Pokaż mi swoje przyrodzenie, a powiem ci kim jesteś.
Głupie, ale śmieszne.


Od czego by tu zacząć? Może od tego, że na początku był Kot. W zwiastunie. Na dodatek puszczonym przed arcybździelem z cellulitem w tytule. Po takim preludium mogło być już tylko lepiej. Dowiedziałem się, że "Wojna polsko-męska" to ekranizacja książki, a nie kolejna komromowa kalka, że reżyseruje gość od znakomitego "Rezerwatu", a nie jakiś wypalony reżyserzyna z dorobkiem z poprzedniej epoki lub cyniczny cwaniak ze złotówkami zamiast oczu. Tylko ten temat jakoś dziwnie przypominał "Nigdy w życiu!" - samotna matka ze świeżo pełnoletnią córką, której zmienia się świat pod wpływem publikowania artykułów o seksie w kolorowej prasie. No i ten cholerny Kot w obsadzie, na dodatek z Mecwaldowskim i Karolakiem, czyli zgranymi do imentu filarami obsadowymi całej tej TVN-opodobnej konfekcji rozrywkowej. Nie wiązałem większych nadziei z udziałem sióstr Bohosiewicz, bo wszechmocne prawo zachowania konwencji może spętać nawet takie tajfuny jak Sonia B. Ale z czystej ciekawości chciałem zobaczyć, jak twórca "Rezerwatu" walczy z wessaniem w komromową komorę próżniową. Na szczęście "Wojna żeńsko-męska" nie jest komedią romantyczną i to jest jej pierwszym wielkim plusem. Jest komedią z groteskowym wychyłem, zasługującym na drugiego wielkiego plusa.


Dziennikarka Barbara Patrycka (Sonia Bohosiewicz), to połączenie Judyty z "Nigdy w życiu!" i Bridget Jones. Jej książka "Wojna żeńsko-męska" leży na księgarskich półkach i zarasta kurzem. Jej córka Julia (Maja Bohosiewicz, młodsza o 15 lat siostra Sonii) prowadzi bujne życie imprezowo - uczuciowe i zastanawia się, czy jej mama jeszcze pamięta co to jest seks. Nasza biedna, zapuszczona i zrezygnowana Basia z konieczności zatrudnia się w ekskluzywnym "Wyuzdanym magazynie dla pań", gdzie ma pisać soczyste kawałki poradnicze o seksie. Jej pierwsze dzieło, analiza męskich charakterów w oparciu o wyglądy ich penisów, wywołuje ogólnokrajową burzę. Po drugim artykule, pogłębiającym temat o badania organoleptyczne przyrodzeń setek kandydatów, życie Basi zmienia się jak w bajce. Status celebrytki przypieczętowuje skandalizującym telewizyjnym show z badaniami interesów kandydatów na żywo za parawanem. Tymczasem w jej życiu prywatnym nastaje krzywa opadająca...

Brzmi jak bajka? Owszem, i twórcy robią wszystko, by tę bajkę utrzymać na ekranie przez 105 minut projekcji. Łukasz Palkowski nie ukrywał inspiracji całym korowodem filmów, seriali i innych popkulturowych wynalazków, realizowanych jako obraz ruchomy. Przeciwnie - nasączył fabułę efektownymi atrakcjami w oparciu o wyjątkowo liczne, jak na polską komedię, efekty wizualne. Przede wszystkim od początku widać komiksowe tempo narracji i bogaty wachlarz niemal kreskówkowych sztuczek inscenizacyjnych, niczym w "Ciachu". No tak, odwołanie do filmu Patryka Vegi może być fatalną rekomendacją... Ale scenariusz pisała Hanna Samson, autorka powieści "Wojna żeńsko-męska i przeciwko światu", a jeśli kobiety w filmach mogą przesadzić, to raczej pod kątem scenograficzno-kostiumowym, a nie zdjęciowo-montażowo-bluescreenowym. Tak więc szarżowanie w "Wojnie..." spokojnie utrzymuje się w ryzach rozsądku, skłaniając się raczej do sympatycznych wizji, w których Sonia Bohosiewicz rozmawia ze swoim odbiciem w lusterku, mówi do szklanej witryny, w której widać nałożoną cyfrowo Grażynę Szapołowską, albo w chwilach niemocy spada w czerwone czeluście piekielne wyjęte wprost z "Constantine'a". Coś jak upgrade'owane wizualizacje fantazji Ally McBeal. Osobną atrakcją, kojarzącą się z filmami Jean-Pierre'a Jeuneta, są dwie sceny rozmowy Basi z kilkoma postaciami na raz, granymi przez zmultiplikowaną Violettę Arlak, która zagrała aż pięć ról, w tym kioskarkę, co było jednym z wielu autocytatów Palkowskiego z "Rezerwatu". A pod koniec mamy liryczną scenę na dachu, wyjętą wprost z finału "Vanilla Sky". Atrakcji więc nie brakuje, ale Palkowski nie popełnił błędu Saramonowicza, który w film o cellulicie także powsadzał z dupy wzięte fantazje bohaterek, które tylko denerwowały swoją nachalną efekciarskością. W "Wojnie żeńsko-męskiej" cała techniczna artyleria gra równo z dialogami i aktorami.


