w historii kina kwintesencją NICZEGO. W "THX-1138" tytułowy bohater został za karę wtrącony w bezkresną biel, która była więzieniem gorszym niż kraty; Morfeusz tłumaczył Neo zasady Matrixa pośród wszechogarniającej bieli; bohaterowie "Misji na Marsa" też przez chwilę byli otoczeni przez biel. Lecz ta suma widzialnego widma była traktowana jako doraźna atrakcja jednej sceny bądź sekwencji. Na zrobienie całego filmu z białą nicością trzeba było dopiero szalonego umysłu Vincenzo Nataliego, kanadyjskiego twórcy kultowego "Cube'a".

Dave i Andrew w jednym stali domu. Stłamszony przez własne fobie Dave nie opuszcza mieszkania, prowadząc online biuro turystyczne. Andrew to egocentryk, który kiedyś chciał byc muzykiem. Połączyła ich dwudziestoletnia przyjaźń i brak lepszego pomysłu na życie, spędzane w rachitycznej chatce pośrodku austostradowej estakady w Toronto. Pewnego dnia obu nieudacznikom wszystko wali się na głowę. Andrew zostaje oskarżony o molestowanie nastoletniej harcerki, którą chciał tylko wyrzucić z domu za zbytnią natarczywość w udzielaniu pomocy. Dave'a wyrzucają z pracy za rzekome zdefraudowanie dużej ilości pieniędzy, które ukradła jego dziewczyna, tego samego dnia zrywając z nim. Na dodatek za progiem stoi ekipa rozbiórkowa z buldożerami. Widząc wszystkie możliwe nieszczęścia, skumulowane przed domem i czyhające na odebranie im wolności i godności, Dave i Andrew z rozpaczy głośno przeklinają świat i nagle... CISZA. Ostrożnie wyglądają przez drzwi, za którymi jeszcze minutę wcześniej czaiło się całe cywilizacyjne zło. A tam NIC. Sięgająca po horyzont, kompletna biała nicość. Zamiast nieba biel, zamiast ziemi biel o konsystencji sprężynującej. Pozostali tylko oni, ich domek i trawnik dookoła. Plus żółw w akwarium. I nic więcej. Obaj nieudacznicy postanawiają zbadać swe nowe położenie...

Vincenzo Natali filmem "Cube" (1997) rozbudził nadzieje fanów fantastyki. Świat sześcianów był postmodernistyczną studnią interpretacyjną, zawieszoną gdzieś poza światem. Matematyczne więzienie nie posiadało przeszłości, wyjaśnienia, celu ani nadzorców. Liczył się przede wszystkim, emocjonujący w najwyższym stopniu przegląd charakterów ludzi o nazwiskach wziętych z nazw najsłynniejszych więzień świata w sytuacji tyle ekstremalnej, co surrealistycznej. Sześciany były rzeczywiste, choć nie wiadomo było skąd się wzięły. Odwrotnie Natali postąpił przy wymyślaniu "Nothing" - tutaj nicość to apogeum surrealizmu, ale jej obecność (a swoją drogą jak może być obecne coś, co jest niczym? :)) została fabularnie wyjaśniona. No i reżyser przesiadł się gatunkowo z horroru do szalonej komedii. "Wielkie nic" (samo "Nic" byłoby lepsze, ale kilka lat temu Dorota Kędzierzawska nakręciła film o takim właśnie tytule...) to mistrzostwo świata w kategorii najbardziej odjechanego filmowego purenonsensu. Jak gdyby Terry Gilliam i Douglas Adams ("Autostopem przez galaktykę") spotkali się w pół drogi. Nic - jak można zrobić o tym film? Ano można i to z konsekwencją godną kina akcji, choć nicość sama w sobie jest mało fotogeniczna (co nie przeszkodziło bohaterom filmu pstrykać nicości fotek polaroidem). Do tak fantastycznej rzeczywistości Natali wprowadził bowiem dwóch nieprzystosowanych społecznie bohaterów. Z punktu widzenia cywilizacji byli zbędni, wręcz niebezpieczni. Paradoksalnie dopiero nicość dodała im skrzydeł, uruchomiła wyobraźnię, tłamszone cechy charakteru, wyzwoliła demony. Mało tego - cierpiący na agorafobię (lęk przed przestrzenią) Andrew, wyleczył się z niej dopiero w otoczeniu nieskończonej przestrzeni, pozbawionej jakichkolwiek punktów odniesienia. Natali po raz kolejny opowiedział historię o ludziach, umieszczonych w innej rzeczywistości. W "Cube" wyposażył swoich bohaterów w normalne cechy ludzkie. W "Nothing" dał im do dyspozycji boską moc niszczenia wszystkiego co zapragnęli, z której skorzystali zgodnie z hitchcockowską metodą - najpierw zniszczyli Wszechświat, a potem dopiero zaczęła się właściwa część filmu :)).

