Strona główna KMF


Woody'emu Allenowi większość twórców filmowych może tylko pozazdrościć weny twórczej. Od czterdziestu lat kręci średnio jeden film rocznie, do wszystkich pisząc w dodatku scenariusze i często odgrywając w nich główną rolę, przez co stał się żywym symbolem kina autorskiego. Imponujący dorobek nagród i nominacji (których wyliczanie nie ma tutaj sensu - jest ich po prostu za dużo), oraz niepowtarzalny, indywidualny styl, stawiają go w ścisłej czołówce najważniejszych twórców w historii kina. Właściwie osiągnął już tyle, że spokojnie mógłby osiąść na laurach... Kręci jednak dalej, zaś jego najnowszy film "Wszystko gra" dowodzi, iż mimo siedemdziesięciu lat na karku, formy nie traci.


Zwykle Woody Allen kojarzony jest z komedią i specyficznym poczuciem humoru, powielanym w dziesiątkach cytatów, traktowanych często jako błyskotliwe aforyzmy czy sentencje. Od razu trzeba zaznaczyć, iż "Wszystko gra" komedią nie jest, co odróżnia go od większości "allenowskich" produkcji. Nie znajdziemy tu również ulic Nowego Jorku, charakterystycznego, znerwicowanego bohatera, odgrywanego przez samego Allena, czy towarzyszącego jego filmom jazzu, należy więc przygotować się na nieco inne przeżycia niż te, do których Allen widzów przyzwyczaił.




Główny bohater, Chris Wilton (Jonathan Rhys Meyers) - tenisista na bardzo wczesnej emeryturze, dzięki lekcjom tenisa poznaje angielską rodzinę z wyższych sfer, obrzydliwie bogatą i... niewiarygodnie przy tym sympatyczną. Szybko wiąże się z dziewczyną z tejże rodziny i właściwie od tego momentu życie ma poukładane. Wkracza w świat luksusu i arystokracji, a że sam sprawia wrażenie intelektualisty, zostaje przyjęty z otwartymi ramionami. W krótkim czasie zyskuje żonę - bardzo bliską ideału, teściów którzy go uwielbiają i otwierają drogę do kariery, oraz szwagra - świetnego, sympatycznego kumpla, z którym i pogadać i napić się można. Chris otrzymuje więc na talerzu życie w luksusie i w otoczeniu sympatycznej rodziny, która go ubóstwia, nie wymagając w zamian niczego. Któż by tak nie chciał? Tyle tylko, że nasz bohater nigdy nic szczególnego nie czuł do swojej żony, podobnie jak i do reszty rodziny i w sumie żyje nie swoim, choć bardzo wygodnym i beztroskim życiem. Poza tym, od samego początku tuż pod ręką jest "ta druga" - Nola Rice (Scarlett Johansson), która ma w sobie zwierzęcy magnetyzm, z którym kochająca żona nie ma szans konkurować.


Pojawia się więc trudny wybór, z obu stron kuszący. Co wybrać? Życie w luksusie i bez stresów, ale też bez miłości, nie być zupełnie sobą, ciągle coś udawać - trudno coś takiego długo ciągnąć. Ale z drugiej strony zrezygnować z tego dla kogoś, z kim głównie chciałoby się chodzić do łóżka (choć Chris nazywa tę relację miłością)? Też bez sensu. Ale właściwie po co wybierać? Można przecież mieć jedno i drugie... Zaczynamy mieć wątpliwości czy naszemu tenisiście warto jeszcze kibicować. Nasz bohater brnie więc w kłamstwa, z czasem oszukując obie strony i samego siebie przy okazji - ta machina, w której jedno kłamstwo pociąga za sobą drugie by ukryć poprzednie nie ma końca, niczym lawina kolejnych zbrodni wywołana przez Makbeta. I podobnie jak w Szekspirowskim dramacie, sytuacja ta musi w końcu zostać ostatecznie rozwiązana. A potem robi się już tylko trudniej.




