To chyba największy i najbardziej spektakularny powrót dekady! Mickey Rourke, idol, bożyszcze tłumów w latach 80., który właściwie sam skazał się na popkulturową banicję, teraz powraca w wielkim stylu, niczym Feniks odrodzony z popiołów, w najnowszym filmie Darrena Aronofsky’ego.

Randy “The Ram” Robinson to zawodowy zapaśnik, który lata świetności i pełni formy ma już dawno za sobą. Jako że wrestling jest jedyną rzeczą jaką umie i lubi robić, uprawia go pomimo kolejnych lat na karku. Nie jest już gwiazdą, musi zadowolić się marnymi walkami w podrzędnych klubach. Jednak jemu to wystarczy, nie potrzebuje nic więcej do szczęścia, zaakceptował swoją dolę, próbuje po prostu funkcjonować i robić to co wychodzi mu najlepiej. Jednak los zgotował mu niemiłą niespodziankę – zawał. Od lekarza dowiaduje się, że nie ma nawet najmniejszych szans na powrót do sportu. Każda kolejna walka może być dla niego ostatnią. W jednej chwili jego świat zmienia się w gruzowisko. The Ram stawia jednak czoła przeciwnościom losu i próbuje na nowo ułożyć sobie życie, znajduje pracę w supermarkecie, stara się zbliżyć emocjonalnie do znajomej striptizerki (w tej roli Marisa Tomei), a nawet odbudować relacje z zaniedbywaną przez lata córką (Evan Rachel Wood). 

„Zapaśnik” to film niezwykle skromny i surowy zarazem. Wpisuje się w nurt amerykańskiego kina niezależnego, nawiązując przy okazji do społecznych dramatów z przełomu lat 60. i 70. Mimo tego, że nie brakuje w nim wielu ogranych chwytów, czuć tu rękę Aronofsky’ego, widoczną chociażby w kompozycji ciekawych oraz nietypowych scen i ujęć, których nie zobaczy się w innych produkcjach tego typu. Już jedna z pierwszych scen, w których widzimy „The Rama” wyłącznie zza pleców, a reżyser celowo przedłuża nam ukazanie jego twarzy, jest niezwykle intrygująca.

Aronofsky znalazł sobie ciekawy temat na film. Jak dotąd nie było chyba produkcji, która na poważnie opowiadałaby o wrestlingu w jakiejkolwiek formie, a przecież jest to sport bardzo popularny (przynajmniej w Stanach), do tego niezwykle atrakcyjny wizualnie, chyba nawet bardziej niż boks. Oczywiście jest to całkowicie puste efekciarstwo, w dodatku zupełnie bezsensowne, wręcz głupie i przy okazji fałszywe, wiadomo przecież, że amerykańskie zapasy to taki mały spektakl, w którym większość (jeżeli nie wszystkie) ciosów i akcji jest markowana. Pomimo fałszu jaki panoszy się w tym sporcie, twórca „Requiem dla snu” zrobił obraz niezwykle prawdziwy, szczery i realistyczny. Oczywiście udało się to w znakomitej większości dzięki kapitalnej roli Rourke’a, który dosłownie wtopił się w Randy’ego Robinsona, jakby nim po prostu był. To wspaniała kreacja, zagrana niezwykle mądrze, świadomie i z wyczuciem, do tego w pewnym stopniu współgrająca z losami samego Rourke’a, przez co staje się symboliczna i osobista zarazem. Aktor wystrzega się zbyt wysokich tonów, przez co nie tworzy karykatury postaci, a widz nie ma problemów z identyfikowaniem się z nim, szybko zaczyna go lubić i kibicować mu. Patrzymy na człowieka, który zawsze walczy do końca, nigdy się nie poddaje i stara się pokonywać wszelkie przeciwności losu, nie tylko na ringu, ale przede wszystkim w prawdziwym życiu. W tych zmaganiach z losem, na drugim planie znakomicie sekunduje Rourke’owi Marisa Tomei. Ta znakomita aktorka po raz kolejny pokazała, że nawet mała rólka może być istotna i świetnie zagrana. Ta w wykonaniu Tomei jest istną perełką.

Film nie jest jednak całkowicie bezbłędny. Przede wszystkim „Zapaśnik” nie zachwyca od strony fabularnej, nie jest zbyt odkrywczy, za to pełen schematów i mało oryginalnych rozwiązań. Najgorzej wypada wątek z córką Robinsona, nie do końca dobrze poprowadzony. Wydaje się być wepchnięty trochę na siłę i do tego jest mocno sztampowy. Wprawdzie ten brud i surowość wynoszą go trochę ponad produkcje podobnego sortu, jednak wątek ten sam w sobie nic nie wnosi i nie jest zbyt wciągający. Sprawia to, że film sporo traci i po jakimś czasie w pamięci zostaje tylko fantastyczna rola Rourke’a, która przyćmiła właściwie wszystkich, łącznie z reżyserem.

„Zapaśnik” z pewnością wyróżnia się na tle podobnych „sundance’owych” produkcji, niemniej jest bardziej tłem dla kreacji aktorskich niż pełnoprawnym filmem, na pewno daleko mu do poprzednich dzieł Aronofsky’ego: „Pi” czy „Requiem dla snu”. Twórca ten do niedawna był jednym z najciekawiej zapowiadających się reżyserów, ostatnio jednak obniżył loty. Jego nowe dziecko nie jest filmem złym, pozostawia jednak pewien niedosyt.

Mimo wszystko dobrze, że obraz ten powstał, dzięki niemu Rourke ma jeszcze szansę na odbudowę swojej złamanej kariery. Już w tej chwili jest jednym z najbardziej rozchwytywanych aktorów w Hollywood, za rok najprawdopodobniej zobaczymy go w drugiej części „Iron Mana” i zapewne na tym się nie skończy. W Fabryce Snów jednak wszystko jest możliwe, okazuje się, że nawet artystyczne zmartwychwstanie nie jest wykluczone. Jak to powiedział Sean Penn odbierając w tym roku Oscara: „Mickey Rourke has risen again”.
 


 

produkcja - USA, 2008
reżyseria - Darren Aronofsky
scenariusz - Robert D. Siegel
muzyka - Clint Mansell
zdjęcia - Maryse Alberti
czas projekcji - 115 minut


Mickey Rourke
Evan Rachel Wood
Marisa Tomei



Randy "The Ram" Robinson
Stephanie
Cassidy
 


Autor recenzji: Przemysław Dobrzyński| Klub Miłośników Filmu, 20 marca 2008

STRONA GŁÓWNA | RECENZJE KMF