No i rzecz najważniejsza przy obcowaniu z komedią - jest śmiesznie, momentami nawet bardzo. Nie tylko w dialogach z bluzgami, które śmieszą niejako automatycznie. Sporo jest przytomnie skonstruowanego humoru sytuacyjnego, skojarzeniowego i parodiującego naszą rzeczywistość. Jak na prześmiewczą bajkę przystało, alternatywna siedziba telewizji publicznej to wielopoziomowy pusty hangar, za biurkiem pani prezes stoi ściana telewizorów z czasów wczesnego Jaruzelskiego, a na widok przechadzającego się telewizyjnego bożka, autoironicznie granego przez naspidowanego Krzysztofa Ibisza, wszyscy pracownicy biją czołem niczym Koreańczycy Kim Ir-Senowi. Palkowski nie zgubił fabuły w tych scenkach-samograjach, nie pozwolił także odwrócić uwagi widza od głównych bohaterek, choć obsadowe bogactwo kusiło popuszczeniem narracyjnych cugli. Kot zagrał ile musiał, Szapołowska postraszyła trupio bladą twarzą w zaledwie kilku scenach, zarośnięty jak dziki agrest Karolak nie przypominał nachalnie, że z Sonią Bohosiewicz grał wcześniej wspólne sceny w "Rezerwacie" i serialu "39 i pół" (w którego reżyserii także maczał palce Palkowski), a Mecwaldowski skutecznie rozśmieszał jako gej. Jedynie udział natrętnie naśmiewającego się z własnego wizerunku Ibisza, w programie o mało subtelnej nazwie "Whose is whoy", może rozdrażnić widzów, którzy na jego widok w Polsacie przełączają kanał.

To film dwóch sióstr Bohosiewicz w rolach matki i córki. Co prawda Maja jeszcze za dużo nie umie, ale nadrabia wdziękiem i urodą. No i w oczywisty sposób jest wiarygodna jako córka Barbary, bo po prostu jest bardzo podobna do swojej siostry. Za to Sonia to nieustający wulkan, który nawet jak pluje lawą, robi to uroczo. Jej Barbara to kobieta we wszystkich stadiach od zapyziałej kury domowej, aż do naładowanej po uszy testosteronem karykatury. To zresztą najsłabsza część filmu, cytująca "Requiem dla snu", drażniąca chaosem podkreślającym ślepą uliczkę, w którą zabrnęła żądna eskalacji popularności bohaterka. Twórcy chcieli pokazać, jak reaguje kobieta, wstrzykująca sobie testosteron (badania setek penisów zabiły jej libido). Jedyną wartością tego fragmentu filmu może być lekcja udzielona żeńskiej części widowni, uzmysławiająca im, jak silnie działa męski hormon, co - być może - spowoduje ich zrozumienie dla zwierzęcych samczych chuci. Oczywiście w żartobliwych ramach, bo twórcy przez cały seans starają się nie odchodzić od niepoważnego charakteru filmu. Banały o przytomnym szukaniu własnego szczęścia, bez zatracania się w wirze kolorowej, tabloidowej fikcji, także można jakoś przełknąć, choć scenarzystka i reżyser w trakcie seansu obiecywali znacznie więcej.


Na tle wysypu polskich komedii ostatnich lat "Wojna żeńsko-męska" prezentuje się wyróżniająco. Nie ogrywa na szczęście durnego schematu komromów z biedną sierotką z prowincji, która znajduje szczęście w wielkim mieście. Z kolei ładując się w rejony walki płci, groteskowego komentowania rzeczywistości i przekraczania obyczajowych tabu, bezpiecznie zatrzymuje się na granicy, którą bez mrugnięcia okiem przekraczała bohaterka filmu. Ale na tym polu Łukasz Palkowski zdecydowanie wygrał z ostatnimi, podejmującymi podobne tematy, filmami wg scenariuszy Saramonowicza. Mógł pojechać nieco ostrzej i bardziej problemowo, ale wówczas, być może, straciłaby na tym znakomicie wygrana warstwa komediowo-groteskowa. Na razie jest dobrze. Oby tylko Łukasz Palkowski nie uwierzył, że może wszystko. Niech słucha banałów o spełnieniu zawodowym z głową na karku. Sodówkę niech zostawi dla Saramonowicza.


7/10




wytwórnia - Monolith Films, 2011
reżyseria - Łukasz Palkowski
scenariusz wg własnej powieści - Hanna Samson
produkcja - Mariusz Łukomski, Wiesław Łysakowski
zdjęcia - Paweł Dyllus
muzyka - Robert Janson
montaż - Paweł Witecki
czas projekcji - 105 minut

wystąpili
Sonia Bohosiewicz
Maja Bohosiewicz
Grażyna Szapołowska
Violetta Arlak
Wojciech Mecwaldowski
Tomasz Karolak
Tomasz Kot
Krzysztof Ibisz
Krzysztof Janczar
Krzysztof Stelmaszyk
Tamara Arciuch
(Barbara Patrycka)
(Julka Patrycka)
(Beba)
(redaktorka i 4 inne role)
(Pe)
(Ogr)
(Prezes)
(Ormel)
(Karski)
(Diabeł Tasmański)
(sekretarka)

Tekst i oprawa html: Adrian Szczypiński - ADI [e-mail]
Klub Miłośników Filmu, 27 lutego 2011


RECENZJE | STRONA GŁÓWNA KMF