Strona główna KMF

          Nie da się przejść obojętnie obok tak niesamowitego filmu. Stwierdzenie tego typu jest być może nieco trywialne. Cóż z tego jednak, skoro sam film ową trywialność wynosi na piedestał. I gdyby sam Pedro Almodovar mógł to usłyszeć, chciałabym żeby wiedział, że dedykuje mu moje słowa w podzięce za wzruszenie, którego mi dostarczył. Dość popularne stało się rozpatrywanie jego twórczości w oparciu o szablon typu " Kobiety w twórczości Pedro Almodowara" i inne, różniące się w gruncie rzeczy tylko tytułami. Nie chcąc się powtarzać proponuje przyjrzeć się innej rzeczy, zarzutom jakoby Almodowar parał się uprawianiem kiczu. Ja nazwałam to kiczem, ale wydaje mi się, ze doskonałym przykładem zastępującym definicje tego słowa będzie fragment pracy pani Ewy Mazierskiej: "Powaga w wulgarności" "(...)Termin ten ma dwa, uzupełniające się znaczenia. Zgodnie z pierwszym wulgarne jest to, czemu brakuje gustu, delikatności, dobrych manier. Ślinienie się, albo jedzenie palcami podczas przyjęcia, opowiadanie dowcipów pełnych aluzji do różnic anatomicznych między kobietami a mężczyznami, czy używanie krzykliwego makijażu, to klasyczne przypadki zachowań wulgarnych. Wulgarność jest często owocem zestawienia przeciwieństw, na przykład subtelnego tematu i taniego tworzywa, albo rzadkiego i cennego przedmiotu i trywialnego otoczenia. Matka Boska wykonana z plastiku, albo sprzedawanie kolii z brylantami na wiejskim jarmarku, mieszczą się doskonale w tej kategorii. W drugim znaczeniu wulgarne jest to, co pospolite, co podoba się i na co stać dużą liczbę ludzi. O taką wulgarność oskarżana bywa twórczość ludowa, a także tanie i produkowane w dużej ilości imitacje arcydzieł sztuki. Powieszona w pokoju stołowym reprodukcja Mony Lisy z pudełka po czekoladkach, to typowy egzemplarz tak pojmowanej wulgarności."

           Przede wszystkim należy pamiętać, ze Almodovar nie przestaje prowadzić polemiki z modernistyczną wizją sztuki, z estetyką w ogóle. "Miesza farby", bawi się w intertekstualność, przepływa swobodnie pomiędzy gatunkami, jest tu też poetyckość, swego rodzaju zabawa w kabaret. Słowem wszystko co tylko da się pomieszać ze sobą i co w efekcie tworzy spójną wbrew pozorom całość. Całość ta być może rzeczywiście zasługuje na miano kiczowatej, wulgarnej, ale na pewno słowa te tracą swoje pejoratywne znaczenie nabierając zupełnie innego, nowego charakteru. To jest wspaniale i to stanowi fenomen tego człowieka. Jego wizji i jego projekcji.

        Almodovar zasypuje nas uczuciami. Są one nie rzadko skrajne i jak gdyby przerysowane. Nie ma w tym jednak nic złego, skoro zdajemy sobie z tego sprawę często w chwili kiedy rozpoznajemy swoje własne emocje w postawach bohaterów. Jego sposób na przedstawienie uczuć jest sentymentalny, w typie Harleqinow. Owa wulgarność bierze się wiec zapewne z tego, ze jego świat to świat gwałtowny, pełen szalonej miłości, często nienawiści, prawie zawsze ogarnięty głodem emocji. To co mnie zdecydowanie stawia po drugiej stronie owych zarzutów o trywializowanie jest głębia wszystkich filmów Almodovara. Jego sztuki są nademocjonalne, ale na pewno nie są pozbawione pewnych cech szczerej prawdy. Być może ten "uczuciowy kicz" sprawia, że tak prawdziwe staje się to co oglądamy, sprawia, że w głębi obrazu dokonuje się zmiana w niezwykłą emocjonalna subtelność.

