Strona główna KMF
        

"Crush" to film utrzymujący się na pograniczu dramatu społecznego i komedii romantycznej - jak dziwnie by to nie brzmiało. Fabuła kręci się wokół układu między trzema przyjaciółkami. Wszystkie trzy są dobrze sytuowane, poważane i mają świetny status zawodowy, jedna jest policjantką, druga lekarzem, trzecia - dyrektorką szkoły. Mają jednak jeden wspólny problem. Wszystkie wchodzą właśnie w trudny wiek średni, i żadna nie może ułożyć sobie życia prywatnego. Co tydzień spotykają się w mieszkaniu jednej z nich, by pić gin, plotkować i zwierzać się z perypetii tygodnia - po czym jedna z nich zawsze jest honorowana nagrodą tygodniowego największego smutasa seksualnego.


  


Ta sytuacja trwa do momentu, gdy jedna z przyjaciółek, Kate, poznaje chłopaka. Dzieje się to podczas pogrzebu sąsiadki, gdzie ów chłopak zastępuje organistę. Znajomość zaczyna się od namiętnego seksu, ale z czasem zaczyna ewoluować w coś poważniejszego. Problem w tym, że sympatia Kate to jej były uczeń, który ma zaledwie 25 lat. Przyjaciółki są przerażone, pewne, że taki związek przyniesie Kate wyłącznie rozczarowania - postanawiają zatem zrobić wszystko, by rozdzielić parę zakochanych. Gdybyśmy mieli do czynienia z prostą komedią romantyczną, wszystkie dywersyjne działania zaniepokojonych przyjaciółek budziłyby wyłącznie śmiech, a nawarstwiające się pomyłki i nieporozumienia prowadziłyby i tak nieuchronnie do happy endu. Niestety, film ma ambicję na poważniejszą satyrę obyczajową, co mu zupełnie nie wychodzi na dobre. Od pewnego momentu zaczyna popadać w nieznośną, sentymentalną tkliwość, od której robi się mdło. Oto na naszych ekranach pojawia się konkurencja dla legendarnego "Love story", może tylko odrobinę mniej kiczowata. Czterdziestka to bardzo trudny wiek dla kobiety. Czuje się ciągle młoda, ale żyje w niej obawa, że łatwo może zostać relegowana do grona "babć". Tymczasem zależy jej na tym, by czuć się nadal potrzebną, atrakcyjną, zdaje sobie zresztą sprawę, że ma do zaoferowania o wiele więcej aniżeli wtedy, gdy była nieopierzoną dwudziestką - doświadczenie, mądrość, dojrzałość, samoświadomość. Nie jest już podlotkiem, zna dobrze swoje potrzeby i oczekiwania. Paradoksalnie jednak, właśnie wtedy popełnia najwięcej błędów, i właśnie wtedy może się zagubić najbardziej, usiłując zatrzymać uciekający czas, udowodnić sobie i innym własną wartość. Fascynacja młodszym mężczyzną to naturalny efekt tego procesu - nic bowiem tak nie pobudza własnego poczucia wartości, jak to, że jest się w oczach takiego młodziana atrakcyjniejszą niż jego rówieśniczki, które nigdy nie rodziły, nie zmagały się z rozstępami na brzuchu, mogą spokojnie wyjść rano do sklepu nieumalowane bez obawy, że najlepsza przyjaciółka ich nie pozna, i nosić przezroczyste i nieistniejące wręcz łaszki nie narażając się na spojrzenia pełne oburzenia bądź, co gorsza, politowania.


  


Tak też dzieje się z Kate. Jednak - uwaga! Jej związek z Jedem nie kończy się na szalonych uniesieniach i beztroskim powrocie do młodzieńczego zauroczenia. Chłopak angażuje się, zakochuje. Ona również odwzajemnia jego uczucie. Ale jest beznadziejnie skrępowana - zakuta w łańcuchy opinii, plotek, tego "co ludzie powiedzą". Ukrywa się przed światem, jakby się wstydziła swojego wybranka i swojego prawa do miłości. Kiedy dochodzi do konfrontacji, nawet nie chce go wysłuchać. W tym związku to ona okazuje się stroną chwiejną i mniej dojrzałą, przestraszoną i niepewną. Dla niego wszystko jest oczywiste, kiedy mówi "chciałbym się z tobą zestarzeć", ale ona myśli wtedy, że wyprzedza go w tym wyścigu do starości o dwadzieścia lat. Widz ogląda te zmagania, ogląda i już i tak wie, że widział to setki razy. Jakoś nawet przełyka upchnięte na siłę pragnienia macierzyństwa Kate, jej obawę przed tym, że może się okazać niepełnowartościową kobietą, niezdolną do urodzenia dziecka. Od banału tej opowieści mdli już na całego. Nic, oglądamy dalej. Zakończenie jednak dobija całą historię ostatecznie. Oczywiście, można je przewidzieć z góry, tak jak można przewidzieć postawę Kate wobec wydarzeń, i jakoś tak niemiło i ciężko robi się na sercu, oglądając starą, wciąż tę samą spiralę błędów i odkupienia, tę zamotaną, nieszczęśliwą kobietę, jej równie zagubione, nieszczęśliwe przyjaciółki, ale i tak mamy happy end, bez happy endu się obyć nie mogło, i właśnie to niby pogodne, niby optymistyczne zakończenie jest najgorsze ze wszystkiego.


  


Banał i schematyczność tej szmirowatej historyjki łagodzi jedynie gra trzech aktorek obsadzonych w głównych rolach, które tworzą zgrabne, interesujące trio. Niestety nie dorównuje im odtwórca roli Jeda, niejaki Kenny Doughty, którego aroganckie miny i zblazowana postawa pasują bardziej do college horror, niż do roli wewnętrznie dojrzałego, zdecydowanego, odpowiedzialnego mężczyzny, który mimo swoich młodych lat ma stać się przeciwwagą dla w istocie niedojrzałej Kate. Film jest ckliwy, długi i nudny. Spodoba się tym, którzy lubią sobie bez zobowiązań popłakać w kinie, ale nie liczcie na to, że skłoni was do jakiejś głębszej refleksji, bo pod płaszczykiem ambicji kryje się tutaj wielka pustka.



WPADKA

Tytuł oryginalny: "Crush"
Rok produkcji: 2001, Wielka Brytania / Niemcy
Czas trwania: 112 min.

Reżyseria: John McKay
Scenariusz: John McKay
Zdjęcia: Henry Braham
Muzyka: Kevin Sargent
Kostiumy: Jill Taylor
Montaż: Anne Sopel

Występują:

Andie MacDowell (jako Kate)
Imelda Staunton (jako Janine)
Anna Chancelor (jako Molly)
Kenny Doughty (jako Jed)
Josh Cole (jako PC Blake)
Caroline Holdaway (jako Pam)
Bill Paterson (jako Gerald Marsden)


e-mail
 Autor recenzji: Karolina Chymkowska - DEJNA