Żenada...
...to słowo kołatało się w mojej głowie podczas oglądania komedii (bullshit!) pod tytułem "Wszystko o Stevenie" i mogłoby w zasadzie posłużyć za krótką recenzję nowego filmu z Sandrą Bullock. Ale jedno słowo to jednak trochę za mało, muszę więc - chciał nie chciał, jakoś moją myśl rozwinąć. Rozwijam więc.
Ten film reklamowany jako komedia, komedią nie jest. Poczuciem humoru może "Wszystko o Stevenie" konkurować, co najwyżej, z "Dziedzicem maski". Humor w obydwu przypadkach nie istnieje, a jeśli jakieś jego ilości śladowe się gdzieś nieśmiało pojawiają, to co najwyżej uśmiechamy się litościwie, żeby aktorom nie było przykro, że ich "zabawne" wpadnięcie do kopalni albo inny "śmieszny" upadek przeszły bez echa. Aktorstwa w tym filmie w ogóle nie ma, więc nie mogę nawet powiedzieć, że jego poziom jest bardzo niski. Infantylne zachowanie (na czele z idiotycznym tańcem radości!) oraz prowadzone przez Mary monologi wewnętrzne i zewnętrzne, wołają o pomstę do nieba. O ile Oscar dla Sandry Bullock za rolę w "The Blind Side" jest jednym z najbardziej chybionych w historii Akademii Filmowej, tak Złota Malina za rolę Mary Horowitz jest jedną z najbardziej zasłużonych Malin w dziejach tej nagrody.
Bohaterka Bullock jest, trzeba to powiedzieć wprost, wariatką, ale nie zakręconą, słodką czy szaloną. To wariatka-kretynka, pustak, nieprzystosowana do życia postać, która nie robi nic, żeby wyrwać się ze swojej skorupy infantylności. Jej postać została po prostu źle napisana i źle zagrana. Brakuje tu miejsca na jakieś niuanse, zabawę rolą, zainteresowanie widza tym, że w postaci Mary jest coś więcej. Nie ma. Sandra/Mary bez przerwy prezentuje wachlarz niezmiennych, denerwujących cech i zachowuje się w jeden, z góry ustalony, sposób. Każdy z jej otoczenia jest nią wyraźnie zażenowany, znudzony i zmęczony. Nawet głuchoniema dziewczynka nie chce jej słuchać, więc Mary jest albo głupia albo ślepa, że tego nie widzi i nie próbuje z tym walczyć, czegoś zmienić. Żeby chociaż była sympatycznie głupiutka jak "Legalna blondynka". Nie, Mary to po prostu kretynka przez duże K, w dodatku irytująca przez duże I. Choć z każdego słowa i gestu Stevena można bez trudu wyczytać:
"MARY, ODCZEP SIĘ ODE MNIE!", ona tego nie widzi i czołga się przez połowę USA za swoim "ukochanym". Postać Mary jest tak nierealna, tak przesłodzona i tak namolna, że gdyby w tyłku Stevena dojrzała parasol, zapytałaby się z uśmiechem na ustach, czy może go otworzyć.
Co gorsza, poirytowany, i to chyba najbardziej, jest nią widz, czyli ja, Ty, my, a to już jest nie do wybaczenia, bo nie ma nic gorszego niż fajtłapowata postać centralna, z którą widz nie potrafi/nie chce sympatyzować. Gorsze jeszcze od nieustającej paplaniny Mary o życiu i krzyżówkach jest to, że jej bohaterka przez ponad 90 minut seansu nie zmienia się, nie ewoluuje. Po co więc mamy z nią obcować? Co więcej, w słuszności beznadziejnego sposobu bycia i żałosnych zachowań utwierdza ją tytułowy Steven, który na pożegnanie mówi jej:
"Nie zmieniaj się nigdy, dla nikogo".
W finale tłum wiwatuje na jej cześć, a Mary bezmyślnie raduje się tą jedyną wesołą chwilą w swoim życiu. Co będzie dalej, po napisach końcowych, nikogo już nie interesuje. A dalej będzie to, że do końca życia Mary pozostanie wariatką-kretynką wysuniętą poza nawias normalności. Film niesie więc, jakże cenne, przesłanie, że jeśli jesteś kretynem, którego nikt nie lubi i który działa wszystkim na uzębienie, nie zmieniaj się, tylko czekaj na tego jedynego człowieka, który cię zaakceptuje - czytaj: kretyna takiego jak ty. I twórcy filmu sprzedają to jako happy-end! To już nawet w "Słyszeliście o Morganach" (kolejny przykład komediowych "wyżyn" zza Oceanu), bohaterowie pod wpływem wydarzeń zmieniali się na lepsze, idąc od startowego punktu A do końcowego punktu Z. Mary i pozostałe postaci z "Wszystko o Stevenie" odbywają bezproduktywną wędrówkę z punktu A do punktu... A - po co w takim razie była cała ta wyprawa?
|
|
W irracjonalnych zachowaniach, Sandrze Bullock kroku dzielnie dotrzymuje, bo wyjścia nie ma, reszta stawki aktorskiej. Grany przez Thomasa Hadena Churcha bezduszny dziennikarz-karierowicz oraz jego kamerzysta, tytułowy Steven (Bradley Cooper), zmuszeni są do wypowiadania głupich kwestii dialogowych i odgrywania oderwanych od rzeczywistości zachowań dyktowanych scenariuszem. Nie wiem po co się w ogóle tak rozpisałem, bo chciałem wam po prostu powiedzieć, że ten film jest kompletnie do dupy.
2/10
 |
wytwórnia - Fox 2000 Pictures, Fortis Films, 2009
reżyseria - Phil Traill
scenariusz - Kim Barker
produkcja - Sandra Bullock, Mary McLaglen
muzyka - Christophe Beck
zdjęcia - Tim Suhrstedt
montaż - Rod Dean, Virginia Katz
scenografia - Maher Ahmad
czas projekcji - 99 minut
wystąpili
Sandra Bullock
Thomas Haden Church
Bradley Cooper
Ken Jeong
DJ Qualls
Keith David
Howard Hesseman
Beth Grant
Katy Mixon
|
(Mary Horowitz)
(Hartman Hughes)
(Steve)
(Angus)
(Howard)
(Corbitt)
(Mr. Horowitz)
(Mrs. Horowitz)
(Elizabeth)
|
|
 |