Ciężko wytypować film, który pławiłby się w równie odjechanym absurdzie. Groteska zaczyna się już na samym początku, mianowicie na trzech planszach, informujących jedna po drugiej coraz bardziej solennie, że film... oparto na prawdziwych wydarzeniach. Pseudodokumentalny w treści i animowany w formie początek filmu sprawia wrażenie żywcem wyjętego z "Autostopem przez galaktykę". Biuro Dave'a przypomina orwellowski koszmar, szczególnie w sufitowej części, gdzie kilometry kabli ktoś zapomniał przykryć podwieszanym sufitem. Część "przed" została nakręcona chaotyczna kamerą z ręki, dla podkreślenia położenia bohaterów, obraz uspokaja się dopiero po zniknięciu całego świata. David i Andrew to prawdziwe imiona odtwórców głównych ról, znanych z "Cube'a": Andrew Millera (w "Cube" przekonująco grał autystycznego Kazana), tutaj również współscenarzysty, oraz Davida Hewletta (enigmatyczny architekt Sześcianu, Worth). Mając cały film na swoich barkach, doskonale wczuli się w świat niezwykłej wyobraźni reżysera. Reżysera, który zrobił film najdosłowniej z niczego, a większość mikroskopijnego budżetu pochłonęły efekty wizualne, związane z zamianą zielonego ekranu w biel na większości ujęć. Natali nie skamle o państwową kasę, za którą mógłby kręcić dramaty o rozterkach Indian w obliczu ekspansji białych (nasi twórcy uwielbiają pławić się w umartwiającej historii, najlepiej przy pomocy lektur). Facet ma po prostu łeb na karku i robi najbardziej zaskakującą filmową fantastykę ostatniej dekady. Nie każdemu jego szalone światy mogą przypaść do gustu, objętość filmografii też nie zachwyca, "Nothing" po pierwszym obejrzeniu sprawia wrażenie niepotrzebnego rozciągnięcia w czasie koncepcji, wystarczającej co najwyżej na półgodzinny odcinek serialu, ale z każdym kolejnym obejrzeniem film zyskuje. Mógł wyjść z tego dramat egzystencjalny, ale Natali poszedł w kompletną groteskę - czy słusznie, każdy widz musi odpowiedzieć sobie sam. Jedno nie ulega wątpliwości - "Wielkie nic" to film absolutnie unikatowy i kolejny dowód na to, że w kinie liczy się przede wszystkim POMYSŁ, pod koniec filmu kasujący eskalacją szaleństwa cały seans.

P.S. Po napisach końcowych jest jeszcze jedna scena!



WIELKIE NIC
(Nothing)

wytwórnia - 49th Parallel Prod., 2003
czas projekcji - 90 minut
reżyseria - Vincenzo Natali
scenariusz - Andrew Lowery, Andrew Miller
wg pomysłu - Vincenzo Nataliego, Andrew Millera i Davida Hewletta
produkcja - Steven Hoban, Vincenzo Natali
zdjęcia - Derek Rogers
muzyka - Michael Andrews
montaż - Michele Conroy
scenografia - Peter Cosco, Jasna Stefanovic
efekty wizualne - Bret Culp

wystąpili:

David Hewlett
Andrew Miller
Marie-Josée Croze
Elana Shilling
Maurice Dean Wint

(Dave)
(Andrew)
(Sara)
(harcerka)
(narrator)






e-mail
 Autor recenzji: Adrian Szczypiński - ADI Klub Miłośników Filmu,   2006. 01. 16