                    Choć w filmie zastosowane są typowe chwyty melodramatycznego szablonu nie odczuwamy jednowymiarowości całego tego przedstawienia. Po pierwsze działa magia aktorek, których gra jest tak prawdziwa, ze trudno wyobrazić sobie, ze inne są w życiu " po za filmowym". Po drugie reżyser niczym psycholog bawi się w łamanie pewnych utartych przekonań. Świat marginesu społecznego wciąga nas do swego wnętrza ukazując ludzi szczerych, dobrych, lepszych zdecydowanie od niejednego praworządnego obywatela. Trudno odmówić Agrado, dającej przyjemność, blasku i miłości bijącej z jej wnętrza. To chwyt działający jak lep, który rozczula, bawi, wzrusza. Huma niczym ikona kojarzona z czerwonym tłem już po paru chwilach przestaje być zagadkową i niedostępną gwiazdą. Staje się ludzka poprzez nieumiejętność zejścia na plan dalszy, poprzez swoje uzależnienie od chorej miłości. Będąc wielką na scenie jest za razem małym, zagubionym człowiekiem, któremu pozostaje jak bohaterce "Tramwaju zwanego pożądaniem" liczyć tylko na "dobroć nieznajomych". Manuela, wreszcie, dla której świat staje się jednością, zatacza bolesny, niemal matematycznie wykalkulowany krąg. Punktem zwrotnym w jej życiu staje się najpierw sztuka teatralna, potem Barcelona, z której ucieka i do której powraca. Krąg ów pozbawia ją największej miłości , by potem paradoksalnie przywrócić jej wiarę w życie. Następuje to w środowisku, które skrzywdziło ją przed laty. Ona odkrywa nową siebie, my odkrywamy coś jeszcze, w nas samych.

   "Szemrane środowisko" nie budzi w nas sprzeciwu, nie dokonujemy podziału na to co przyzwoite i na to co nieprzyzwoite, normalne i nienormalne. Nowa prawda o ludziach tak różniących się od tych, których zwykło się uważać za normalnych, choć wzbudza ciepło i radość, nie pozwala zapomnieć o przepływającej tu i ówdzie goryczy, prawdzie trudnej do przyjęcia. Analizując fakty, z którymi mamy do czynienia w filmie, rzeczywiście można uznać, że to obraz pełen wulgaryzmów, okraszony dodatkowo sporą dawką naiwnego sentymentalizmu. Fenomen polega właśnie na tym, że choć trudno zaprzeczyć powyższemu stwierdzeniu, w trakcie oglądania, widz sam prawdopodobnie zganiłby siebie za podobne myśli. Pod koniec filmu odnajduje się Lola, ważna postać, choć pozostająca raczej w cieniu. Lola, sprawca tylu nieszczęść, oś napędowa całego łańcucha złych, niepotrzebnych wypadków. Poznajemy ją w chwili kiedy ona poznaje prawdę o życiu, jej życiu, do którego jednak nie miała nigdy dostępu. Wie, że straciła syna wie też, że właśnie narodził się jej nowy potomek. Choć logika podpowiada by uznać ją za postać negatywną, Almodovar nam na to nie pozwoli. Mało tego nie pozwala on zaszufladkować żadnego swojego bohatera w taki właśnie sposób. Jego genialne manipulacje służą pewnym przewartościowaniom. Łamie zasady, jest bezbożnikiem i gorszycielem...i paradoksalnie okazuje się, że wszystko to służy obronie tradycyjnej, starej jak świat miłości, miłości rodzinnej. Jest jeszcze jedna rzecz, o której muszę tu wspomnieć.

       Sądzę zresztą, że nie ja jedna niczym zahipnotyzowana śledziłam tą scenę. Najczystsza forma kiczu, chciałoby się powiedzieć. Jednak pozostaje ona w pamięci jak ukochane, najbardziej pielęgnowane wspomnienie. Nocna pikieta pod mostem, kiedy Manuela rozpoczyna poszukiwania Loli przemierzając taksówką miejsca zarezerwowane dla prostytutek i transwestytów. A wszystko to poprzedzone widokiem Barcelony z lotu ptaka oraz cukierkową, białą, przepięknie oświetloną katedrą Sagrada Familia. Do tego ta niesamowita muzyka...
   Chyba rzeczywiście Almodovar swoim postępowaniem, czy jest ono spontaniczne czy wyrachowane, to w sumie nie istotne, zmusi wszystkich do przewartościowania słów wulgarny, kiczowaty. W zderzeniu z tak niespotykanie fascynującym dziełem głupotą byłoby bać się utracenia uprzywilejowanej pozycji znawcy dobrego smaku. Film Almodovara "Wszystko o mojej matce" może nie posiada dobrego smaku i daleko mu do ascetycznej prostoty. Posiada jednak znacznie więcej- przypomina o czymś o czym nie powinniśmy zapominać, o miłości, miłości do nas samych, miłości wreszcie, do naszych bliźnich.


Tytuł polski: Wszystko o mojej matce
Tytuł oryginalny: Todo Sobre Mi Madre
Premiera: 1 października 2000
Reżyseria: Pedro Almodovar
Scenariusz: Pedro Almodovar
Zdjęcia: Affonso Beato
Muzyka: Alberto Iglesias
Występują: Cecilia Roth, Marisa Paredes, Penelope Cruz, Candela Pena
Produkcja: Hiszpania/Francja 1997
Dystrybucja: Gutek FILM


AUTOR RECENZJI:
Marta Wieczorek
      marta@bufh.org