Jak zwykle u Allena aktorzy sprawują się bardzo dobrze, choć trudno doszukiwać się tu ról wybitnych. Niemal cały czas na ekranie gości Jonathan Rhys Meyers, którego przyznam, że dotychczas nie bardzo kojarzyłem. Gra bardzo oszczędnie, surowo, co momentami drażni, zwłaszcza gdy jego chłód zewnętrzny kontrastuje z ciepłem rodziny Hewettów. Czasem trudno pojąć za co właściwie tak uwielbiają Chrisa, choć wiele wyjaśnia głowa rodziny (świetny Brian Cox) któremu wystarczy, że jego córka jest szczęśliwa (i trudno mu się dziwić, każdy ojciec tego pragnie). W finale jednak okazuje się, że taki sposób poprowadzenia tej postaci był bardzo dobrym pomysłem (nie zdradzę jednak dlaczego). Strzałem w dziesiątkę było też obsadzenie Scarlett Johansonn w roli pewnej siebie (w kontaktach damsko-męskich) i świadomej własnego seksapealu Noli Rice. Początkowo, rola ta miała przypaść Kate Winslet i choć trudno oceniać coś, czego się nie widziało - raczej dobrze, że do tego nie doszło - Johansson obdarzyła tę postać powabem, którego Winslet po prostu nie ma, choć talentu jej z pewnością nie brakuje. Cieszy też powrót Scarlett do ambitniejszego repertuaru - po komercyjnej "Wyspie", w której była przede wszystkim maskotką, obawiałem się, że pójdzie drogą łatwiejszej kariery. Na szczęście rolę Noli Rice można włączyć do jej bardziej udanych ról, choć patrząc na "Dziewczynę z perłą", "Między słowami", "W doborowym towarzystwie", wspomnianą "Wyspę" i "Wszystko gra" nietrudno zauważyć, że angażowana jest przede wszystkim do ról, w których uroda ma kluczowe znaczenie - na szczęście nie jedyne.


Kilka słów należy się muzyce - Allen zastosował rzadkie rozwiązanie, budując napięcie przy pomocy arii operowych, przez co konstrukcja filmu przypomina trochę operę, co daje zresztą znakomity efekt i bardzo pasuje do filmu, w którym większa część bohaterów należy do angielskiej arystokracji. Sama opera jest też miejscem, do którego akcja często powraca.




"Wszystko gra" to studium podłości, śledzone od zakiełkowania, po okrutne żniwo. Zmusza do zastanowienia się, do czego zdolny jest człowiek i jak doskonale potrafi tłumaczyć swoje czyny, usprawiedliwiając je sam przed sobą. Jak mówi Chris: "tyle wiesz o sobie, na ile się sprawdziłeś" (co żywo przypomina "Minutę ciszy po Ludwice Wawrzyńskiej" Wisławy Szymborskiej). Być może w rękach innego twórcy film zabrnąłby w schematy bądź kuriozalne rozwiązania, bo trzeba przyznać, iż balansuje na krawędzi wiarygodności - na szczęście Woody Allen starannie dba o psychologiczną wiarygodność swoich bohaterów, dzięki czemu ich działania zaskakują, ale nie wywołują u widza frustracji. Inna sprawa, że film nie udaje realistycznego do końca, cudzysłów w jaki autor bierze opowiadaną historię jest subtelny, ale zauważalny - najważniejsi są bohaterowie i relacje między nimi, całe otoczenie to tylko konieczny, choć ważny dodatek. Zwroty akcji powodują, że ten wyjątkowo długi jak na Allena film (najdłuższy z dotychczasowych), nie nuży dłużyznami, zwłaszcza że tempo i napięcie stale rosną - od początkowej sielanki, do trzęsienia ziemi na końcu.


Perełką jest scena początkowa, w której obserwujemy piłkę tenisową, zawieszoną na krawędzi siatki, kiedy przez chwilę nie wiadomo po której stronie spadnie przesądzając o zwycięstwie bądź porażce. Scena ta powróci w kluczowym momencie, w nieco zmienionej formie. Cały ten metaforyczny motyw jest genialny i choćby dla niego warto film "Wszystko gra" zobaczyć.



WSZYSTKO GRA

Tytuł oryginalny: Match Point
Rok produkcji: 2005
Kraj: USA
Czas trwania: 124 minuty

Reżyseria: Woody Allen
Scenariusz: Woody Allen
Zdjęcia: Remi Adefarasin
Montaż: Alisa Lepselter

Obsada:
Jonathan Rhys Meyers, Scarlett Johansson, Matthew Goode, Emily Mortimer, Brian Cox, Alexander Armstrong, Paul Kaye, Penelope Wilton, Janis Kelly, Alan Oke, Mark Gatiss, Philip Mansfield, Simon Kunz, Geoffrey Streatfield i inni


Wyślij e-mail Autor recenzji, gościnnie:
Marek Klimczak - BOCIAN
Klub Miłośników Filmu
01.05.2006